wtorek, 31 marca 2015

Denko 3 #2015.

Witajcie! :)
Mam ostatnio mnóstwo rzeczy na głowie. Nie myślałam, że wszystko będzie działo się tak nagle. Jutro już wyjeżdżam na święta i niestety nie będę miała jak niczego pisać, no chyba, że uda mi się zrobić HOT-SPOT albo coś takiego. Niestety informatyk ze mnie marny, więc szanse są nikłe. Mam nadzieję, że napiszę coś na zapas, bo niestety nie wiem kiedy wrócę. Wczoraj mieli pojawić się ulubieńcy, ale pojawią się za jakiś czas. Załamanie pogody spowodowało, że jakość zdjęć jest nie taka jak być powinna. 

Dzisiaj przychodzę do Was z denkiem. Nie jest tych produktów wiele, ale myślę, że jest to konkretne zużycie. Jeśli chcecie się dowiedzieć co w marcu wpadło do 'śmietniczka' to zapraszam :)


Jak zwykle pojawia się butelka żelu pod prysznic TBS tym razem w wersji żurawina. Zapach jest po prostu cudowny i mam jeszcze zapas. Wykończyłam także piling Pat&Rub do stóp (klik). Jeśli macie problemy ze stopami to ten produkt przyjdzie Wam z pomocą. Uważam, że warto w niego zainwestować, tym bardziej, że jest bardzo wydajny, a jak dobrze poszukacie to możecie zapłacić za niego ok. 40-50 zł na firmowej stronie. Używałam wielu takich produktów, ale ten jest najlepszy i kupiłam kolejne opakowanie także to chyba mówi samo za siebie. Maseczka arbuzowa Organique była u mnie bardzo duło, ostatecznie, żeby jej nie zmarnować zużyłam ją do biustu podczas kąpieli. Ma przepiękny zapach, ale żeby działanie było jakieś powalające to nie zauważyłam. O odżywce Green Pharmacy pisałam tutaj. Jest całkiem okej, ale powrotów nie przewiduję. 


Antyperspirant Ziaja Soft bardzo mnie zawiódł, ani nie był jakiś delikatny, a o skuteczności już nawet nie wspomnę. Nie wrócę do niego i nie polecam. Masło truskawkowe TBS chyba lubię najmniej ze wszystkich, bo zapach kompletnie mi nie odpowiada, pod względem działania nie mam zarzutów, ale tej wersji nie kupię. Krem do rąk Douglas kupiłam dawno temu, ale czas było go wykończyć. Na początku go nie lubiłam, bo jakoś ręce mi się po nim kleiły, ale po przerwie nic takiego nie miało miejsca. Bardzo dobrze nawilżał a skóra była gładka bez żadnych suchych placków. 


Mydełko to mycia buzi z Clinique używałam z 8 miesięcy! Więc przekładając cenę na wydajność wcale nie jest ona taka straszna. Na początku miałam mieszane uczucia, ale teraz mam inne produkty i tęsknię za nim jak mam być szczera. Pisałam o nim tutaj. Mój wielki ulubieniec, czyli krem Estee Lauder Daywear, który według mnie jest świetny. Kupowałabym go częściej, gdyby cena była niższa. Pisałam o nim tutaj. Dwie miniaturki duwfazy z Sephory, całkiem skuteczne, ale wydajne to one wcale nie są. 


Podkład Estee Lauder Double Wear Light to też mój wielki ulubieniec. Miałam go ponad rok, oczywiście nie używałam w wakacje. Trochę zmieniłam co do niego zdanie, ponieważ teraz według mnie krycie ma dobre, ani drgnie przez cały dzień, nie robi efektu maski i z chęcią bym do niego wróciła, ale mam jeszcze kilka pokładów, które chciałabym wypróbować. Pisałam o nim tutaj. Rimmel Match Perfection to podkład, który też miałam bardzo długo. Dla mnie kolor 101 jest za różowy i mieszałam go z innymi podkładami. Cieszę się, że się skończył, teraz z czystym sumieniem mogę się rozglądać za nowymi, nie żebym miała ich kilka. Essence Lashmania to maskara, która mnie zawiodła i na pewno do niej nie wrócę (klik).


O maseczkach Ziaja pisałam tutaj. Do białej z pewnością będę wracać. Pisałam także o płatkach kolagenowych (klik), które kiedyśjeszcze kupię. Poza tym miałam próbkę odświeżającego peelingu Pat&Rub, który chętnie bym kupiła, gdyby nie było czuć w nim samej cytryny. Na uwagę zasługuje także maseczka z płatkami owsianymi i miodem, o której napiszę niedługo, ponieważ mam pełnowymiarowe opakowanie. Bublem okazała się baza Wonderblur TBS, która do niczego się nie nadaje. Bladzioszki nie znajdziecie dla siebie koloru w nowym podkładzie Dior Airnude, no chyba, że macie chłodny typ skóry.

Uff! I to już wszystko, nie ma tego dużo, ale jestem zadowolona z tych zużyć. Miałyście coś z tych produktów? Może polecacie coś co ostatnio zużyłyście? Piszcie koniecznie.
Buziaki! :*

piątek, 27 marca 2015

Piątkowy przegląd filmowy #6.

Witajcie! :)
Miałam ten post dodać znacznie wcześniej, ale mam teraz sporo na głowie i jeszcze rano miałam za mało filmów, żeby zrobić ten post, ale jedząc śniadanie włączyłam sobie kolejny i dzisiaj chcę się z Wami podzielić tym co ostatnio obejrzałam. Zapraszam dalej! :)
Poprzedni przegląd - klik.


1. Dla Ciebie wszystko - bardzo wzruszający film, uroniłam kilka łez. Opowiada historię dwóch zakochanych w sobie osób, jak się poznali, co się z nimi stało, dlaczego po dwudziestu latach nie są razem. Polecam zobaczyć, naprawdę warto.
2. Niezłomny - film, który poleciła mi jedna z Was, za co bardzo dziękuję :) Historia oparta na faktach. Film został nakręcony po śmierci w 2014 roku bohatera wojennego jakim był Louis Zamperini. Opowiada o tym co spotkało go w czasie wojny, jakie okrucieństwa znosił, ale także pokazuje zapał, wytrwałość, silną wolę i wiarę. Ciekawa jestem czy jeszcze istnieją tacy ludzie w naszych czasach.


3. Wielka szóstka - dawno nie było filmu animowanego w zestawieniu. To jest propozycja na obejrzenie razem z dzieckiem. Naprawdę ciekawy chwilowo pouczający, że zemsta nie popłaca. Całkiem zabawny. No i postać po prawej stronie mówi sama za siebie. Polecam sprawdzić nawet jak nie macie dzieci, a lubicie czasem zobaczyć film animowany. Ja przyznaję, że ciągle czuję się dzieckiem.



 4. Exodus - byłam bardzo ciekawa tego filmu, ponieważ według mnie Gladiator jest genialny. Tutaj przeszłam drobny zawód, ponieważ film momentami się bardzo dłużył. Przedstawia historię Mojżesza, przedstawia wszystkie plagi, życie w Egipcie i ucieczkę z niego. 
5. Bóg nie umarł - zastanawiałam się czy umieszczać ten film. Ile ludzi tyle opinii, według mnie film całkiem okej, jednak ateistom czy osobom niewierzącym nie polecam, no chyba, że macie duży dystans do wiary i chrześcijaństwa. Ogólnie jeśli zabierzecie się za obejrzenie tego filmu to polecam na niego spojrzeć z przymrużeniem oka. Opowiada o chłopaku, który chce udowodnić w naukowy sposób, że Bóg istnieje i jest.

No i to wszystko co mam dla Was na dzisiaj. Mam nadzieję, że wybierzecie coś dla siebie, coś Was zainteresuje :) A może Wy oglądałyście ostatnio coś ciekawego? Osobiście plan mam, żeby w najbliższej przyszłości obejrzeć "Bogowie" i pójść do kina na "Zbuntowaną", czego nie mogę się doczekać :D

Buziaki i udanego weekendu Wam życzę! :*

środa, 25 marca 2015

Delikatny makijaż dzienny.

Witajcie! :)
W końcu przychodzę do Was z postem makijażowym. Nie jest ze mnie żadna makeup artist. Chciałam Wam tylko pokazać jak obecnie wygląda mój makijaż, jakich produktów używam. Może Wam coś się spodoba i będziecie chciały o tym poczytać, jeśli tak to koniecznie piszcie w komentarzach. Część produktów ma już swoje recenzje, które Wam podlinkuję. Więc zapraszam Was do oglądania :)





Chciałam, żeby ten makijaż był lekki i świeży. Dlatego nie konturowałam twarzy, a nałożyłam sam róż w pięknym brzoskwiniowym odcieniu. Nie zakrywałam już kamuflażem większych zmian. Jedynie nałożyłam podkład i rozświetlający korektor. Kreskę zrobiłam czarnym cieniem, czasem nakładam brązową kredkę i ją rozcieram. Na ustach wylądował błyszczyk w bardzo delikatnym, dziewczęcym kolorze. To był pierwszy raz jak go nakładałam i myślę, że kupię jeszcze kilka kolorów jak będę miała okazję. Brwi absolutnie nie są rude! Aparat widocznie przekłamał ich kolor. Brwi zawsze podkreślam mocniej, podoba mi się nieco wyrysowany efekt.



Lista kosmetyków:
Clinique Mousture Surge, podkład nawilżający (recenzja).
MUR The One Foundation (recenzja).
I Heart Makeup róż Peachy Keen (recenzja).
Benefit Roller Lash, muszę przyznać, że to bardzo fajna maskara, ale napiszę o niej jak jeszcze trochę ją przetestuję.
Celia Woman błyszczyk 02, w tym makijażu miał swoją premierę zarówno na blogu jak i na moich ustach. Jeśli nie jesteście fankami klejących błyszczyków jak ja to o omijajcie. 
Eveline Cosmetics rozświetlający korektor, odcień Light, bardzo go lubię, na pewno o tym za jakiś czas napiszę.
theBalm Brow Pow, odcień Dark Brown (recenzja)
L'Oreal Brow Artist bezbarwny żel do brwi - na początku nie byłam przekonana, ale teraz całkiem chętnie po niego sięgam.
Paese puder ryżowy, jeszcze w starym opakowaniu. Jest to bardzo fajny puder matujący, który trzyma skórę w ryzach, ale nie pozostawia po sobie płaskiego matu.


No i gwóźdź programu, czyli paleta Death by Chocolate. Beżowy, matowy cień nałożyłam pod łuk brwiowy. Beżowy, perłowy nałożyłam na całą powiekę ruchomą. Czekoladowy cień wylądował w kąciku i załamaniu powieki, a średni brązowo - szary posłużył mi jako cień pogłębiający załamanie. Czarnym cieniem zagęściłam linię rzęs i voila!

Nie jest to nic skomplikowanego, a wydaje mi się, że jest to najlepszy makijaż na dzień do każdej pracy czy też na uczelnię czy w inne miejsca. Łatwo go przerobić na makijaż wieczorowy.

Buziaki! :*

wtorek, 24 marca 2015

Sephora Outrageous Curl, Dramatic volume and curve mascara.

Witajcie kochane! ;)
Korzystam z czasu i przygotowuję jeszcze post na jutro. Jutro zapowiada się naprawdę ciężki dzień, a praktycznie wszystko zostaje na mojej głowie. Mieszkanie, pies, siostra, a poza tym mam także inne obowiązki. Nie zostaje mi nic innego jak wykorzystać czas wolny i nadrabiać zaległości. 


Dzisiaj zapraszam Was na post o nowej maskarze Sephora. Wiem, że wiele z Was czeka na opinię o RollerLash Benefit, ale tę muszę jeszcze trochę po testować.



Maskarę dostajemy w zakręconym opakowaniu, które bardzo mi się podoba. Środek wbrew pozorom mieści w sobie bardzo malutką precyzyjną szczoteczkę. Tusz ma dodawać objętości i podkręcać rzęsy. Sam w sobie jest bardzo mokry i nie zauważyłam, żeby jakoś bardzo przysechł po leżeniu. Długo schnie po nałożeniu na rzęsy, ale dla mnie nie jest to jakiś wielki problem.


Szczoteczka potrafi dać naprawdę spektakularny efekt, bo mocno podkręca i widocznie pogrubia nawet takie liche rzęsy jak moje. Niestety matka natura nie obdarzyła mnie w tej dziedzinie rzęsiskami do nieba, więc muszę sobie radzić inaczej.


Byłabym z niej bardzo zadowolona, bo poza tym, że je podkreśla, także nie osypuje się i trzyma cały dzień. Jednak ma jedną WIELKĄ wadę, niesamowicie skleja rzęsy w owadzie nóżki co możecie zobaczyć poniżej. Niezbędny jest grzebyczek do ich wyczesania. Dla mnie jest to wielki minus, bo fakt po wyczesaniu są mocno podkreślone, ale ile czasu dodatkowo muszę stracić na tę czynność, a nie wiem jak Wy, ale wolę te pięć minut przeznaczyć dodatkowo na sen. Kosztuje 59 zł, dostępny oczywiście w Sephora. Nie jest to zły produkt, ale maskara Eveline za 15 zł daje mi wszystko czego moje rzęsy potrzebują, więc nie będę przepłacać.
Nie wiem, może nie potrafię posługiwać się tą małą szczoteczką, ale próbowałam na wszystkie sposoby i efekt jest ten sam. No niestety, nie jest to produkt dla mnie.


Znacie? Co sądzicie? Jakie maskary polecacie? Jakich lepiej unikać?
Buziaki! :*

poniedziałek, 23 marca 2015

Palmer's Cocoa Butter, żel do mycia twarzy.

Witajcie kochane!
Niestety znowu mnie nie było, ale niestety siła wyższa i nie dałam rady się pojawić, a jak zaplanowałam robienie zdjęć to.. zapomniałam aparatu. Cała ja, zakręcona jak nie wiem. Postaram się teraz dodawać już posty, ponieważ mam ich kilka zaplanowanych, jutro zabiorę się za zdjęcia. Trzeba wykorzystać dzień wolny tym bardziej, że kilka następnych dni będzie bardzo zakręconych.

Dzisiaj będzie o kolejnym produkcie, który nie myślałam, że mnie przekona do siebie, a jednak. Ma tylko jedną ogromną wadę, ale zapraszam Was dalej na recenzję :)


Dzisiaj nie będę rozwodzić się nad opakowaniem. Z takich technicznych informacji ma 15 ml i kosztuje ok. 30 zł. Kupiłam go kiedyś w promocji z Hebe za jakieś 22 zł z tego co pamiętam.


Na początku nie byłam w ogóle zadowolona z tego produktu. Ma okropny zapach i to się nie zmieniło, całe szczęście się nie utrzymuje, a także dziwną konsystencję. Odstawiłam go i zużyłam żel z Clinique, a potem zaczęłam używać żel Soraya, który okropnie mi ściąga skórę, więc z braku laku wróciłam do tego i o dziwo się polubiliśmy. Dobrze zmywa makijaż i brud z twarzy, co jest bardzo ważne. Nie zauważyłam także, żeby mi przesuszał skórę czy żeby ją podrażnił. Nie zauważyłam zapychania, a przede wszystkim nie ściąga mojej skóry, która już i tak jest wysuszona. Dobrze się pieni. Jest raczej średnio wydajny, bo na tyle samo starczają mi żele z Ziaji, które są z 3 razy tańsze.


Wiecie, nie jest to moje KWC, ale nie zmienia faktu, że się polubiliśmy. Jednak przez ten paskudny zapach, który ciężko jest mi znieść raczej do siebie nie wrócimy. Przyjemny myjak za średnią cenę. 

A Wy miałyście z nim styczność? Jakie polecacie żele do twarzy? Jakich najlepiej unikać?
Buziaki! :*

środa, 18 marca 2015

MakeUp Revolution, The One Foundation, shade 1.

Witajcie! :)
Już coraz bardziej czuć wiosnę, a do jej początku zostały już tylko trzy dni. Osobiście już się nie mogę doczekać aż przyjdzie. Z wiosna także zaczynam detox organizmu, więc piję sobie właśnie zieloną herbatę. Mam także najnowszą serię The Body Shop z zieloną herbatą jeśli byłybyście zainteresowane recenzją to piszcie :)

Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami opinią produktu, który powinien znajdować się w Waszych kosmetyczkach, jeśli wszystkie podkłady w drogeriach są dla Was za ciemne. Nie wiem czy to jest widać kiedy wstawiam zdjęcia, ale jestem blada i znalezienie dobrego podkładu dla mnie graniczy z cudem. Już nawet nie wspomnę o tym, że większość jest zbyt różowa albo pomarańczowa. Mowa oczywiście o białym podkładzie z MUR.


Produkt dostajemy w takiej tubce z dziubkiem, co bardzo ułatwia dozowanie podkładu. Zazwyczaj wyciskam 3-4 krople i mieszam go z innym podkładem. Zależy to też jaki odcień ma podkład bazowy. Kosztuje 20 zł za 29 ml. Uważam, że jest to niewiele, zwłaszcza, że jest wydajny, a szczerze mówiąc od kiedy go kupiłam używam go codziennie.


Mój podkład jest po prostu biały, na tym mi zależało. Dlatego też nie stwierdzę czy krycie można budować, bo taką charakteryzację to sobie chyba na Halloween zrobię. Czy daje pełne krycie też nie wiem, nie sprawdzałam. Jednak nie wpływa na podkład, z którym go mieszamy, przynajmniej nie w takim stopniu, żeby psuł efekt, który chcemy uzyskać. Przy podkładach matowych skóra może odrobinę bardziej zmatowiona, ale absolutnie nie jest to płaski mat. Przy podkładach rozświetlających czy nawilżających skóra dalej jest świetlista i wygląda na zdrową. Nie wpływa na trwałość podkładu. W zasadzie to przez to, że jest wodnisty dodany do gęstych podkładów powoduje, że lepiej się z nimi pracuje.


Osobiście jestem na tak. Już nie muszę się martwić, że każdy podkład w drogerii będzie dla mnie za ciemny dzięki temu kosmetykowi. Wiem, że część z Was pomyśli, że tyle kasy dajemy na jakiś produkt, a musimy i tak dokupić drugi, bo tamten się dla nas nie nadaje, jednak wolę mieć spokojną głowę na zapas i nie myśleć o tym, że w drogerii wszystko było okej, a wyszłam na światło dzienne i mam maskę. Polecam serdecznie! :)

wtorek, 17 marca 2015

Bomb Cosmetics, szampon w kostce Flower Girl.

Witajcie kochane! 
Moja twarz powoli dochodzi do siebie, a że dzisiaj mam odrobinę wolniejszy dzień to myślę, że trzeba nadrobić obiecane recenzje. Chociaż zaczęłam sprzątać i tak myślę czy wyrobię się ze wszystkim. Jak nie dzisiaj to z pewnością w czwartek :)


Produkt, który Wam dzisiaj przedstawię bardzo mnie zaciekawił. Widziałam już takie wynalazki w Lush jak byłam, ale niestety nie wiem dlaczego nic nie kupiłam. Mowa o szamponie w kostce, zapraszam na recenzję :)

OD PRODUCENTA:

Absolutna nowość: szampon w kostce! Bez zbędnej wody, sama esencja wydajnego, naturalnego szamponu z dodatkiem olejków eterycznych, który doskonale odżywi włosy i nadaj im delikatny, kwiatowy aromat!


Szampon dostajemy dodatkowo zapakowany w bardzo ładny kartonik. Podoba mi się stylistka produktów Bomb Cosmetics. Mam jeszcze masełko myjące i bardzo ładnie prezentuje się w łazience. Myślę, że ten szampon jest świetnym rozwiązaniem na wyjazdy, ponieważ zajmuje mało miejsca i niewiele waży. Pachnie całkiem przyjemnie, ale nie jest to mocny zapach i nie utrzymuje się na włosach.


Produkt bardzo dobrze się pieni i nie można raczej z nim przesadzić. Pocieramy nim o włosy tyle razy ile potrzebujemy co również moim zdaniem jest wygodne. Muszę przyznać, że szampon bardzo dobrze czyści włosy i zostawia je odbite od nasady co jest dla mnie ważne, bo mam włosy jednej długości i często są oklapnięte (aut. wybieram się do fryzjera, jeśli będzie jakaś duża zmiana chcecie zobaczyć? :)). Włosy są gładkie i błyszczące, ale zauważyłam, że końcówki strasznie się plączą i przesuszają, więc bez odżywki ani rusz. Jednak moje są po prostu do obcięcia, więc może dlatego. Coś mi ostatnio mocno przesuszyło skórę głowy i nie wiem czy to ten szampon czy coś innego. Nie jestem w stanie powiedzieć, bo po każdym szamponie efekt jest taki sam. Na pewno nie jest to szampon nawilżający, więc jeśli macie suche włosy to na pewno nie będziecie zadowolone.


Nie wiem dlaczego, ale mimo braku jakiś spektakularnych efektów na włosach to lubię go używać, może dlatego, że to po prostu szybkie. Kosztuje 19 zł, a jest wydajny jak nie wiem. Czy polecam? Nie jest to produkt niezbędny chyba to jednak bardziej gadżet, ale na wyjazdy bardzo przydatny.

Miałyście kiedyś styczność z takimi szamponami? Co o nich sądzicie?
Buziaki! :*

poniedziałek, 16 marca 2015

Ziaja Liście Zielonej Oliwki, maseczki.

Witajcie! :)
Jak Wam minął weekend? Mam nadzieję, że dobrze i macie siłę na kolejny tydzień. Mój zapowiada się kiepsko, bo chyba będę musiała wyjechać, ale nie wiem, jeszcze nic nie jest pewne. Będę miała internet, ale bez laptopa, pewnie przygotuję coś dla Was wcześniej. Mam nadzieję, że mi się uda. Nie lubię tak wyjeżdżać bez przygotowanych materiałów.

Dzisiaj mam dla Was dwa produkty, które bardzo polubiłam i powiem szczerze, że mam ochotę przetestować całą serię, ale chwilowo ze względu na zapasy się powstrzymam. Myślałam, że uda mi się wyjść na prostą, ale jednak nie. Ciężkie życie kosmetykoholiczki. Jeśli chcecie poznać bohaterki dzisiejszego posta to zapraszam dalej :)


Maseczki jak zwykle dla Ziaji w standardowym opakowaniu o zawartości 7 ml. Kosztują ok. 1,30 zł. Tak mi się coś wydaje. Taka saszetka starczyła mi na dwa użycia w obu przypadkach.


Zacznijmy od maseczki nawilżającej. Jest bardzo komfortowa na buzi, ponieważ nie zastyga. Mi akurat to nie przeszkadza, ale wiem, że wiele z Was zwraca na to uwagę. Ze zmyciem jej nie ma żadnego problemu. Skóra jest po niej miękka i nawilżona, ale mam wrażenie, że zostawia taką ochronną warstwę i ma skłonność do rolowania się. Skóra nie jest gładsza, ale faktycznie pozostawia po sobie blask. Czy łagodzi to bym nie powiedziała, bo czasem zdarza mi się czuć pieczenie na twarzy. Akurat ta jest w porządku, ale tyłka nie urywa.


Natomiast w działaniu ta z glinką jest po prostu genialna. Mimo tego, że zasycha nie pozostawia na skórze uczucia ściągnięcia. Bardzo dobrze oczyszcza i zmniejsza widoczność porów na czym ostatnio bardzo mi zależy. Faktycznie wygładza skórę i co najważniejsze faktycznie łagodzi jakieś pryszcze i pozostawia je mniej widoczne, a zaczerwienienia blakną.

Myślę, że ta maseczka z białą glinką jest naprawdę warta uwagi. Jeśli macie skórę bardzo suchą to bardziej do gustu przypadnie Wam ta nawilżająca.

Miałyście te maseczki? Co o nich sądzicie?
Buziaki! :*

piątek, 13 marca 2015

Piątkowy przegląd filmowy #5.

Witajcie! :)
Ostatnio niestety nie miałam głowy do postów takich jak ten i tydzień to w sumie trochę mało na obejrzenie np. pięciu filmów przy normalnych obowiązkach, gdzie wieczorem dla przyjemności spotykasz się ze znajomymi. Zawsze myślałam, że to nie takie trudne, ale to się wydaje, że to tylko jeden film, niby nic, ale jednak dużo. 

Mam dla Was 6 filmów. Ostatni, który Wam pokażę w sumie nie wiem czy powinnam tutaj zamieszczać, ale wyjaśnię to Wam przy opisie.  No to jeśli jesteście ciekawe co dla Was przygotowałam to zapraszam dalej :)

Walentynkowy przegląd filmowy - klik.
Poprzedni - klik.



1. Love, Rosie - bardzo fajny film! Lekki i taki prawdziwy, oglądało mi się go z przyjemnością. Wzruszyłam się na nim także. Rosie i Alex znają się całe życie i za każdym razem wyznanie swoich uczuć jest nie w porę, ponieważ pojawiają się inne osoby, a oni usuwają się ze swoich dróg. Do tego Alex wyjeżdża do Bostonu, czy ich przyjaźń przetrwa? Czy zamieni się w coś więcej? Polecam zobaczyć.
2. Whiplash - przede wszystkim jest to najbardziej motywujący film jaki obejrzałam. Jeśli kiedyś zwątpicie w siebie czy swoje możliwości koniecznie obejrzyjcie. Tyle samozaparcia, siły i chęci przekraczania własnych granic. No i oczywiście świetna rola drugoplanowa. Koniecznie obejrzyjcie! 


3. Zanim zasnę - film, gdzie kobieta zostaje pobita i codziennie traci wspomnienia, które uzyskała poprzedniego dnia. Zaczyna nagrywać wszystko i sobie odtwarzać kolejnego dnia po obudzeniu. Film ciekawy, trochę zaskakujący, przy końcówce przewidywalny. Myślę, że taki thriller od czasu do czasu jest dobry.
4. Dawca pamięci - po wojnie stworzono nowy system, gdzie ludziom odebrane wspomnienia i emocje. Główny bohater ma zostać kolejnym dawcą pamięci, czyli jedyną osobą, która może wiedzieć o tym co stało się w przeszłości, aby doradzać radzie. Ma mentora, który pokazuje mu wspomnienia i swoją wiedzę. Jednak on zauważa, że system wcale nie jest dobry, czy będzie chciał to zmienić? Obejrzyjcie. Przyjemnie mi się go oglądało. Całkiem ciekawy film.


5. 50 twarzy Greya - ktoś jeszcze o tym nie słyszał? Mogę powiedzieć, że po takim hejcie jaki był na ten film miło się zaskoczyłam, bo całkiem przyjemnie mi się go oglądało. Dakota wypadła znacznie lepiej niż myślałam. Zdecydowanie nie jest to wybitna produkcja i wszystkim, którzy myśleli, że zobaczą film pornograficzny, przypominam.. Z jakiegoś powodu nie lecą one w kinach. Dlatego ciężko o odwzorowanie książki. Aha i osobiście oglądałam w internecie chińską wersję, która jest cenzurowana, też taka wiadomość jakbyście chciały obejrzeć, bo taka kopia krąży na różnych stronach.
6. Foxcatcher - dawno nie chciało mi się po dziesięciu minutach wyłączyć filmu, a jednak. Twardo oglądałam do końca przez sympatię do Tatuma. Film opowiada o zapaśnikach, których zaczyna sponsorować bogaty fan, który także chce naprawić Amerykę. Przysięgam, że z dziesięć razy miałam ochotę go wyłączyć. Jedyne co to zaskoczyła mnie końcówka.


No i to wszystko co dla Was dzisiaj przygotowałam :) Mam nadzieję, że coś Wam wpadło w oko. A może coś oglądałyście z tych pozycji? Koniecznie dajcie znać co ciekawego ostatnio widziałyście.
Dobrego weekendu Wam życzę. Buziaki! :*

czwartek, 12 marca 2015

Mary Kay Timewise, matte-wear liquid foundation.

Witajcie! :)
Też macie dzisiaj taki dzień, że raz jesteście pełne energii, a zaraz jej nie macie i tak co chwilę? Nie lubię czegoś takiego, no ale zaraz zrobię sobie kawę i pójdę coś obejrzeć dla relaksu, bo w piątek pojawi się, mam nadzieję, post filmowy. Dodatkowo wszystkie posty 'makijażowe' pojawią się jak tylko moja twarz dojdzie do siebie, bo szaleństwach hormonalnych, czyli prawdopodobnie w przyszłym tygodniu.

Dzisiaj o produkcie, który naprawdę bardzo polubiłam. W sumie nie myślałam, że tak będzie, a bardzo miło się zaskoczyłam, mowa o podkładzie Mary Kay, który dostałam od koleżanki.


Nie wiem czy używałyście kosmetyków Mary Kay, ale moim zdaniem te opakowania w tubie są do wymiany. Z bardzo prostej przyczyny, nie można ich normalnie postawić, bo jak je otworzycie to produkt po prostu się wyleje. Dla mnie to jakaś pomyłka, bo muszę trzymać kartonik, w którym tubka stoi wieczkiem do góry. Nie wiem jak Wy, ale kartoniki wyrzucam, bo nie widzę sensu ich trzymania. Podkład ma 29 ml pojemności.


Posiadam najjaśniejszy odcień, który i tak jest dla mnie za ciemny, ale on kiedy mam podkład MUR (o, którym będzie), nie jest to dla mnie problemem. Muszę przyznać, że podkład ma przyzwoite średnie krycie. Do większych zmian przyda się korektor. Nie wiem czy można go stopniować, bo mi jedna wystarczy. Powiedziałabym, że nałożony pędzlem albo palcami daje na twarzy mat, a przy użyciu gąbeczki jest to bardziej delikatne wykończenie. Nie wygląda jakbyście sobie nałożyły tynk na twarz niezależnie od tego jak go zaaplikujecie. Dla mnie jest za żółty, ale wygląda całkiem dobrze. Nie wchodzi w pory, nie roluje się. Może podkreślać suche skórki, ale ja mam ich ostatnio bardzo dużo, więc moja pielęgnacja też ma tutaj swój udział.


Utrzymuje się bardzo długo, w zasadzie powiedziałabym, że cały dzień a przy tym jest lekki i zdecydowanie nie czuć go na twarzy. Matuje nie wiem na ile, ale po kilku godzinach nie wygląda źle, chociaż odrobina pudru by się przydała. W żadnym wypadku nie ściąga skóry. Nie wypowiem się na temat przesuszenia, bo moja skóra teraz taka jest, ale nie zauważyłam, żeby podkład wpłynął na nią gorzej. Nie wchodzi w pory, przynajmniej kiedy go kiedyś stosowałam. Teraz i tak najmniej ze wszystkich jakie mam, ale to także wynika z przesuszenia. Nie ma on filtru, więc dobrze nadaje się na jakieś większe wyjścia. Na dzień może być to minus, ale mam kremy z filtrem, a znalezienie fajnego podkładu bez filtrów graniczy z cudem, bo pakują do nich nawet niewielkie ich ilości.


Jestem zadowolona z tego podkładu, z przyjemnością po niego sięgam w codziennym makijażu. Nie wiem czy do niego wrócę, bo mam wiele podkładów na oku, ale polecam wypróbować.

A jaki jest Wasz ulubiony podkład? Może jakiś krem BB? Polecacie coś dobrego?
Buziaki! :*


poniedziałek, 9 marca 2015

Full Mellow, peeling Raspberry Kiss.

Witajcie! :)
Dzisiaj nie jest dobry dzień. Wyobrażacie sobie taką sytuację, że wstajecie, żeby jak przyzwoity student jechać na uczelnię, po czym Wasz wykładowca, z którym macie 4 godziny jest zajęć i zostaje Wam wykład. Idziecie zapytać czy nie może się odbyć wcześniej, niestety nie. Dobrze, zajmujecie się czymkolwiek przez ten czas, po czym wracacie, a wykład został odwołany.. Poziom mojego zdenerwowania i irytacji sięgnął zenitu.

Więc dzisiaj przychodzę do Was z bardzo fajny produktem, na który skusiłam się w lutym, kiedy była promocja na pojedyncze kosmetyki Full Mellow. Jest to firma produkująca kosmetyki robione ręcznie. Do tego całkowicie naturalne. Prowadzona przez Polkę. Jestem zdania, żeby wspierać osoby, które coś robią, więc bardzo chętnie czasem tam zaglądam. O ile Natural Box nie przypadł mi do gustu to produkty, które zamówiłam są dobre, ale o reszcie innym razem.


Produkt przychodzi do nas w małym, uroczym słoiczku o pojemności 30 g, za które zapłacimy 25 zł. Płaciłam za niego chyba 19 zł, ale nie pamiętam dokładnie. Zapach jest bardzo ładny, nie jest on czysto malinowy, bardziej pachnie jak landrynki, nie mniej jadalnie. Produkt bez żadnego problemu możemy wydobyć ze słoiczka i nałożyć na ustach. A co jest w nim najlepsze? Po wykonaniu masażu nie musimy go zmywać, a możemy go zlizać, bo jest jadalny :) Daję okejkę!


Skład jest naprawdę super, bo mamy tutaj sacharozę, witaminę E, olej jojoba, olej oliwkowy, roślinna gliceryna (?), olej z malin i suszone maliny. Więc jak widzicie same dobroci.


Podstawą mojego dbania o usta pomijając oczywiście balsam do ust jest peeling. Uwielbiam mocne pomadki, a do takich trzeba mieć wypielęgnowane usta. Ten produkt nie dość, że gładko rozprowadza się po ustach to jeszcze maświetną konsystencję. Genialnie nawilża i ułatwia pozbycie się suchych skórek. Usta są gładkie, ponętne i mają zdecydowanie ładniejszy kolor, ponieważ poprawia się ukrwienie. Takie produkty to zdecydowanie ułatwienie dla takich leniuchów jak ja, którym nie chce się ich samemu robić. Poza tym tutaj kryształki cukru są zdecydowanie mniejsze niż przy tym, którym słodzimy, co zdecydowanie ułatwia sprawę, ponieważ mają lepszą przyczepność do ust. Powiem, że bardzo lubię ten peeling! 


Jedynym minusem w przypadku takich produktów to krótsza data ważności. Mój jest ważny do sierpnia,w sumie to nie jest tak krótko i z przyjemnością będę go używać, myślę, że skończy się dużo szybciej, bo stosuję go przynajmniej raz w tygodniu.

A Wy jakie macie doświadczenia z peelingami? Robicie je same? Macie ulubieńców? Czy nie musicie go wykonywać? Niestety mam suche usta, u mnie się nie obejdzie.

Buziaki! :*

niedziela, 8 marca 2015

Maybelline, Dream Lumi Touch korektor rozświetlający.

Witajcie kochane! :)
Mam nadzieję, że swoje święto spędzacie tak jak sobie zaplanowałyście i jesteście zadowolone oraz pełne energii. W Szczecinie pogoda jest po prostu genialna! Byłam już na spacerze i powiem Wam, że ubierając sweter i cienką kurtkę zgrzałam się, wierzcie mi jest iście wiosennie :)

Rzadko kiedy staram się narzekać, zwłaszcza kiedy pojawia się piękne słoneczko, ale w gwoli tego, że dzisiaj jest Dzień Kobiet ponarzekam sobie. Jeśli jesteście ciekawe co ostatnio mnie tak zdenerwowało to zapraszam dalej :)



Dzisiaj opowiem Wam o korektorze, który miałam nadzieję, że zastąpi mi L'Oreal Lumi Magique. Kupiłam go w Super-Pharm za 34,99 zł. To jest dużo jak za drogeryjny korektor. Niestety nie udało mi się dostać żadnego innego w promocji, więc z braku laku wzięłam ten. Opakowanie jak większość korektorów rozświetlających, czyli wykręcane z pędzelkiem. Wydajność niestety nie jest najlepsza, ponieważ mam go 3 tygodnie i myślę, że za 2 tygodnie z pewnością się skończy. Trochę jest mi przykro z tego powodu, a może nawet się cieszę.


Nie obciążył ani nie przesuszył skory pod oczami. Ma ładny żółty kolor, ale dla mnie jak mam być szczera jest aż za żółty, co możecie zobaczyć na ostatnim zdjęciu. Zwykle aplikuję go palcami tylko pod oczy. Jak mam być szczera to jest bardziej kryjący niż rozświetlający, a na tym drugim efekcie zdecydowanie bardziej mi zależało.




Co mnie tak bardzo do niego zniechęciło? Zaraz po nałożeniu wchodzi w załamania powiek co jest dla mnie absolutnie wykluczone. Zrozumiem jakby to zrobił w ciągu dnia, ale nie 2 minuty po nałożeniu i przypudrowaniu. Fakt dobrze trzyma się w ciągu dnia, ale naprawdę nie mam głowy, żeby martwić się cały dzień czy mi się korektor nie zebrał w załamaniach. Za to go nie polubiłam. Ten korektor z serii Affinitone jest zdecydowanie lepszy i z pewnością do tego nie wrócę. Poza tym znalazłam teraz produkt, który jest zdecydowanie tańszy, a dużo bardziej się z nim polubiłam, ale o tym kiedy indziej.

A Wy miałyście ten korektor? Co o nim sądzicie? Może macie inne zdanie? 
Buziaki! :*