kwietnia 28, 2015

Benefit, maskara Rollerlash.

21
Benefit, maskara Rollerlash.
Witajcie! :)
Nie wiem dlaczego, ale jest mi dzisiaj okropnie zimno, fakt pogoda jest okropna, coś jak jesień. Pogoda w majówkę ma być tak samo beznadziejna, chociaż mam nadzieję, że wcale tak nie będzie. Postanowiłam, że po powrocie w niedzielę do domu ostro biorę się za siebie, bo przez to wszystko przestałam ćwiczyć. Wdrażam też lepsze odżywianie się, oczywiście to będzie najtrudniejsze, ale nie zamierzam z tego powodu odmawiać sobie dobrych rzeczy, po prostu wszystko w granicach rozsądku.

Dzisiaj mam dla Was recenzję maskary, której byłyście bardzo ciekawe. Specjalnie z nią zwlekałam, bo z doświadczenia wiem, że maskary wysokopółkowe najpierw dają u mnie efekt 'WOW', a potem jest takie 'łeee'. No i wiecie ten żal, że wydało się tyle kasy, czy tak było i w tym przypadku? Zapraszam dalej :)


OD PRODUCENTA:

Opatentowana szczoteczka z haczykami Hook’n’Roll™ obejmuje, rozdziela, unosi i podkręca rzęsy, podczas gdy specjalna podkręcająca formuła utrzymuje się na rzęsach przez 12 godzin! Maskara Roller Lash zawiera prowitaminę B5 oraz serynę, składniki znane ze swoich właściwości odżywczych i pielęgnujących.


Piękne jest to opakowanie,kojarzy mi się z wałkami na włosy. Zdecydowanie to pierwszy aspekt, który urzeka. Kolejny plus jak dla mnie to silikonowa szczoteczka, która jest lekko wygięta przez co bez problemu mogę unieść rzęsy. Kosztuje 125 zł, ja zapłaciłam za nią -20% mniej, bo trafiłam na promocję.


Szczoteczka jak dla mnie jest świetnie wyprofilowana, bez problemu możemy unieść rzęsy od nasady. Ładnie je rozczesuje i nie skleja, dodatkowo je podkręca co dla mnie jest bardzo ważne, bo niestety nie zostałam obdarzona bujnymi rzęsami. Spokojnie trwa na rzęsach cały dzień i nic się nie odbija ani nie kruszy, ale też nie mam problemu z jej zmyciem. Można bez problemu dokładać kolejne warstwy bez efektu 'pajęczych nóżek'. Przez pierwszy miesiąc byłam pod ogromnym wrażeniem tego co robi z moimi rzęsami, w tym momencie po dwóch miesiącach efekt nie jest już taki spektakularny, ale dalej dobrze się sprawdza. Jestem zadowolona z tej maskary tylko zastanawiam się jak będzie z jej żywotnością. Na pewno o tym poinformuję Was w denku. 

(na rzęsach jedna warstwa)

Jest to pierwsza wysokopółkowa maskara, która mnie nie zawiodła. Nie wiem jeszcze czy kupię ją ponownie, może przy jakiejś korzystnej promocji, na które jak na razie się nie zapowiada.

A Wam jak się podoba? Miałyście? Jakie maskary polecacie? 
Buziaki! :*

kwietnia 27, 2015

Ulubieńcy kwietnia'15.

11
Ulubieńcy kwietnia'15.
Witajcie! :)
Wracam do Was po weekendzie, nie wie czy bardziej wypoczęta czy nie, ale i tak wyjeżdżam w czwartek rano wo Wrocławia. W ogóle ten miesiąc będzie odrobinę wyjazdowy, bo w połowie maja jadę także do Berlina. Będzie też bardzo pracowity, bo mam dużo projektów do ogarnięcia. Niestety pogoda dzisiaj okropna, ale że mam dużo wolnego to siadam i skrobię dla Was post, muszę też parę napisać z wyprzedzeniem. Denko pojawi się myślę po moim przyjeździe albo dopiero pod koniec maja z dwóch miesięcy.

Dzisiaj mam dla Was ulubieńców. Są to właściwie produkty, które lubię cały czas, niektóre znam już bardzo długo i muszę się zabrać, żeby napisać dla Was ich recenzję, ale jeśli jesteście ciekawe co w tym miesiącu bardzo lubię to zapraszam dalej :)


Zaczynamy od pielęgnacji i od produkty, którego mam już trzecią butelkę, a mianowicie toniku Pat&Rub. Nie wiem dlaczego jeszcze Wam o nim nie napisałam, bo jest naprawdę godny uwagi, pięknie koi, nawilża, nie uczula, ma świetny skład. Jedyne co mi w nim przeszkadzało to zapach, bo śmierdzi rozmarynem, ale teraz mi to już nie przeszkadza. Wiem, że większość z Was tonik uważa za produkt, na który nie warto wydawać pieniędzy, ale ja widzę różnicę między tym a Ziają, co nie oznacza, że Ziaji nie lubię. Więcej wkrótce w recenzji. Kolejnym produktem jest krem do twarzy Barwa, o którym pisałam tutaj. Dobry krem za niewielkie pieniądze. Produktem, który ratuje moje usta za każdym razem kiedy go używam  to peeling malinowy Full Mellow, który jest świetny, więcej poczytacie o nim tu. Ostatni produkt to maseczka to twarzy TBS z miodem i płatkami owsianymi. Zdecydowany ulubieniec, skóra po nim jest i oczyszczona, a także odżywiona, o nim również przeczytacie więcej za jakiś czas.


Jeśli chodzi o kolorówkę to tutaj minimalistycznie, ale nie dlatego, że tylko tych produktów używam, ale ostatnio bardzo je lubię. Podkład to oczywiście Mary Kay Time Wise, jedyny produkt matujący, który w tym momencie sprawdza się na mojej twarzy, więcej przeczytacie o nim tutaj. Kolejnym produktem jest rozświetlacz z Lovely, moim zdaniem fajniejszy niż ten z Wibo, który też ostatnio kupiłam. Oczywiście zapraszam Was na porównanie z Mary - klik. Produktem, do którego wróciłam to cień do brwi theBalm, który dla mnie ma idealny odcień i bardzo go lubię. Jakoś ostatnio na zmianę z Aqua Brow wypełniam sobie nim brwi, zapraszam na recenzję. Ostatni ulubieniec, ale nie najgorszy to pomadka GR Velvet Matte o nr 18, która jest przepiękna, chociaż moim zdaniem ma błyszczące wykończenie, a przynajmniej daleko jej do matu, nie mniej to są jedyne jak na razie matowe pomadki, które mogę nosić, te z Bourjois według mnie się przy nich chowają. Tanie i dobre, uwielbiam!

A jacy są Wasi ulubieńcy? Koniecznie podzielcie się w komentarzach :)
Buziaki! :*

kwietnia 25, 2015

Clinique, Clarifying Lotion Clarifiante 1, płyn złuszczający.

13
Clinique, Clarifying Lotion Clarifiante 1, płyn złuszczający.
Witajcie! :)
Opowiadajcie mi koniecznie co już zdążyłyście upolować w Rossmannie. Ja wczorajsze zdobycze wrzuciłam na fanpage. W kolejnym tygodniu szaleć nie będę, ale kto wie jeśli chodzi o pomadki.. Ostatnio zauważyłam, że brakuje mi takich delikatnych kolorów w kosmetyczce i mam bardzo dużo intensywnych pomadek. 

Ale dzisiaj odchodzimy od tematu promocyjnego szału, bo przecież nie samą kolorówką kobieta żyje. Porozmawiamy sobie o produkcie, do którego byłam bardzo sceptycznie nastawiona jak do całej firmy, bo niestety Clinique i ja to rosyjska ruletka albo się kochamy lub nienawidzimy. Zapraszam Was na moją opinię o płynie złuszczającym.

OD PRODUCENTA:

Złuszczanie to siła napędowa odświeżania skóry. Dlatego też opracowany przez dermatologów oczyszczająco-rozświetlający Clarifying Lotion jest preparatem, który przynosi widoczne efekty. Delikatnie usuwa łuszczący się, matowy naskórek, by odsłonić czystszą i gładszą skórę. Optymalizuje wymianę komórek, idealnie przygotowując skórę na nawilżanie. Naturalne nawilżające składniki pomagają uodpornić skórę na przesuszenie i codzienny stres.


Mój numerek to 1 do skóry suchej i bardzo suchej, bo jak po raz milionowym wspominam mam z tym niemały problem. Co mi przeszkadza to to, że opakowanie ma wielką dziurę, przez którą dozujemy produkt. Jednak radzę sobie z tym przykładając płatek do tej dziury i przechylając butelkę. Bardzo podoba mi się stylistyka, bo jest bardzo prosta bez żadnych udziwnień. Co dla mnie też jest bardzo ważne to, że zaraz po odkręceniu nie uderza Was woń alkoholu jak jest to w przypadku płyn numer 2. Nie jest to zapach fiołków, ale przynajmniej nie drażni mi nosa za co duży plus.


Używam go około 2 miesiące. Przecieram nim tylko strefę 'T', brodę, nos i czoło. Nie stosuję go jako tonik, bo czytałam, że potwornie przesusza skórę. Używam go bardziej jako eksfoliatu, czyli do złuszczania do czego pierwotnie jest przeznaczony. Przemywam nim twarz przed tonikiem. I co zauważyłam? Mój wiecznie przesuszony nos nie ma już suchych skórek z czego ogromnie się cieszę. Zauważyłam także, że przy robieniu makijażu i używaniu nawet matujących produktów nie uzyskuję efektu matu, tylko skóra jest jakby naturalnie rozświetlona. Nie mam także problemu z ogromnym błyszczeniem się, no chyba, że użyję kremu CC z Bourjois, ale o tym innym razem. Skóra przy regularnym używaniu naprawdę wygląda dużo lepiej. A przede wszystkim nie zauważyłam, żeby mi tę skórę wysuszył czego się wystrzegam jak ognia. Co jeszcze w nim lubię to wydajność, fakt jest drogi, bo kosztuje 79 zł/200 ml, ale zużyłam dopiero 1/3 opakowania, a używam go zazwyczaj dwa razy dziennie. Więc mogę spokojnie odkładać na następną butelkę.

A Wy miałyście styczność z trzema krokami? Co sądzicie? 
Buziaki i udanego weekendu! :*

kwietnia 23, 2015

Montibello Smart Touch, odżywka do włosów bez spłukiwania.

14
Montibello Smart Touch, odżywka do włosów bez spłukiwania.
Witajcie! :)
Właśnie odebrałam moją przesyłkę z Yves Rocher, nie robiłam tam zakupów już z rok, a że dostałam bardzo korzystną propozycję zakupów to się skusiłam. Od jutra promocja w Rossmannie i coś mi się wydaje, że po tym całym szale to nie zrobię zakupów przynajmniej przez dwa miesiące, no chyba, że coś mi się właśnie skończy, jasne.. Będę biedna jak mysz kościelna. Poza tym muszę się rozejrzeć za nowymi butami i ubraniami.

Dzisiaj mam dla Was produkt, który uratował moje włosy od szarpania nawet szczotką TT. Czy jestem jedyną osobą w blogosferze, która jej nie lubi?


Produkt dostajemy w buteleczce z atomizerem, który czasem się zatnie, ale zazwyczaj działa sprawnie. Moja wersja to edycja specjalna w mniejszej wersji 50 ml, która kosztuje 19,99 zł. Pełnowymiarowe opakowanie 150 ml kosztuje 49,99 zł. Dostępny w hurtowniach fryzjerskich. Nie wiem gdzie jeszcze można go znaleźć.


Ma konsystencję kremową, ale po psiknięciu na włosy w ogóle tego nie czuć. Umiejętnie nałożony w mniejszych ilościach nie obciąża włosów, więc uważałabym z dozowaniem, bo potrafi je bardzo szybko przetłuścić. Pachnie bardzo przyjemnie, typowo fryzjersko. Jest całkiem wydajny, bo swego czasu go nadużywałam, a widzę, że dalej jest go całkiem sporo w opakowaniu.


Muszę przyznać, że bardzo fajnie wygładza włosy, a przy użyciu suszarki faktycznie nie widać, żeby ich stan się pogorszył. A co dla mnie najważniejsze to ułatwia rozczesywanie włosów z czym ostatnio mam ogromny problem. Włosy są gładkie i przyjemne w dotyku. Oczywiście z przymrużeniem oka traktuję 12w1, czekam aż producenci wymyślą 100w1 i ciekawa jestem jakie będa wyliczanki na opakowaniu, obawiam się, że to się nawet nie zmieści.

Jestem ogromnie zadowolona z tego produktu i sięgam po niego z przyjemnością. Myślę, że jak kiedyś mi się skończy to jeszcze do niego wrócę :)

A Wy czego używacie, żeby szybciej rozczesać włosy? Macie sprawdzone produkty?
Buziaki! :*

kwietnia 22, 2015

Zamiennik Mary Lou Manizer? Rozświetlacz Lovely Gold Highliter.

16
Zamiennik Mary Lou Manizer? Rozświetlacz Lovely Gold Highliter.
Witajcie! :)
Korzystając z odrobiny czasu przychodzę do Was z postem, który obiecałam jakiś czas temu, a wiem, że część z Was na niego czekała. Mianowicie z porównaniem kultowego rozświetlacza do produktu Lovely, którego bardzo długo szukałam, dopiero jak pojechałam do babci udało mi się go dorwać. Jednak w dużych miastach jak coś staje się popularne i w dodatku jest taniej praktycznie nie ma możliwości, żeby to dostać. Dobrze, że w Szczecinie Natura jest traktowana trochę po macoszemu i dzięki temu dorwałam wczoraj nowy korektor Rimmel w promocji -40%, bo nie łudzę się, że w Rossmannie nawet w piątek uda mi się go zdobyć.

Zapraszam do lektury dzisiejszego postu.


Skupimy się głownie na rozświetlaczu Lovely, ponieważ o Mary mówiłam już bardzo dużo, często o niej pisałam w ulubieńcach, także nie ma co się rozwodzić, że to bardzo dobry rozświetlacz.
Rozświetlacz z Lovely dostępny w dwóch wersjach: Gold i Silver, dostajemy w okrągłym opakowaniu, nieco tandetnym, ale kosztuje 8,99 zł, więc nie mam żadnych pretensji, chociaż ten z Wibo prezentuje się o niebo lepiej. Niestety nie mogłam doczytać jakiej on jest pojemności.


Ma przepiękny kolor, jest zdecydowanie delikatniejszy niż Mary i trudniej z nim przesadzić. Co nie znaczy, że ma gorszą pigmentację, wydaje mi się, że z założenia jest dużo bardziej subtelny, dlatego od kiedy go kupiłam w makijażu dziennym używam cały czas, bo nie muszę się martwić robiąc półprzytomna makijaż czy nie przesadzę z rozświetlaczem. Mary jest zdecydowanie bardziej złota. Przy Lovely uzyskamy delikatną taflę, ale nie będzie to efekt 'mokrego' policzka. Trwałość w zasadzie jest podobna, potrafi się zetrzeć, ale robi to równomiernie, nie ma tak, że ściera Wam się w samym środku, gdzie go położyłyście, co w ogóle ma sens?


Jeśli miałabym wybierać pierwszy rozświetlacz to przez cenę, dostępność stacjonarną (teoretycznie), piękny wygląd zdecydowanie jestem za Lovely, bo z nim ciężko jest przesadzić. 
Mary to dalej klasyk, który bardzo lubię, ale zdecydowanie zostawię ją sobie na wieczorne wyjścia.

A Wy maiłyście z nimi styczność? Co sądzicie? 
Buziaki! :*

kwietnia 20, 2015

MUFE Aqua Brow - czy warto?

14
MUFE Aqua Brow - czy warto?
Witajcie!
Jestem dzisiaj w bardzo bojowym nastroju. Bardzo nie lubię ludzi, który próbują narzucić mi swoje zdanie, a jeszcze gorzej jeśli to jest teoretycznie 'autorytet' w postaci nauczyciela/wykładowcy. Drażni mnie coś takiego, nie będę przytaczać całej sytuacji, bo zanudziłabym Was na śmierć, ale muszę się wyżalić, że coś takiego miało miejsce.


Mam dla Was dzisiaj recenzję kultowego produktu do brwi, a mianowicie farbki Aqua Brow. Długo zastanawiałam się nad jej zakupem, bo cena skutecznie mnie odstraszała, ale po świętach bożonarodzeniowych była promocja w Sephorze -25% na produkty do makijażu, więc zamiast 99 zł zapłaciłam ok. 75 zł, dalej dużo, ale już decydowanie mniej straszy.


Produkt oczywiście dostajemy dodatkowo zapakowany w kartonik. Pojemność to 7 ml. Dużo czy mało, produkt jest wydajny, bo wystarczy niewielka ilość wyciśnięta na dłoń, żeby spokojnie uzupełnić brwi.


Moja farbka jest w odcieniu 25. W perfumerii odcień był podobny do Gimme Brow Benefit, więc sobie pomyślałam, że wezmę, bo praktycznie taki sam, jedna AB jest zdecydowanie cieplejszy, nie widać tego jakoś bardzo mocno, ale jednak. Nie przeszkadza mi to nie wiadomo jak bardzo, bo i tak całkiem dobrze wygląda, ale byłoby dla mnie lepiej jakby jednak był chłodniejszy.



Na zdjęciu mam tylko przygotowaną twarz i zrobione brwi. Tym produktem możecie zarówno domalować pojedyncze włoski i jak wypełnić całe brwi. Jak już zaschnie to trzyma się bez problemu cały dzień, do tego czasu trzeba uważać na brwi. Według mnie jego aplikacja nie jest jakaś super ciężka, ale łatwo uzyskać efekt przerysowanych brwi, który mi osobiście nie przesadza, bo jak już taki mi wyjdzie to staram się złagodzić to żelem do utrwalania brwi. Używam go z przyjemnością, zwłaszcza kiedy muszę wyglądać dobrze od rana do wieczora, a najlepiej jeszcze dłużej. Świetnie się sprawdza, delikatnie sam w sobie też utrwala, bo widzę, że moje włoski są odrobinę bardziej zdyscyplinowane.

Co najbardziej lubię w tym produkcie to to, że jest niesamowicie trwały i cały dzień wygląda świetnie. Jedyne do mi nie odpowiada do kolor. Gdybym była wizażystką to z pewnością kupiłabym ich więcej do mieszania, ale malując tylko siebie, sporadycznie kogoś jeszcze wystarczy mi jedna, więc nie wiem czy do niego wrócę, ale jeśli pojawią się nowe odcienie albo nie wiem, przefarbuję się (co jest mało prawdopodobne) to chętnie do niego wrócę. Zresztą co ja mówię, chwilowo ta tubka starczy mi jeszcze na bardzo długo.

A Wy co o nim sądzicie? Miałyście styczność? Jakie produkty do brwi polecacie?

Buziaki! :*

kwietnia 18, 2015

Sylveco, łagodny krem pod oczy.

11
Sylveco, łagodny krem pod oczy.
Witajcie! :)
Gdzieś tydzień temu zmieniłam pokój i powoli kompletuję do niego meble. We wtorek ma przyjść do mnie biurko i mam nadzieję, że będę mogła zagospodarować je na kosmetyki i inne rzeczy, bo ich ilość od początku bloga rozrosła się myślę, że dziesięciokrotnie. Nie ma ich aż tak dużo, ale z pewnością mam ich więcej niż normalna kobieta.  Jak już wszystko będzie wyglądać jak chcę to mogę Wam nakręcić filmik o organizacji kosmetyków, przechowaniu i 'kolekcji'. Nie lubię tego słowa, bo ich nie kolekcjonuję tylko kupuję, testuję, używam lub oddaję. No nieważne, w każdym razie mam swój mały kącik, który teraz staram się zrobić tak jak ja chcę :)

Dzisiaj mam dla Was recenzję kosmetyku, który wpadł mi w oko przy przeglądaniu oferty marki Sylveco. Od dawna mnie ona interesowała, ale trochę bałam się, że nie będą mi odpowiadać konsystencje albo działanie. Wiem, normalne obawy, ale długo jeszcze nie lubiłam zamawiać przez internet i w końcu w styczniu ten krem wpadł w moje rączki. Jako maniaczka kremów pod oczy musiałam się skusić na ten. Zapraszam serdecznie dalej :)

OD PRODUCENTA:

Chaber bławatek i świetlik łąkowy to znane w medycynie ludowej rośliny o dobroczynnym działaniu na oczy. Zawarte w naszym kremie zapewniają najdelikatniejszej i najcieńszej skórze wokół oczu długotrwałą ochronę i ukojenie. Starannie dobrane składniki aktywne kremu pozwolą zmniejszyć cienie i obrzęki, usunąć objawy zmęczenia, poprawiając jednocześnie sprężystość skóry.

Hypoalergiczny, łagodzący krem pod oczy przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji wrażliwej i delikatnej skóry wokół oczu. W jego składzie znalazły się ekstrakty z kory brzozy, chabru bławatka oraz świetlika, które działają łagodząco, kojąco i zmniejszają obrzęki. Dzięki specjalnie dobranej, bezzapachowej formule, krem poprawia strukturę skóry, przywracając jej właściwy poziom nawilżenia oraz sprężystość. Usuwa objawy zmęczenia i zaczerwienienia, hamuje procesy starzenia się skóry.



Krem przychodzi do nas dodatkowo zapakowany w pudełko ze wszystkimi ważnymi informacjami. Co mi się podoba w tych opakowaniach to to, że nie wyglądają jak apteczne. Bardzo ładnie prezentują się w łazience. Mamy tu bardzo dobry skład i 30 ml produktu za cenę 28,90 zł. (info ze strony producenta.) Opakowanie typu air-less z pompką co dla mnie jest fajnym rozwiązaniem, nie muszę grzebać palcem w słoiczku, chociaż w sumie nie mam z tym większych problemów.


Muszę przyznać, że ma bardzo lejącą się konsystencję, jednak niewiele trzeba, żeby nałożyć go na powieki, wystarczy w zasadzie pół pompki. Co do wielkości i wydajności to mam zastrzeżenie takie, że krem jest ważny do końca roku i używam go codziennie na dzień. Używałam też go na wieczór, ale za słabo jak dla mnie działa, potrzebowałam czegoś bardziej treściwego. Przechodząc do meritum zastanawiam się czy zdążę go zużyć do końca roku, bo to aż 30 ml. No nie wiem, może mnie zaskoczy brakiem wydajności. Jak znajdzie się w denku to dam Wam znać.


Krem dobrze działa na podrażnioną czerwoną skórę pod oczami. Nie raz mam tak, że jak się nie wyśpię czuję pieczenie pod oczami i widzę czerwone plamy, a ten krem pięknie to łagodzi i tak delikatnie zmniejsza widoczność cieni pod oczami. Absolutnie mnie nie podrażnił, ani nie uczulił, nie piekły mnie po nim oczy, ale moje nie są jakieś bardzo wrażliwe. Delikatnie nawilża i nadaje się pod makijaż, Jednak przy ciężkich korektorach bym go nie używała, bo możecie być z niego niezadowolone. Na noc jest dla mnie zbyt lekki. Ogólnie polubiłam się z tym kremem, ale czy do niego wrócę jeszcze nie wiem, bo nie wiem czy nie mam trochę większych wymagań w kwestii nawilżania. 


Polecacie jakieś kremy pod oczy? Miałyście ten? Co sądzicie?
Buziaki! :*

kwietnia 17, 2015

Piątkowy przegląd filmowy #7.

11
Piątkowy przegląd filmowy #7.
Witajcie! :)
Dzisiaj mam dla Was post filmowy i o dziwo mam dla Was aż 7 filmów. Zastanawiałam się czy nie pokazywać Wam mniejszej ilości, ale potem stwierdziłam, że nie wiem czy zdążę obejrzeć coś innego i te przykładowo dwa filmy będą czekać np. miesiąc na to, żeby o nich opowiedzieć. Także, jeśli nie wiecie jeszcze co dzisiaj obejrzeć albo za co się raczej nie zabierać to zapraszam :)


1. Bogowie - czyli zaczynamy od dobrego, polskiego kina. Jest to biografia Zbigniewa Religi, który wykonał pierwszy, udany przeszczep serca. Polecam zobaczyć, naprawdę warto, polecam tylko nic nie jeść przed czy w trakcie, zwłaszcza jeśli macie wrażliwe żołądki. 


2. Siódmy Syn - walka z czarownicami, paskudne smoki, łowcy, czyli typowy film przygodowy dla młodzieży. Nie zachwycił mnie, no może poza Julianne Moore, która świetnie pasowała do roli czarownicy. Jest okej, ale bez szału.

3. Seria Niezgodna: Zbuntowana - czyli film, na który bardzo długo czekałam. Dalsza historia Tris i Cztery, który razem chcą postawić się radzie, drastyczne kroki, które są podejmowane zmuszają ich do trudnych decyzji. Wyszłam z takim niedosytem z kina, czegoś mi zabrało, może scen walk? Nie wiem. Film dobry, ale nie tak samo jak pierwsza część. Mimo wszystko warto zobaczyć. No i muszę tu wspomnieć o postaci, którą grał Miles Teller, który zdecydowanie jest świetnym aktorem, zdecydowanie najlepiej wypada w takich nazwijmy to wrednych postaciach. 


4. Snajper - historia opowiadająca o człowieku, który zdecydował się służyć na misjach, a jego celem była ochrona innych żołnierzy. Był najlepszym snajperem w dziejach Ameryki. Ciekawa historia, człowieka który musiał poradzić sobie z tym co przeżył, żeby normalnie móc funkcjonować po powrocie z rodziną. Czy mu się to udało? Koniecznie zobaczcie, film naprawdę świetny. Chyba najlepszy ze wszystkich w zestawieniu.

5. Książę - film o mężczyźnie, który kiedyś prowadził swój gang, wszyscy się go bali, przez przypadek zabił kogoś kogo nie miał, jego córka znika. Dłuży się ten film, oglądałam go z przerwami. Nie polecam, dużo krwi, burdy, narkotyki, prostytutki. Nie, żeby to było coś złego, ale nie oglądało mi się dobrze tego filmu.


6. Szybcy i wściekli 7 - zobaczcie, która to już część, a i tak wyszła naprawdę dobrze. Świetne efekty, dużo, dużo akcji i wzruszająca końcówka. Jeśli jeszcze nie byłyście koniecznie pójdźcie, myślę, że nie pożałujecie. Radziłabym jednak podejść z dystansem do tych wszystkich scen pościgów i 'walk', bo mogą się wydawać odrobinę przerysowane, ale ogólnie jestem pod wrażeniem. Wyszłam z kina jednocześnie bardzo zadowolona i smutna.

7. Step up All In - ostatnia część kinowego hitu. Przyjemny film do obejrzenia, tyłka mi nie urwał, ale ostatnia scena taneczna jest naprawdę świetna! Można zobaczyć, tak dla relaksu. Poza tym Muse jak zawsze wypada genialnie.

A Wy co miałyście okazję ostatnio obejrzeć? Polecacie coś? Piszcie koniecznie :)
Buziaki i udanego weekend'u! :*

kwietnia 16, 2015

Golden Rose, Color Expert Nail Lacquer nr 76.

12
Golden Rose, Color Expert Nail Lacquer nr 76.
Witajcie! :)
Dawno nie było nic na temat paznokci, a to dlatego, że ostatnio po prostu mam ogromnego lenia i nie maluję paznokci albo używam jedynie odżywki. Jest jeszcze opcja, że wybieram dobrze mi znane i sprawdzone lakiery z mojej małej 'kolekcji' (klik). Będąc u babci zobaczyłam mnóstwo odcieni lakierów Golden Rose. Były różne do wyboru, ale mnie właśnie zainteresowała seria Color Expert. Wybrałam praktycznie same pastele, a w domu dokupiłam jeszcze jeden. Jakoś mam ostatnio ochotę na delikatne paznokcie, a to dziwne bo byłam zwykle fanką ostrych róży. Widać gusta się zmieniają.

Dzisiaj mam dla Was przepiękny lakier do pokazania, zapraszam dalej :)


Lakier dostaniemy na stoiskach firmowych GR, na stronie, a także w małych drogeriach. Kosztuje od 5,50 do 8 zł. Przynajmniej ja widziałam takie ceny, kiedy je kupowałam. Pojemność to 10,2 ml. Mają wygodny szeroki pędzelek i dobrze i szybko się nim maluje. Akurat ten kolor pokrył płytkę o dwóch warstwach.


Kolor jest po prostu przepiękny! Na zdjęcia wygląda jakby wpadał w róż, ale to taki nude z dodatkiem fioletu. Niestety w tym momencie daje trochę efekt trupich dłoni co mi się nie podoba. Muszę poczekać aż się opalę i będę mogła go bez wahania używać, bo kolor naprawdę skradł moje serce. Nie wiem dlaczego, jest idealny na co dzień. Dwie warstwy pokryły całą płytkę. Trzymał się trzy dni i delikatnie odprysnął, ale nie jest to jakaś wielka szkoda. Delikatnie starł się też na końcach, ale nie wyglądało to źle. Zmyłam go, bo chciałam zobaczyć również inne kolory, które kupiłam. 


Uważam, że są to naprawdę świetnie lakiery w niskiej cenie. Dodatkowo Szczecinianki, niedługo pojawi się stoisko firmowe Golden Rose i będzie można szaleć do woli :)
A Wy miałyście z nimi styczność? Jak Wam się podobają? Na pewno pokażę Wam inne kolory :0
Buziaki! :*

kwietnia 15, 2015

Astor (matte) Style Lip Lacquer.

17
Astor (matte) Style Lip Lacquer.
Witajcie!
Mam dzisiaj dla Was recenzję lakierów do ust, po których oczekiwałam dość sporo. Ponieważ lakier kojarzy mi się z czymś no raczej trwałym miałam dość spore oczekiwania po trwałości. Czy zostałam usatysfakcjonowana? Zapraszam dalej.

OD PRODUCENTA:
Błyszczące odcienie zawierają:
  • olej rycynowy z estrami gliceryny o właściwościach nawilżających
  • cytrynian triisostearylu, czyli ester, który zapewnia błysk, długotrwałość oraz intensywność koloru
  • kaolin (glinkę porcelanową), dzięki której usta czują się gładko, a pomadka lepiej się na nich trzyma
  • formułę z jedwabnym pudrem (Silk Powder) z dodatkiem witamin A, C i E, odpowiadających za uczucie gładkości oraz delikatności
Matowe odcienie posiadają:
  • pudrowo – żelową formułę, stanowiącą połączenie zmiękczających olejków i lekkich estrów. Płynny czynnik otacza matowe pudry oraz pigmenty, co w rezultacie zapewnia wyjątkowo przyjemne doznania i tworzy konsystencję w formie musu.
  • nawilżające oraz odżywiające składniki
  • zaawansowane pudry (mika, glinka, kaolin), które utrwalają działanie zmiękczających składników oraz estrów, sprawiając, że kolor nie blaknie i zachowuje intensywność przez długi czas. Te pudry, razem z polimerami, odpowiadającymi za matowe wykończenie, pomagają rozproszyć światło w taki sposób, aby usta wyglądały i czuły się delikatnie oraz gładko.





Produkty dostajemy w bardzo ładnych opakowaniach jak do błyszczyków, a co za tym idzie, aplikator taki sam jak w ich przypadku. Kupiłam je w SP, kiedy było 1+1 na produkty do makijażu, więc za jedno zapłaciłam ok. 13 zł, to nie jest źle, bo nie wiem czy w normalnej cenie bym je kupiła.




Pierwszy na tapetę idzie kolor, który urzekł mnie od samego początku, czyli  145 Vintage Style. Jest to powiedziałabym taka ciemna malina, ale zdecydowanie bardziej czerwonkawa. Kolor bliżej ciężki do zidentyfikowania. Pięknie wygląda na ustach, błyszczy się i można nim delikatnie je powiększyć, ale trzeba uważać, bo może zostać dookoła sama obwódka. Co do trwałości to nie porwała mnie jakoś szczególnie, godzina bez jedzenia i picia, a po jedzeniu znika automatycznie. Nie byłabym zła gdyby zostawał kolor tak jak w przypadku Color Rush z Rimmel'a, które trzymają się 3 godziny, mniejsza z tym, ale na ustach nie zostaje kompletnie nic. Dla mnie kolejną wadą jest to, że bardzo go czuć na ustach, coś jak błyszczyk. Całe szczęście włosy się do niego nie przyklejają.



Drugim kolorem, który wzięłam to 205 All About Style, czyli taki kolejny bliżej ciężki to określenia kolor. Powiedziałabym, że nude, z odrobiną pomarańczu. Efekt, który widzicie to efekt po odciśnięciu chusteczką, ponieważ ja żadnej pomadki nie nakładam bez balsamu i, żeby uzyskać bardziej matowy niż satynowy efekt musiałam ściągnąć nadmiar. Pierwszy raz jak go nałożyłam to bardzo mi się nie podobał. Kolor wydawał mi się kompletnie nie dla mnie. Teraz jak patrzę na siebie w lustrze to jestem bardziej przekonana, chociaż dalej nie czuję się w nim w 100% dobrze. Trwałość tak jak w przypadku błyszczącej wersji, czyli godzina i po kolorze, co jeszcze bardziej mnie drażni, ponieważ dużo tańsze pomadki Golden Rose Velvet Matte dłużej utrzymują się na moich ustach i bardziej komfortowo się je nosi, bo te także czuję na ustach i trochę mi to przeszkadza. No i ta matowa wersja odrobinę wysusza usta. Cieszę się, że obie schodzą ładnie i równomiernie, bez zostawiania obwódki, no chyba, że założy się ich za dużo, ale wtedy taki efekt gwarantowany przy każdej kryjącej pomadce.


Podoba mi się jak wyglądają na ustach, ale ze względu na trwałość nie przypadły mi do gustu za bardzo. Raczej ich nie zatrzymam i oddam jak pomadkę Bourjois, która znalazła nowy dom i koleżanka jest z niej zadowolona :)

Miałyście je? Co o nich sądzicie?
Buziaki! :*

kwietnia 14, 2015

The Body Shop, Drops of Youth, koncentrat do twarzy.

The Body Shop, Drops of Youth, koncentrat do twarzy.
Witajcie! :)
Staram się nadrobić wszystko o czym miałam napisać wcześniej podczas mojej nieobecności. Mam w sumie sporo materiałów, pomysłów, które teraz będę miała, mam nadzieję, czas zrealizować.

W zeszłym miesiącu pokazywałam Wam dwa produkty z nowej serii The Body Shop, które część z Was zaciekawiły. Sama byłam ciekawa jak się sprawdzą, ponieważ z pielęgnacją twarzy TBS jestem w kratkę. Część jest naprawdę świetna, inne to dla mnie koszmarne buble. Dzisiaj zapraszam Was na recenzję koncentratu Drops of Youth. Seria jest przeznaczona dla osób po 25. roku życia, ale oczywiście na przedziały patrzymy z przymrużeniem oka i słuchamy potrzeb naszej skóry.

OD PRODUCENTA:

Organiczna broń do walki z pierwszymi oznakami starzenia się skóry. Krople z linii Nutriganics, dzięki połączeniu osiągnięć nauki, najnowszej technologii i sił natury, stanowi alternatywę dla produktów przeciwzmarszczkowych. Kosmetyk, kropla po kropli, przyspiesza naturalny proces regeneracji skóry- wspomaga usuwanie martwych komórek naskórka, które szybciej są zastępowane przez nowe, bardziej elastyczne. Tajemnica skuteczności kropli tkwi w sile komórek macierzystych kopru morskiego, który jest źródłem minerałów, mikroelementów, enzymów i witamin. 
Kosmetyk nie zawiera parabenów, silikonu, a 25% składników to substancje organiczne, które w naturalny sposób pielęgnują cerę. Efekt: dzień po dniu skóra staje się gładsza, świeższa, młodsza. Sposób użycia: 2-3 krople wmasować w skórę i odczekać kilka sekund przed nałożeniem kremu lub serum.


Produkt dostajemy w bardzo ładnej buteleczce z pipetą, która dla mnie jest absolutnie beznadziejna, bo mam problem, żeby w ogóle nabrać produkt. Nie wiem czy tylko ja mam taką wadliwą czy wszystkie są takie, ale no szlak trafia, zwłaszcza, że nie jest to najtańszy produkt. Ma bardzo ciekawą, żelowo wodnistą konsystencje i bardzo przyjemny zapach. Osobiście nie czuję w nim alkoholu, wręcz przeciwnie, bardzo ładny, świeży zapach.


Używam go raz dziennie na wieczór, żeby mógł sobie spokojnie działać. Oczywiście pod krem, bo nie wyobrażam sobie nie nałożyć jakiegoś cięższego kremu, przy przesuszeniu z jakim się dalej borykam. Po 1,5 miesiąca zużyłam prawie połowę, więc wydajność jest taka sobie.



Bardzo szybko się wchłania i tak dziwnie działa na skórę, bo on jej nie ściąga, a tak jakby naciąga, jakby ktoś Wam policzki naciągał. Oczywiście to nie jest takie silne odczucie. Odrobinę się klei, ale mi to nie przeszkadza, bo i tak zostawiam go na noc z kremem, a do rana nic takiego nie czuję. Najważniejsze, że nie przyklejam się do poduszki. Skóra jest na pewno gładsza, czy bardziej nawilżona to nie wiem, raczej dodatkowego nawilżenia nie odnotowałam. Co mnie zdziwiło najbardziej to to, że moje zmarszczki mimiczne, które niestety miałam na czole od robienia zdziwionych min etc. wyprasowały się! Od kiedy zaczęłam go używać zdecydowanie się spłyciły i są mniej widoczne, przynajmniej przeze mnie. Oczywiście nie były to wielkie zmarszczki, tylko pierwsze mimiczne. Wiadomo, że jesteśmy bardziej wrażliwe na to jak nasza skóra wygląda, widzimy więcej niż inni, którzy uważają, że przesadzamy. Zauważyłam też, że skóra jest taka odświeżona, nie wiem jak to nazwać, ale wygląda ładniej bez makijażu. Nie zauważyłam, żeby mnie zapchał czy uczulił.



Jestem zadowolona z działania tego serum, jedyne co mi w nim przeszkadza to skład. Kto pakuje tak wysoko glicerynę a przede wszystkim substancje zapachowe i alkohol, bardzo się cieszę, że mi nie wysuszył skóry. Cena jest bardzo wysoka, bo 89 zł/30 ml. Za tę cenę spodziewałabym się lepszego składu. Co nie zmienia faktu, że jestem zadowolona z działania, nie wiem tylko czy do niego jeszcze wrócę. Zobaczę jak wykończę buteleczkę.

A Wy co o nim sądzicie? Miałyście już coś z tej serii? Macie jakieś sprawdzone serum, które możecie polecić? 
Buziaki! :*

kwietnia 13, 2015

Barwa Siarkowa, krem długotrwale nawilżający.

14
Barwa Siarkowa, krem długotrwale nawilżający.
Witajcie!
Siedzę właśnie i tak nadrabiam blogowe zaległości. Większość notek, które teraz się pojawią były pisane podczas mojego pobytu u babci, ale pojawią się dopiero jak wrócę do domu, no chyba, że tata w jakiś magiczny sposób sprawi, że będę miała internet na laptopie i będę mogła spokojnie wszystko dodawać. Będzie to się pewnie śmiesznie czytać, ale w sumie co mi tam.

Dzisiaj napiszę Wam o produkcie, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, a mianowicie Barwa Siarkowa krem siarkowy długotrwale nawilżający.



Krem dostajemy zapakowany w kartonik ze wszystkimi potrzebnymi informacjami. Uważajcie, bo jest go bardzo łatwo pomylić z tym matującym. Trzeba przeczytać co jest na opakowaniu, bo są praktycznie takie same. Omal nie pomyliłam się, kiedy go kupowałam. Bardzo podoba mi się sam słoiczek, wesoły, wiosenny kolor, przykuwający uwagę. Opakowanie zawiera 50 ml kremu, a kosztuje 16,99 zł,  albo złotówkę więcej, teraz dokładnie nie pamiętam, co nie zmienia faktu, że dalej to tanioszka.
Konsystencja jest lekka przez co krem wchłania się bardzo szybko. Używam go pod makijaż, więc jest to dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza, że rano mam mało czasu na czekanie aż krem łaskawie się wchłonie. Zapach jest bardzo przyjemny, taki pobudzający, przez co zdecydowanie lepiej go używa. Z takich ważnych informacji to krem nie posiada w sobie filtrów. Dla mnie to akurat plus, bo kiedy gdzieś wychodzę wieczorem nie chcę przy błysku flesza być biała jak papier. Kiedy używam go rano mam jeszcze krem typowo chroniący przed słońcem, więc nakładam go także i oczywiście podkład z filtrem. Nie ma co walczyć z przebarwieniami, lepiej się chronić.




Co do działania to muszę przyznać, że krem bardzo dobrze nawilża. Skóra jest przygotowana pod makijaż, a także miękka i gładka. Nie zauważyłam, żeby zapychał, ale nie mam do tego skłonności. Nie podrażnił mnie ani w żaden sposób nie uczulił. Czy długotrwale nawilża to nie wiem, ale w sumie nie spodziewałam się tego jakoś szczególnie. Nie zauważyłam, żeby przy jego używaniu skóra zaczęła się jakoś nadmiernie przetłuszczać. Używam go codziennie czasem dwukrotnie i przez miesiąc zużyłam połowę opakowania. Za tę cenę wybaczam mu to z czystym sumienie.
Jestem bardzo zadowolona z tego kremu i myślę, że będę do niego wracać szczególnie w tych cieplejszych miesiącach, kiedy mój makijaż jest lżejszy, a skóra mniej wymagająca.
Znacie ten krem? Co o nim sądzicie?

Buziaki! :*

kwietnia 12, 2015

Haul kwietniowy.

13
Haul kwietniowy.
Witajcie!
Jak ja się cieszę, że mogę coś w końcu dla Was napisać, bo po prostu przez te prawie dwa tygodnie bez dostępu do laptopa prawie oszalałam.
Przychodzę dzisiaj do Was z postem zakupowym. Trochę się tego nazbierało podczas mojego wyjazdu i to w zasadzie w… JEDEN dzień. Zakupocholizm jak się patrzy, prawda? Część rzeczy kupiłam, bo czaiłam się na nie od dawna, część była mi potrzebna, a reszta to zachcianki, wiecie jak to jest.



Pierwszymi produktami są zakupy z Douglasa, które poczyniłam jeszcze w Szczecinie. Maseczka Clinique (165 zł)  jest po prostu genialna, miałam wcześniej próbkę i wiedziałam, że przy zastrzyku gotówki z pewnością kupię pełnowymiarowe opakowanie, ale na pewno napiszę Wam jej recenzję, bo jest warta tego, żeby powiedzieć trochę więcej na jej temat. Krem pod oczy All About Eyes Rich Clinique  (169 zł) to zakup w wyniku wielu błędów z kremami pod oczy. Zauważyłam, że skóra pod oczami jest po prostu tak wysuszona, że  zaczęły pojawiać mi się suche skórki na powiekach.  Pan przy stanowisku marki wykonał mi także badanie skóry, dał próbki kremów także czuję się usatysfakcjonowana. Dodatkowo dostałam kartę, w której zapisuje się kwotę, którą wydało się na produkty Clinique i kiedy uzbiera się ZAWRTONĄ kwotę 2500 zł można wybrać sobie jeden z trzech produktów marki umieszczonych na karcie.
Ostatnim produktem jest podkład marki Clarins. Właściwie miałam go nie kupować, ale czułam potrzebę kupić jakiś nowy podkład, ponieważ ostatni zakupiłam bodajże w październiku. Przemiła Pani zaproponowała mi początkowo inny podkład o nazwie True Radiance, ale odcienia jaki mi dobrała niestety nie było. Ostatecznie wybrałam podkład Skin Illusion w odcieniu 105 nude. Jak na razie nie wiem co o nim sądzić, zobaczymy ja sprawdzi się dalej.



Będąc już w Chojnicach wybrałam się do Rossmanna, ponieważ bardzo często to co jest mi potrzebne prędzej znajdę tutaj niż w Szczecinie. I tak właśnie było z Batiste, wybrałam wersję floral essence (14,99 zł). Kupiłam także żel pod prysznic Isana o zapachu malinowym i muszę przyznać, że pachnie naprawdę pięknie, właściwie to tak samo jak malinowy żel z The Body Shop, czyli bardzo realistycznie, ale niestety tylko w opakowaniu, po wyciśnięciu na dłoń już nie pachnie tak, prawie wcale nie pachnie.  Zastanawiałam się czy kupić 4long lashes, ale stwierdziłam, że najpierw wypróbuję tańszą alternatywę, czyli pomadkę rumiankową Alterra (4,99 zł). Wróciłam do mojego ulubionego jak na razie tuszu Eveline Volumix Fieberlast (14,99 zł), który spokojnie czeka na swoją kolej. Ostatnim zakupem był rozświetlacz Lovely odcień Gold (8,99 zł), który podobno można nazwać zamiennikiem kultowego rozświetlacza Mary – Lou Manizer. No zobaczymy, bo posiadam oba, więc tak jak chciałyście na Facebook’u na pewno pojawi się porównanie.


Weszłam także do Natury, tutaj mi ją jakoś łatwiej odwiedzić niż jak jestem w domu, może dlatego, że wydaje mi się, że jest ona bliżej. Kupiłam w końcu bardzo mocno wychwalany puder brązujący Kobo (19,99 zł), co prawda nie był mi potrzebny, ale mam ochotę na coś innego niż tylko Bahama Mama, co nie zmienia faktu, że dalej bardzo ją lubię i z przyjemnością używam. Skusiłam się także na bazę pod cienie Kobo (16,99 zł) oraz pigment 502 Misty Rose (9,99 zł) również Kobo. Ostatnim produktem jaki kupiłam był krem do skórek Essence (8,99 zł – chyba).



Ostatnimi już zakupami są produkty z takiej chojnickiej drogerii, gdzie kupiłam produkty, której dostaniecie również gdzie indziej. Pierwszym są perfumy Escada Turquoise Summer, czyli nowy, limitowany zapach, który mi się bardzo spodobał. Zakupiłam także odżywkę Eveline, którą zawsze chciałam kupić, ale jakoś tak po namyśle odkładałam ją. Wzięłam także Superliner L’Oreal (19,99 zł)w bardzo korzystnej cenie oraz równie korzystnie brązową kredkę Maybelline (8,99 zł). Ostatnim produktem jest szminka, którą kupuję ostatnio za każdym razem jak przyjadę, czyli Golden Rose Velvet Matte, tym razem nr 18. To moja trzecia sztuka, ale myślę, że co przyjazd będę dokupować kolejną.
Uff i to już wszystko co kupiłam ostatnio. Wpadły także nowa spódnica, koszula i koszulka z Reserved. Jestem zadowolona z tych zakupów.
Znacie, któryś z tych produktów? A może któryś was zainteresował?

Buziaki! :*
Copyright © 2014 U Vajlet , Blogger