sobota, 28 lutego 2015

Denko 2 #2015.

Witajcie! :)
No i dzisiaj czas na denko. Wielkość nie jest jakaś powalająca, ale jestem zadowolona ze zużyć, ponieważ pojawiły się produkty, które zużycie było naprawdę mozolne i cieszę się, że dobiły już dna. Jeśli jesteście ciekawe to też tam się znalazło to zapraszam dalej :)


W końcu zużyłam największe rozczarowanie tego roku, czyli czekoladowy peeling Organic Shop, taki bubel, że w głowie się nie mieści, na sam koniec pojawiło się u mnie uczulenie, całkowicie odradzam i zapraszam Was na recenzję. Kolejnym produktem jest żel Korres, który polubiłam, ale ze względu na cenę raczej do niego nie wrócę (recenzja). Kolejnym produktem, z którego nie do końca jestem zadowolona to Biovax złota maska, no niestety obciąża mi włosy, ale jeśli chcecie o niej poczytać to, zapraszam (klik). No i zwykły zmywacz do paznokci z witaminą F, całkiem niezły, kosztuje grosze, czasami po niego sięgam.


Małe masełko karmelizowane jabłko TBS, przepiękny zapach i świetne właściwości jak na te masła przystało. Na początku używałam głównie na dłonie, potem jednak na całe ciało. Kolejny produkt TBS, czyli peeling cukrowy masło shea, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył przyzwoitym zdzieraniem i delikatnym nienachalnym zapachem. Małą wersję dostałam i w sumie chętnie sięgnęłabym po dużą. Całkiem wydajny. Balsam TBS, z którym długo się męczyłam. Ostatecznie zużyła go moja mama. Pod koniec produkt nie chciał wyjść z pompki i trzeba było rozciąć opakowanie. Straciłam do niego cierpliwość. Więcej poczytacie tutaj. Woda termalna Uriage pojawia się co jakiś czas w denkach, jest niezastąpionym produktem jak dla mnie. Mam już kolejne opakowanie i używam z przyjemnością.


Płyn dwufazowy Garnier naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył, bo chociaż eyeliner Benefit był taki sobie to nie można mu odmówić trwałości i intensywnej czerni, ten produkt radził sobie z nim bez problemu. Jednak ma jakiś taki nieprzyjemny jak dla mnie zapach i raczej do niego nie wrócę. Krem pod oczy Palmer's był całkiem okej, ale bez szału, poczytacie o nim tutaj. Maskara deBBY była taka sobie i nie wrócę już do niej. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak się u mnie sprawdziła to zapraszam na recenzję. Gimme Brow Benefit to zdecydowanie mój ulubiony produkt do brwi, myślę nad ponownym jego zakupem przy przypływie gotówki, naprawdę warto w niego zainwestować, nie będziecie zawiedzione. Zapraszam na recenzję. Ostatni produkt, czyli Merz Spezial to suplement, który zaczęłam brać w grudniu i myślę, że na dniach pojawi się jego opinia, powiem tylko, że jestem zadowolona z efektów.


I zostały nam praktycznie same próbki. Pojawiają się także kule do kąpieli The Secret Soap Store, które bardzo fajnie pachną i umilają kąpiel, jednak zdecydowanie bardziej wolę coś co daje pianę. jedna miniaturka zasługuje na wyróżnienie, czyli Clinique Overnight Mask, która naprawdę genialnie nawilża skórę, chętnie sięgnę po pełnowymiarowe opakowanie.

Uff i to już wszystko. Miałyście któryś z tych produktów? A może polecacie coś czym mogłabym je zamienić? Czekam na Wasze komentarze, buziaki! :*

piątek, 27 lutego 2015

Ulubieńcy lutego'15.

Witajcie! :)
Mamy koniec miesiąca, a to oznacza tylko jedno, ulubieńców i denko, czyli moje ulubione posty i jak widzę po frekwencji także dużej części z Was. Koniec miesiąca to także koniec rozdania, które trwa do jutra do północy i zapraszam Was serdecznie (klik). Wiem, że powinien pojawić się przegląd filmowy, ale jakoś nic ostatnio nie oglądałam, więc nie ma o czym pisać, poza tym ustaliłam sobie, że dwa ostatnie dni, niezależnie jakie są to dni tygodnia to denko i ulubieńcy.

Dzisiaj ulubieńcy, nie ma ich wielu, bo tylko sześć, ale są produkty, które bardzo lubię używać i bez niektórych nie wyobrażam sobie pielęgnacji czy makijażu. Zapraszam dalej :)


Czy kogoś zdziwił widok tego serduszka? Zachwycałam się nim w poprzednim poście (klik). Jest to I Heart Makeup Peachy Keen. Cudo, które od kiedy kupiłam używam codziennie. Efekt jest boski, zastępuje mi bronzer, róż i rozświetlacz. Kolejnym produktem, który uwielbiam jest kredka do ust Rimmel w odcieniu Rumor Has It. Boski kolor i świetna trwałość. Jak prezentuje się na ustach ten i inne kolory mogłyście zobaczyć tutaj. Naprawdę są warte uwagi. Tym bardziej, że w Super-Pharm trwa teraz promocja 1+1 na produkty do ust, także dwa macie w cenie jednego, niezły deal. Kolejnym produktem jest nowa maskara Sephory, o której jeszcze nie pisałam, bo chociaż ją lubię nie jest pozbawiona wad, trzeba nauczyć się z nią pracować, a wtedy efekt jest zadowalający. 


Jako, że ćwiczę nie mogło zabraknąć tego olejku Evree. Jestem leniem jeśli chodzi o nawilżanie i przypomina mi się w momencie jak mam iść ćwiczyć, ten olejek szybko się wchłania i nie klei się nawet po intensywnym treningu. Więcej o nim poczytacie tutaj. Kolejnym produktem, który miło mnie zaskoczył jest tonik naszej polskiej Ziaji. Przyjemnie odświeża, dobrze tonizuje, jest wydajny i tani. Jeśli chcecie więcej o nim poczytać to zapraszam na post. No i krem, który jest najlepszym kremem nawilżającym jaki stosowałam, a trochę ich się u mnie przewinęło, czyli Estee Laduer DayWear. Absolutnie genialny krem, jedyną jego wadą jest niebotyczna cena, ale zapraszam Was na recenzję, same ocenicie czy warto.

To już wszyscy ulubieńcy. Właśnie przypomniało mi się o zapachu, który z przyjemnością używałam w tym miesiącu, ale nic straconego, pojawi się w przyszłym.
A jacy byli Wasi ulubieńcy? Może macie jakieś perełki kosmetyczne? Koniecznie piszcie! :)

Buziaki! :*

środa, 25 lutego 2015

I Heart Makeup, Blushing Heart, Peachy Keen.

Witajcie :)
Jaką piękną mamy już pogodę! Z utęsknieniem czekam na wiosnę, żeby móc schować grube kurtki i móc wskoczyć w trampki. Makijaż też stanie się lżejszy, a my bardziej uśmiechnięte.

Dzisiaj mam dla Was produkt, w którym jestem totalnie zakochana. Używam go z czystą przyjemnością i nie żałuję zakupu. Mowa o różu z I Heart Makeup, czyli odnogi Makeup Revolution. Miałam same chłodne odcienie róży, które stwierdziłam po czasie, że średnio mi pasują i zdecydowałam się na coś innego. Zapraszam :)

OD PRODUCENTA:
Wyjątkowy, potrójny róż do policzków zamknięty w uroczym pudełeczku w kształcie serca. Doskonale podkreśla i modeluje kości policzkowe. Dzięki niemu uzyskasz naturalny efekt skóry muśniętej słońcem. Zawiera rozświetlające drobinki.


Produkt dostajemy w bardzo ładnym pudełeczku wzorowanym na różach Too Faced jak sądzę. Wygląda uroczo, aczkolwiek nie popadłam w serduszkową manię. Dodatkowo spakowany jest w kartonik. Produkt kosztuje 24,90 zł.


Podzielony jest na trzy części,które mieszam ze sobą. Ta ostatnia zawiera dość spore drobinki, jednak nie są one widoczne na skórze. Pyli się przy nabieraniu na pędzel, ale jest to produkt wypiekany, więc wcale mnie to nie dziwi i szczególnie nie przeszkadza. Pigmentacja jak przy paletce różów jest bardzo dobra.  Trzeba na niego uważać przy nakładaniu na twarz, do aplikacji używam Real Techniques Blush Brush. 


Na twarz uzyskujemy bardzo świeży i zdrowy rumieniec, w sam raz kiedy jesteśmy zmęczone. Bardzo ożywia twarz. Od kiedy go mam mój makijaż znacznie się skrócił, ponieważ nie używam niż ani bronzera ani rozświetlacza. Ograniczam się tylko do tego różu i to w zupełności mi wystarcza. Kiedy nie dotykamy twarzy wytrzymuje spokojnie cały dzień. Jednak jestem osobą, która dotyka twarzy, chociaż z tym walczę i u mnie wytrzymuje różnie, 6 - 8 godzin to takie minimum. 



Kolor jest dość subtelny. Na ostatnim zdjęciu nawaliłam go sobie, żeby był widoczny na zdjęciu. W rzeczywistości miałam go zdecydowanie za dużo. Bardzo polubiłam ten produkt i chętnie po niego sięgam. W zasadzie stał się moim ulubieńcem od jakiegoś czasu. Odstawiłam wszystko inne. Polecam serdecznie! :)

A Wy już miałyście, któryś z tych produktów? A może na którymś myślicie? Dajcie znać jak się u Was sprawdzają :)
Buziaki! :*

poniedziałek, 23 lutego 2015

Trochę Grecji tej zimy - Korres, żel pod prysznic, winorośl z Santorini.

Witajcie.
Po krótkiej przerwie wracam do Was z recenzją żelu, który mimo, że jest greckiej firmy kojarzy mi się z tym latem i wakacjami w Europie, mimo że do Grecji nie zawitałam. Mam kupiła go przed wyjazdem i jakoś tak leżał zapomniany, aż w końcu sięgnęłam po niego.

Od producenta:

Kremowy żel pod prysznic długotrwale nawilża skórę. Proteiny pszenicy tworzą na skórze ochronny film, który wzmacnia jej naturalne nawilżenie. Aktywny aloes, wyjątkowo bogaty w witaminy C i E, cynk oraz enzymy antyoksydacyjne, wzmacnia system odpornościowy skóry. Dodatkowo pobudza on syntezę kolagenu i elastyny oraz zmniejsza widoczne oznaki starzenia się skóry.



Żel jest zamknięty w butelce o pojemności 250 ml. Wygląd przyjemny dla oka, jednak przez ciemny plastik nie możemy obserwować zużycia, ponieważ nic nie widać, jedynie po ciężkości można oszacować ile produktu zostało albo odkręcić nakrętkę. Zapach ma dość specyficzny, nie każdemu się spodoba, osobiście go lubię. Jest taki świeży, pobudzający, iście wiosenny, a czekam już na tę wiosnę i czekam, doczekać się nie mogę. Niestety nie wiem czy tak właśnie pachnie winorośl.


Konsystencja jest bardzo przyjemna, coś pomiędzy żelem, a kremem. Bardzo dobrze się pieni, przez zawartość SLES, wiem, że części z Was to przeszkadza. Osobiście nie mam z tym problemu, tym bardziej, że pod żadnym względem nie przesuszył mi skóry, a w zasadzie to jest bardzo przyjemna w dotyku. Co do składników jakie posiada zawsze wszystko jest wyszczególnione na opakowaniu. Ciekawa forma, bo producent przedstawia nam wprost co zawiera kosmetyk i nie musimy po całym składzie szukać złych dla nas składników. Wydajność jest całkiem niezła, myślę, że na 1,5 miesiąca spokojnie starczy.
Jedyne do czego przyczepię się to cena. Jest to marka na wyłączność w Sephorze, a ten żel kosztuje 55 zł. To tylko żel pod prysznic, więc gdyby nie to, że kupiła go mama to bym w życiu na niego nie spojrzała, jednak znalazłam go na stronie natural-products.pl za 28 zł. Tylko niestety nigdy nie zamawiałam nic z tej strony, więc nie powiem Wam jak jest z przesyłką czy etc. A może Wy zamawiałyście z tej strony?

Jakie są Wasze ulubione zapachy w żelach pod prysznic? Wolicie kremowe czy żelowe konsystencje? Ulubione żele? :)
Buziaki! :*

czwartek, 19 lutego 2015

Estee Lauder DayWear SPF 15.

Witajcie! :)
Nareszcie mogę trochę odetchnąć i nabrać sił. Niestety za mną bezsenna noc i kiedy kładę się i zamykam oczy nie mogę zmrużyć oka. Może uda mi się wieczorem, taką mam nadzieję, bo nie wiem jak będę funkcjonować. 

Na początku mam kilka pytań, na które mam nadzieję, że mi odpowiecie, bo jestem niezmiernie ciekawa jak jest u Was. Jak wygląda Wasza codzienna pielęgnacja? Wolicie kremy czy olejki? Jakie? Inwestujecie w pielęgnację twarzy?

OD PRODUCENTA:
Najskuteczniejsza moc ochrony, dostarczana przez przeciwutleniacze i filtry przeciwsłoneczne o szerokim spektrum działania. Rewelacyjny kompleks przeciwutleniaczy (Super Anti-Oxidant Complex) chroni przed wszystkimi kluczowymi oznakami starzenia się skóry. DayWear pomaga chronić skórę dzięki filtrom przeciwsłonecznym o szerokim spektrum działania i naszej najlepszej ochronie przed promieniami UVA. Redukuje widoczność pierwszych oznak starzenia się skóry, takich jak ziemistość i drobne, wysuszone linie.


Krem dostajemy w bardzo eleganckim, dość ciężkim słoiczku, dodatkowo zapakowanym w kartonik. W środku krem dodatkowo zabezpieczony jest taką pokrywką zamiast np. folii. Produkt ma przepiękny zapach, taki melon pomieszany z ogórkiem. Dla mnie bardzo przyjemny, odświeżający i dodający rano energii. Konsystencja jest lekka, ale treściwa. Szybko rozprowadza się po skórze nie zostawiając lepkiej warstwy. Błyskawicznie się wchłania. Świetnie nadaje się pod makijaż.


Nie lepi się, ale na mojej skórze zostawia takie zdrowe, rozświetlające wykończenie, co zwłaszcza widać na szczytach kości policzkowych. Mi się to niezmiernie podoba, ponieważ ostatnio przerzuciłam się na bardziej naturalne wykończenie np. podkładu. Skóra jest po nim miękka, nawilżona i gładka. W żaden sposób nie przyspiesza błyszczenia się skóry w ciągu dnia. Nie zapchał mnie, ani nie podrażnił. Używanie go rano to czysta przyjemność. Zauważyłam także, że skóra jest jakby bardziej ujednolicona i wygląda zdrowiej. W kwestii pierwszych oznak starzenia się nie wypowiem, ponieważ w wieku 20 lat jakoś nieszczególnie jakieś posiadam, ale faktycznie mimo zmęczenia organizmu, twarz jest uchowana w ryzach i wygląda dobrze.

Niestety jak przystało na Estee Lauder, ten krem jest niezmiernie drogi. Dostępny w pojemnościach 30 ml (169zł) i 50 ml (269 zł). Oczywiście większą bardziej się opłaca. Wydajność tego kremu jest zadowalająca, mam mniejsze opakowanie i starczy mi na 2,5 miesiąca przy czym nie żałuję go sobie i katuję codziennie bez przerwy. To jest najlepszy krem na dzień jaki stosowałam, a trochę ich się przewinęło. To drugie opakowanie jakie zużywam, pierwsze dostałam od mamy i wiedziałam, że będę zadowolona. Uważam, że od czasu do czasu wydać większą sumę na porządny krem, który dobrze nawilża nie zaszkodzi. Szukam tańszych odpowiedników, jak na razie bez skutku.

Jacy są Wasi ulubieńcy pod makijaż? Co polecacie?
Buziaki! :*

wtorek, 17 lutego 2015

Haul.

Witajcie :)
Zapraszam Was serdecznie na haul. Przygotujcie sobie herbatę albo coś do jedzenia, bo gadam i gadam. Mam nadzieję, że spędzicie miło ze mną czas :)


Evree, Multioils Bomb 7 oils, Rich & Luxury.

Witajcie! :)
Pełna skruchy wracam do Was, bo coś mi nie wyszło z tymi postami codziennie.. Niestety w weekend dopadła mnie co miesięczna kobieca przypadłość i straciłam ochotę i humor na cokolwiek. Stwierdziłam, że nie będę dodawać nic na siłę, bo to bez sensu męczyć siebie i przede wszystkim Was. Za to dzisiaj pojawią się dwa posty. 


Od producenta:
Zmień rutynową pielęgnację ciała na pielęgnację specjalistyczną, opartą na recepturze wyjątkowych olejków roślinnych.
Utrata jędrności? Rozstępy? Utrata blasku? Suchość? Utrata gładkości? Zmarszczki? Nierówny koloryt?
Przy regularnym stosowaniu (min. 1 raz dziennie przez 4 tygodnie) receptura Multioils Bomb pomoże Ci skutecznie walczyć z wymienionymi problemami. W skład receptury wchodzi wiele witamin, składników odżywczych i wyciągów aktywnie wspierających naturalną zdolność skóry do regeneracji. Skóra będzie głęboko odżywiona, chroniona przed utratą wody, nabierze na nowo elastyczności  jędrności. Rozstępy będą mniej widoczne, a kolor skóry bardziej naturalny, jednolity i zdrowy. Przy dotyku poczujesz gładkość i miękkość. Może być rónież stosowany przy skórze wrażliwej i z problemami.



Produkt dostajemy w opakowaniu 100 ml, zapakowanym dodatkowo w kartonik. Cena to ok. 30 zł. Ja kupiłam za ok. 10-15 w SP w promocji. Konsystencja, no wiadomo, jak olejek, ale nietłusta. Zapach powiedziałabym, że bardzo ładny, lekko perfumowy, w żaden sposób nachalny.


Receptura wzbogacona jest o 7 olejków - makadamia, jojoba, migdał, avocado, wiesiołek, pestki winogron, ryż. W olejku jest naprawdę odżywcza bomba. Faktycznie genialnie nawilża i odżywia skórę. Nie stosowałam go na rozstępy, także w tej kwestii się nie wypowiem. Na pewno delikatnie poprawia koloryt skóry. Jeśli macie szorstką i taką 'zmęczoną' skórę to produkt dla Was. Na pewno zadowolone będą z niego osoby, które żyją w pośpiechu, ponieważ wchłania się błyskawicznie, nie pozostawia tłustej warstwy i nie spowoduje klejenia się ubrań. Wierzcie mi, bo posmarowałam się nim przed ćwiczeniami i nic z tych rzeczy się nie działo. Myślę, że będzie też ciekawą alternatywą wiosną i latem, kiedy będziemy chciałby, żeby nasze np. nogi wyglądały jak z reklamy, tak ładnie się błyszczały, ponieważ zostawia po sobie typowy dla olejków błysk, jednak ten jest dużo bardziej subtelny niż w przypadku olejku Nuxe. Niestety wydajność jest średnia.

Jestem bardzo zadowolona z tego produktu. Myślę, że co jakiś czas będę do niego wracać, a jak nie do tego to do innego olejku.

Miałyście go? Co sądzicie? A może miałyście inne produkty tej marki? Polecacie coś?
Buziaki! :*

sobota, 14 lutego 2015

Inglot HD, Perfect Coverup Foundation.

Witajcie! :)
Miałam Wam dzisiaj zaprezentować jakiś makijaż walentynkowy albo coś w tym rodzaju, jednak stwierdziłam, że jest już tyle propozycji, że na pewno znalazłyście coś dla siebie. Poza tym mam kompletny brak mocy. Coś czuję, że jakieś choróbsko się za mnie weźmie.

Jedyna dobra wiadomość to to, że przyszła do mnie szafka z glamshop.pl razem z GlamSponge 1, więc za jakiś czas możecie się spodziewać recenzji :)


Dzisiaj mam dla Was nowy podkład z Inglota HD. Najczęściej pewnie słyszałyście o nim od profesjonalistek. Ja nią nie jestem i szkoda, że nie słyszałam o nim wcześniej od kogoś innego, bo poważnie zastanowiłabym się nad zakupem.


Produkt dostajemy w wygodnym dość lekkim opakowaniu z pompką, typu air-less. Nic nam się na pewno tutaj nie zmarnuje. Kosztuje 75 zł za 35 ml. Jak na markę Inglot to dość dużo. Czy się opłaca?Zapraszam dalej.

Dodam jeszcze, że mam skórę mieszaną w stronę suchej, w tym momencie myślę, że jest odwodniona.


Jak możemy zauważyć na poniżej załączonym obrazu jest dość gęsty przez co ciężko się go nakłada. Zazwyczaj robiłam to palcami wklepując wtedy krycie jest dobre, ale czuję się jakbym nałożyła sobie tynk na twarz. Niesamowicie go czuję na twarzy, a po jakimś czasie czuję ściągnięcie w okolicach policzków. Już nie mówiąc o tym, że podkreśla wszystkie suche skórki. Zdecydowanie wymaga przypudrowania, bo klei się jak większość długotrwałych podkładów. Dobrze utrzymuje bronzer i róż na policzkach. Zdarza się, że wchodzi w pory.



Nałożony gąbką do makijażu wygląda o niebo lepiej. Nie otrzymacie efektu płaskiego matu, ale buzia jest odrobinę zmatowiona, a to wykończenie nazwałabym bardziej 'zdrowym'. Nic nie włazi w pory, nie podkreśla suchych skórek. Jednak w przypadku gąbki znacząco gubi na kryciu, a jak dołożymy go palcem w miejscach, gdzie potrzebujemy lepsze krycie, wygląda nieestetycznie. Można powiedzieć, że stał się zwykłym podkładem na dzień.


Na zdjęciach efekt przy użyciu palców. Zazwyczaj stosowałam go na większe wyjścia. Co z kolorem? Mam najjaśniejszy nr 71, który ciemnieje zdecydowanie mniej nałożony gąbką. Myślę, że dla ekstremalnie bladych osób kompletnie się nie nada. O nawilżeniu przez ekstrakt z białej trufli można zapomnieć, zdecydowanie przesusza skórę. Trwałość? Całkiem dobra, ok. 10 godzin, po kilku zaczyna się dość mocno świecić, ale to w sumie w większości normalne.



Co z HD? Jeśli nałożycie krem z filtrem przed nałożeniem go, możecie być pewne, że na zdjęciach i tak będziecie białe, może trochę mniej, ale jednak. Krem musi być bez żadnych filtrów, wtedy pewnie daje ładny efekt. Niestety nie sprawdzałam, ale widziałam go w kamerach i na zdjęciach, fakt wygląda ładnie.


Nie jestem zbyt zadowolona z tego podkładu. Liczyłam na coś lepszego po tylu zachwytach. Zużyć go zużyję, bo wydałam na niego dużo pieniędzy, ale po skończonej butelce nie wrócę do niego i poszukam czegoś innego.

Miałyście go? Co sądzicie? Polećcie mi jakiś dobry podkład, proszę :)

Buziaki! :*

piątek, 13 lutego 2015

Piątkowy przegląd filmowy #4.

Witajcie! :)
Jak obiecałam dzień przed Walentynkami pokażę Wam kilka filmów romantycznych czy też mniej, które naprawdę lubię i chętnie wracam bądź obejrzałabym po raz kolejny. O ile wybrać najlepsze komedie romantyczne to nie był żaden problem, o tyle dramaty to już inna bajka. Zaznaczę, że nie oglądałam wszystkich, zwłaszcza tych ostatnich wydań. Większość tych filmów obejrzałam na przełomie gimnazjum/liceum.



1. Kocha, Lubi, Szanuje - to absolutnie mój faworyt jeśli chodzi o komedie romantyczne. Zabawna, lekka opowieść i mężczyźnie, którego zdradziła żona, a on gdzieś 'zagubił' swoją męskość. W pobliskim pubie poznaje Jacob'a, który pomaga mu wrócić do 'formy'. Jacob poznaje Emily, która zmienia jego reguły gry. Chcecie się dowiedzieć co dalej? Polecam obejrzeć.
2. Jak stracić chłopaka w 10 dni - również bardzo lubię ten film. Oglądałam go kilkakrotnie. Ona - ambitna dziennikarka, która podejmuje wyzwanie, żeby w 10 dni zyskać i stracić chłopaka. On - zakłada się z szefem, że jego kolejny związek będzie trwał dłużej niż kilka dni. Co z tego wynikło? Jeśli jeszcze nie widziałyście, polecam!


1. Now is good - Tessa, młoda dziewczyna chora na białaczkę napisała listę rzeczy, które chciałabym zrobić przed śmiercią. Bardzo wzruszający, bardzo smutny film. Nie obejdzie się bez paczki chusteczek.
2. Gwiazd naszych wina - pisałam o nim już w przeglądzie. Jest to trochę inna historia niż wszystkie, ponieważ od początku wiemy, że oboje są chorzy i na pewno któreś z nich odejdzie. Niemniej jest to ciekawy, wciągający, wzruszający film. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz płakałam tak przy filmie.


3. Trzy metry nad niebem - o ile książka mi się średnio podobała, o tyle film bardzo. Nawet nie wiem od czego zacząć. Film opowiada historię dwóch młodych ludzi z zupełnie innych światów. Babi jest spokojną studentką, Hache  jest gwałtowny i porywczy. Jednak między nimi narodzi się niekonwencjonalna miłość opatrzona walką większą niż się spodziewali.  
4. Jeden dzień - również czytałam książkę, dawno temu. Dużo bardziej wzruszył mnie film. Uwielbiam Anne i w tej roli również mnie nie zawiodła. Dwoje ludzi, którzy poznają się w dniu zakończenia szkoły postanawiają zostać przyjaciółmi i każdego 15 lipca obchodzić tę rocznicę. Jak rozwinęła się ich historia? Koniecznie obejrzyjcie, wzruszyłam się, a koniec moim zdaniem jest tragiczny. Niestety w naszej naturze tkwi to, że doceniamy i przede wszystkim zauważamy miłość wokół siebie.


5. Wciąż ją kochamMiłość zmusza nas do podjęcia najtrudniejszych decyzji w życiu… Piękna, porywająca i głęboka miłość, w którą ciężko jest nam uwierzyć, oraz rozstanie i poświęcenie w niezwykle wzruszającej historii. John i Savannah pochodzą z dwóch różnych światów, ale kiedy poznają się przypadkiem na plaży, natychmiast budzi się w nich wzajemne uczucie. (zródło: filmweb.pl)

6I że cię nie opuszczę - to rzecz dla tych wszystkich, którzy wierzą, że walentynki nie są świętem powstałym z merkantylnych powodów. A także tych, którzy są po uszy zakochani i wierzą w Wielką Nierozłączną Miłość. Odnajdą tu bowiem potwierdzenie swych niezłomnych przekonań. 
Bohaterami są zakochani po uszy małżonkowie, których rozdzieliła tragedia. W wyniku wypadku samochodowego kobieta traci wspomnienia z ostatnich 5 lat. Czy możliwe jest utrzymanie związku, kiedy wszystko, na czym bazował, zostało wyeliminowane? Czy możliwa jest miłość, która wytrzyma dramatyczny test? Polecam obejrzeć. (źródło: filmweb.pl).

A jakie są Wasze ulubione filmy w tej tematyce?
Buziaki! :*

czwartek, 12 lutego 2015

Garnier, regenerujący krem do rąk.

Witajcie! :)
I jak Wam mija dzień pączka? Bijecie rekordy czy raczej ograniczacie?

Dzisiaj mam dla Was recenzję produktu, który jest naprawdę wart uwagi, a mowa o kremie firmy Garnier.


Produkt otrzymujemy z zakręcanej tubie o pojemności 100 ml. Nie wiem ile kosztuje, ponieważ kupiłam go dawno temu w Biedronce za jakieś śmieszne pieniądze.
Krem ma bardzo przyjemny zapach, dość zwartą konsystencję, którą bardzo łatwo i szybko rozprowadza się na dłoniach. Co ważne pewnie dla większości szybko się wchłania i nie zostawia żadnej tłustej warstwy. Do tego jest wydajny, mam go już bardzo długo i jeszcze na trochę mi starczy.


Przy tym bardzo dobrze nawilża, dłonie są miękkie i zadbane. Dodałabym również, że dobrze wygładza skórę dłoni, przynosił mi dużą ulgę przy mrozach i pracy na lodowisku, kiedy wiecie, robicie coś przy łyżwach, czy to będzie dezynfekcja czy coś innego, wylewałam na dłonie bardzo duże ilości żelu antybakteryjnego, a dłonie za tym nie przepadają. Czy nawet jak było trochę chłodniej, dłonie źle reagują na brak rękawiczek i mi się za to odwdzięczały. Staram się pamiętać o rękawiczkach, ponieważ po mroźnej nocy lodowata kierownica to nic przyjemnego dla dłoni. 
Jestem bardzo zadowolona z tego kremu i polecam go Wam serdecznie.

A Wy czego używacie na suche dłonie? Macie jakieś sprawdzone sposoby? :)
Buziaki! :*

środa, 11 lutego 2015

Rouge Bunny Rouge, róż do policzków nr 36, Orpheline

Cześć, witajcie :)
Niemożliwe, to już kolejny post z kolorówki pod rząd, na pewno jutro pojawi się coś innego. W piątek przegląd filmów romantycznych w sam raz przed Walentynkami jak sądzę. Jestem beznadziejna w prezentach, dlatego takiego typu posty się u mnie nie pojawiają. A dzisiaj zapraszam Was na produkt, który znalazł się w Ulubieńcach roku.


Od producenta:

Róż w kamieniu to połączenie uwodzicielsko słodkiego zapachu róż i intensywnego pigmentu co daje wizję omdlewającego piękna. Rozpromienia twarz i dodaje jej życia. Spowoduje on, że Twoje policzki będą emanowały szczęściem. Produkt rozprowadza się lekko i delikatnie abyś uzyskała naturalnie lśniący i aksamitny efekt. Ekstrakt z Agrestu Indyjskiego chroni skórę przed wpływem wolnych rodników, mieszanka hawajskiej rośliny Uhaloa oraz zaawansowane technologie pozwoliły uzyskać długotrwałe lśniące wykończenie. Delikatne perełki zwiększają kremową miękkość oraz zapewniają przejrzysty blask.


Kupiłam go nie na te święta tylko jeszcze poprzednie, pamiętam, bo obcięłam włosy na krótko i to był prezent na pocieszenie ode mnie dla mnie, a że akurat dziwnym trafem okazało się, że nie mam żadnego różu to był trafiony prezent. 
Produkt dostajemy w bardzo ładnym, małym, czarnym opakowaniu. Takie same kwiatki jak na wieczku są 'wyżłobione' na różu. W tym momencie u mnie już ich nie widać. Niestety po ponad roku zamknięcie przestało mi działać, dlatego jakoś ostatnio rzadziej po niego sięgam.


Kolor jak kiedyś trafnie określiła go Marti to truskawki ze śmietaną. Niestety na zdjęciach wyszedł bardziej koralowo jednak kompletnie nie ma takiego odcienia. Jest to różowy róż. Nie ma w sobie drobinek, jest całkowicie matowy. Ma bardzo dobrą pigmentację i trzeba go nakładać lekką ręką, bo można sobie zrobić krzywdę. Można efekt spokojnie budować. W tym przypadku przy niewprawnej dłoni można osiągnąć efekt matrioszki. Trzyma się wiele godzin, jednak na pewno nie od rana do wieczora. Powiedziałabym, że zależnie od podkładu i opierania twarzy o dłoń to jakieś 8-10 godzin, a ja bardzo często się podpieram i dotykam twarzy. Co ważne nie pyli się co także wpływa na jego wydajność, która jest ogromna. 


Nie używam go codziennie, ale bardzo często. Jestem raczej bronzerowa. Lubię jednak czasem dodać sobie ładnego, zdrowego rumieńca. 

Skład dla zainteresowanych:

TALC, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINTE, MICA, MYRYSTYL TRISILOXANE, C26-54 ALKYL TETRADECYL DIMETHICONE, LAURYL LACTATE, DIMETHICINE, GLYCINE SOJA OIL, ZINC STERATE, OCTYLDODECYL STEAROYL STERATE, HYDROGENATED POLYDECENE TRIMETHYLOLPROPANE TRIISOSTEARATE, CHLORPHENESIN, OCTYLDODECANOL, POTASSIUM SORBATE, TETRASODIUM EDTA, PHYLLANTHUS EMBLICA EKTRACT, PHENOXYETHANOL, AQUA, LAURYL METHACRYLATE/GLYCOL DIMETHACRYLATE CROSSPOLYMER, BUTYLENE GLYCOL, DICAPRYLIETHER, SODIUM GLUCONATE, ALGAE, CITRIC ACID, SODIUM CITRATE, WALTHERIA INDICA, FERULIC ACID, POLYGLYCERYL-2 DIPOLYHYDROXYSTEARATE; (+/-): CI 7789l, C 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77007, CI 77510, CI 75470, CI 15850, CI 73360, CI 19149, CI 42090


I co o nim sądzicie? Jak Wam się podoba? Mi bardzo. Polecacie jakiś ładny róż?
Buziaki! :*

wtorek, 10 lutego 2015

Rimmel, Punk Rock.

Witajcie!
Dwa razy pod rząd post o produkcie Rimmel. Obiecuję, że jutro pojawi się na pewno coś innego. Stwierdziłam, że dawno nie było niczego o paznokciach, więc dzisiaj się trochę zmieni. Zwlekałam z tą recenzją, ponieważ chciałam Wam pokazać wszystkie kolory jakie mam, ale oczywiście mi się to nie udało.


Jestem osobą, u której lakiery na paznokciach trzymają się krótko. 3 dni to naprawdę rekord. Lakiery z Wibo czy Lovely na moich paznokciach wytrzymują zazwyczaj ok. dnia, a nie mam czasu zmieniać co chwilę lakieru, dlatego od jakiego czasu wolę wydać więcej na lakier, który dłużej wytrzyma niż kupić kilka, które szybko będą nadawać się do zmycia.


Kolor jest genialny! Granat pomieszany z szarością, w każdym świetle wygląda trochę inaczej. Idealny na sezon jesień/zima. Chociaż kupiłam go wiosną i też używałam w zależności od humoru. Ma bardzo wygodny pędzelek, którym bez problemu się maluje. Czasem zdarzy mi się zalać skórki, ale zwykle to przez moją nieuwagę. Na moich paznokciach utrzymuje się ok. 3-4 dni, zazwyczaj po prostu zaczyna ścierać się z końcówek albo pojawią się delikatne odpryski. Mimo to jestem zadowolona z trwałości, chociaż dla wielu z Was ona może być średnia. W gwoli porównania jeszcze droższe lakiery Essie utrzymują się u mnie tak samo jak te. Możliwe, że u Was dłużej się utrzyma.


Kosztuje ok. 20 zł. Jednak zawsze kupowałam go w promocjach za ok.10-15 zł, więc nie aż tak drogo, 12 ml produktu to dość sporo.

Osobiście bardzo polecam przetestować te lakiery, jeszcze żaden z kolorów mnie nie zawiódł. Prawdopodobne, że powiększę swoją kolekcję.

Jakie są Wasze ulubione lakiery? Też macie problem z trwałością?
Buziaki! :*

poniedziałek, 9 lutego 2015

Rimmel Lasting Finish Colour Rush, pomadki w kredce.

Witajcie kochane :)
Niestety na blogu zawsze brakowało postów kolorówkowych, a to dlatego, że bardzo ciężko jest znaleźć światło, żeby oddać odpowiedni kolor, zwłaszcza jeśli chodzi o pomadki i lakiery do paznokci. Jednak te cudeńka zdecydowanie muszę Wam pokazać, bo bardzo je polubiłam.

Od producenta:
Szminki Rimmel Lasting Finish Colour Rush to balsamy do ust z długotrwałym intensywnym kolorem. Benefity: nawilżenie i błysk balsamu, super trwałe (do 6h), intensywne kolory, format grubej automatycznej kredki.


Pomadki w kredkach poczynając od Clinique Chubby Stick opanowały kosmetyczki wielu kobiet. Sama długo się przed nimi wzbraniałam. Miałam na oku te z Revlonu, ale podczas jakiejś promocji skusiłam się na kolor 220 i przepadłam. Piękna ciemna czerwień z odrobiną różu, która przepięknie wybiela zęby, długo trzyma się na ustach i cudnie nawilża. 


Później dokupiłam dwa inne numery. Bardzo dobrze się je aplikuje na usta. Najjaśniejszy kolor nie wymaga lusterka, dwa pozostałe, no nie ryzykowałabym przy górnej wardze, bo jednak można sobie wyjechać. Nie podkreślają niedoskonałości ust. Kolor zostaje na nich długo, można spokojnie nałożyć kolejną warstwę albo po prostu nałożyć balsam nawilżający i usta ładnie się prezentują. Te ciemniejsze kolory utrzymują się ok. 3-4 godziny i uwaga! Wytrzymują próbę jedzenia, nawilżenie co prawda znika, ale to i tak dobrze jak na takie balsamy koloryzujące. Koszt to ok. 22 zł. Polecam się skusić, bo naprawdę jestem mile zaskoczona!


Jedyne do czego bym się przyczepiła to opakowanie, z którego ścierają się napisy, ale da się to przeżyć.

Próbowałyście ich już? Co sądzicie? Jak Wam się podobają kolory? Macie swoje ulubione pomadki?
Buziaki! :*

niedziela, 8 lutego 2015

deBBY what lashes! Tusz do rzęs doskonałe pogrubienie i wydłużenie.

Witajcie! :)
Mam nadzieję, że dobrze spędzacie niedzielę, bo moja jak na razie jest taka sobie, korzystajcie dzisiaj z pięknego słońca :)


Tę maskarę kupiłam przy kasie w SP za ok. 6-8 zł. Normalnie kosztuje ok. 30 zł. Czy dałabym za nią tyle? Zapraszam dalej.


Pierwsze co mi się nie podoba to WIELKA szczota oblepiona tuszem. Ogólnie wolę te silikonowe, jednak mogą być i zwykłe, przeboleję to, tylko, żeby nie nabierały tyle tuszu. Od razu jak możecie się domyślić ok. połowa produktu znalazła się na chusteczce i została wyrzucona. Ekonomiczne to to nie jest, bolałoby w cenie regularnej. 


Efekt jaki daje jest raczej dzienny. Na dolnym zdjęciu jedna warstwa i można spokojnie dołożyć kolejne, ale nie miałam ochoty na bawienie się z nią. Całe szczęście chociaż się nie kruszy. Powiedziałabym jednak, że wydłużenie jest znikome, bardziej widać pogrubienie w rzeczywistości. Dość szybko wysycha, nie odbija się na górnej powiece. Dobrze się ją zmywa. 


Czy jestem zadowolona? Raczej średnio, liczyłam na coś więcej przy machaniu taką szczotą. Zdecydowanie bardziej wolę silikonowe szczoteczki. 

Polećcie mi koniecznie jakąś dobrą maskarę. Może być bardzo tania, może być droższa, chętnie przetestuję coś trwałego i podkręcającego rzęsy. 
Buziaki! :*

sobota, 7 lutego 2015

Bourjois, Rouge Edition Velvet, 07 Nude-ist.

Witajcie! :)
Miałam ten post napisać trochę wcześniej, ale niestety pewne sprawy wyprowadziły mnie z równowagi.. Czasem tak się dzieje, że ciężko nam się w niektórych sytuacjach zebrać, ale jako poniekąd silny charakter jestem z głową uniesioną do góry i 'serwuję' Wam kolejny post :)



Ta pomadka to chyba najpopularniejsza pomadka w zeszłym roku. Szał jaki na nią zapanował za trwałość, jakość, matowe wykończenie rzadko się zdarza. Podchodziłam do niej dość sceptycznie ze względu na jej wykończenie, bo moje usta lubią się przesuszać.
Moje pierwsze spostrzeżenia po otwarciu? Taki grzybowy jakby od farby do ścian zapach. Lubię jak produkty pachną ładnie albo nie pachną wcale. Druga rzecz to aplikator jak w błyszczykach, który nabiera za dużo produktu, jak przy błyszczykach można to 'ograć', tak przy tym za duża ilość na ustach nie wygląda korzystnie tym bardziej, że lubi zbierać za dużą ilość przy obramowaniach ust.


Od odcień rzekomo nude wcale nie jest taki nude, u mnie wygląda trochę bardziej naturalnie, bo jest podobny do mojego koloru ust. Usta jak przy ciemnych pomadkach muszą być wypielęgnowanie. Peeling i pomadka nawilżająca to podstawa.


Jak możecie zauważyć na załączonym obrazku podkreślił jakieś skórki, których myślałam, że nie ma, a przez to, że ustach był jeszcze balsam nie chciał wyschnąć, przez co zaraz po zjedzeniu nie było po nim śladu. Bez pomadki ochronnej daje matowy efekt jednak wysusza usta i zastyga na nich. Jego trwałość wtedy też nie powala, bo to max 3 godziny. 


Kupiłam ją podczas rossmannowej promocji 1+1, ale powrotów nie przewiduję, a pomadka leci w świat w inne ręce, mam nadzieję, że się sprawdzi.  

(przepraszam za moją twarz, ale chodziło mi głównie o pomadkę)

Kosztuje ok. 40 zł, ale na pewno więcej jej nie kupię. Wolę poszukać czegoś innego co się u mnie sprawdzi, a może matowe pomadki nie są dla mnie? Bardzo prawdopodobne.

Miałyście którąś z nich? Macie w planach je kupić?
Buziaki! :*