poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Denko 7 #2015

Dobry wieczór wszystkim! :)
Mam dzisiaj całkiem dobry humor mimo latania od samego rana, wystawania, chodzenia. Jutro czeka mnie znacznie gorszy dzień, ale nie narzekam, wstanę, załatwię wszystko, zacznę pisać pracę i będzie dobrze. Jestem dzisiaj po treningu pierwszym od kilku miesięcy, zdecydowanie wracam do ćwiczeń, bo ogromnie mi tego brakowało. Mam nadzieję, że zleci mi buzia i boczki, ale mniejsza z tym, przejdźmy do wpisu, bo zapraszam Was dzisiaj na denko. Dawno nie było u mnie takiej ilości kosmetyków, jest ich całkiem sporo.
PS. Szukam nowego tła na denko i inne zdjęcia, więc na razie musicie przeżyć to, za które Was przepraszam :(


Zaczniemy od pielęgnacji twarzy i żelu do mycia Physiogel, bardzo fajne myjadło, tylko trochę śmierdzi. Jeśli chcecie przeczytać więcej to zapraszam na recenzję. Kolejnym produktem jest krem nawilżający z Physiogel, który stosowałam na noc, bo na dzień pod makijaż niestety za wolno się wchłania, natomiast na noc nie widziałam jakiś spektakularnych efektów - nie kupię ponownie. Kolejnym produktem jest kultowa Bioderma, od czasu do czasu kupuję i z przyjemnością zużywam, najdelikatniejsza dla oczu, dalej szukam tańszego zamiennika. No i coś dla ochłody, czyli woda w spray'u z Balea, całkiem przyjemna i bardzo tania, szkoda że tak słabo dostępna.


Szampon Balea zużyłam z wielką przyjemnością ze względu na zapach, bardzo ananasowy, dodatkowo dobrze mył włosy, niestety trochę je plątał, ale od czego są odzywki, da się to przeżyć. Maska keratynowa z Kallosa służyła mi do depilacji, więc mogę powiedzieć tylko tyle, że całkiem dobrze zmiękczała włoski i ułatwiała poślizg maszynce. Podstawa przy wyjazdach, czyli żel antybakteryjny TBS. Przepięknie pachniał i dobrze mył, raczej niczym poza zapachem się nie wyróżnia pośród innych żeli. No i zmywacz do paznokci, ten z Life do hybryd jakiś fantastyczny nie był, wolę wersję pomarańczową.


Coś do mycia, czyli żel Belea z limitowanej edycji, który według mnie pachnie tanim mydłem, zdecydowanie bardziej do gustu przypadła mi wersja arbuzowa. Balsam brązujący z Lirene zużyłam dość szybko, dawał bardzo naturalny efekt, bez smug, po więcej zapraszam tutaj. Zużyłam także peeling grejpfrutowy z Lirene z serii Beauty Collection, którego recenzja pojawi się niebawem na blogu wraz z wersją mango.


W denku znalazł się także peeling brzoskwiniowy z TBS, o którym będziecie mogły poczytać również niedługo, powiem, że ta konkretna wersja nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Zużyłam także małe masło TBS z serii zielona herbata, które troszkę odbiega dobrym nawilżeniem od pozostałych serii, za to jest idealne na lato i ten orzeźwiający zapach. Zostając przy TBS dna dobił olejek mango, który polubiłam, ale jeśli chodzi o działanie to wolę ten z Evree. No i w końcu pojawia się jakiś krem do rąk, ten akurat z Garniera bardzo dobry zwłaszcza na zimę, zapraszam po więcej.


No i trochę kolorówki. Kolejne opakowanie Gimme Brow z Benefit, dla mnie najlepszy zagęszczający brwi żel, o którym więcej poczytacie tutaj. Zużyłam też eyeliner z Lovely w turkusowym odcieniu, był taki średni, więc będę szukać czegoś lepszego, bo pędzelek się rozdwoił. Maskara z Miss Sporty Studio Lash to dla mnie jakaś pomyłka, na początku była za mokra, żeby jej używać, a jak już była do używania to okropnie się kruszyła, nie wrócę ponownie. Podkład z Mary Kay Time Wise bardzo polubiłam, rewelacyjnie wygląda na zdjęciach z fleszem przez brak filtrów, dlatego często lądował na buzi podczas wieczornych wyjść, dobrze się trzyma i nieźle matuje, jeśli chcecie wiedzieć więcej to zapraszam na recenzję.

Uff! Na dzisiaj to już wszystko. Całkiem sporo mi tego wyszło, ale bardzo się z tego cieszę, bo chcę zużywać zapasy i mieć mniej kosmetyków, bo duża ilość też potrafi przytłoczyć. Jak tam Wasze zużycia? Znacie coś z moich?
Buziaki! :*

piątek, 28 sierpnia 2015

Piątkowy przegląd filmowy #11

Witajcie kochane! :)
Dawno nie było przeglądu, aż stęskniłam się za tym. Niestety moja chęć oglądania filmów ostatnio spadła, co zresztą bardzo widać. Nie mam siły do oglądania trudny i przejmujących filmów, które dają do myślenia. Nie wiem, może lato mnie trochę odmóżdżyło, ale po prostu nie mam ochoty, więc dzisiaj zapraszam Was na kilka typowo babskich filmów, które pewnie już oglądałyście, ale chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Postaram się, żeby kolejny przegląd był bardziej ambitny.


1. Kobiety pragną bardziej - Film opowiada o kilku bohaterach, których losy się przeplatają. Tematem przewodnim są trudności w porozumieniu i interpretowaniu zachowania bliskich. Dokładnie tak, chociaż tytuł kobiety pragną bardziej jest trochę przekłamany, poza jedną parą, w której mężczyzna nie chce wziąć ślubu, bo jest mu dobrze tak jak jest, film jest o zdobyciu miłości. Całkiem przyjemny, zabawny, chociaż moją osobistą preferencją, byłaby inna aktorka za Scarlet. Jeśli chodzi o moją ulubioną parę to pewnie te z Was, które oglądały zgodzą się ze mną, że najlepiej wypadli Ginnifer Godwin i Justin Long. 

2. Żona na nibyDr Danny Maccabee, chcąc uwieść młodziutką Palmer, prosi swoją asystentkę, aby udawała jego żonę. Jako fanka Jennifer Aniston muszę przyznać, że film mi się spodobał, mimo bardzo skrajnych opinii na internecie. Całkiem zabawny, szybko się go ogląda. Film dobry na 'odmóżdżenie' podczas samotnego wieczoru czy też wieczoru z kimś. 



3. The HolidayDwie nieznające się kobiety, aby uciec od problemów, postanawiają na święta zamienić się domami. Iris przeprowadza się do słonecznego Los Angeles, a Amanda wyjeżdża na zaśnieżoną angielską wieś. Tak postanawiają poradzić sobie bohaterki ze złamanym sercem, próbując się odnaleźć w zupełnie różnych miejscach. Poznają nowych ludzi, nawiązują przyjaźnie, może też coś więcej. Zabawna, miejscami wzruszająca pozycja, która na pewno Was nie znudzi. Jeśli nie oglądałyście koniecznie zobaczcie. Film poleciła mi koleżanka i z przyjemnością polecam go Wam.

4. Dwa tygodnie na miłośćPrawniczka, której powołaniem jest obrona uciśnionych, podejmuje pracę w wielkiej korporacji, a jej szefem zostaje egocentryczny multimilioner. Mężczyzna uzależnia się od niej całkowicie i o niczym nie potrafi zadecydować samodzielnie. Szukałam filmu, żeby uzupełnić ten 'romantyczny wątek' i trafiłam na ten. Szczerze mówiąc po tej dwójce spodziewałam się czegoś więcej. W jednej frazie - ten film mnie znudził. Nieszczególnie polecam, obejrzałam go tak, żeby obejrzeć do końca. Jeśli już mam wybierać film z Sandrą Bullock to wybrałabym "Narzeczony mimo woli", a z Hugh Grant'em "Dziennik Bridget Jones".



5. Magic Mike XXL - Gotowi zakończyć karierę członkowie Kings of Tampa postanawiają dać z wielkim rozmachem ostatni występ. To było po prostu WIELKIE SHOW! Pełne humoru, wciągające, nic dodać nic ująć. Nie wiedziałam nawet kiedy film się skończył i chociaż jest to film o striptizerach, który w ogóle niczego nie wnosi do życia, to zdecydowanie show jakie z tego zrobili było rewelacyjne. Na wieczór z przyjaciółkami film jak znalazł. 

6. Pitch Perfect 2Zespół a cappella przystępuje do międzynarodowego konkursu, w którym nigdy nie zwyciężyła grupa z Ameryki. Szczerze mówiąc nie wciągnął mnie ten film, chociaż uważam, że końcówkę zdecydowanie warto obejrzeć, najlepsza z całego filmu. Produkcja całkiem zabawna, ale bez szału.

A Wy co ostatnio oglądałyście? Może oglądałyście coś z tych, które ja obejrzałam ostatnio? U mnie ubogo jak na dwa miesiące. Czekam na Wasze propozycje :)
Buziaki i udanego weekendu! :*

środa, 26 sierpnia 2015

Essence Sun Club, 02 sunny

Dzień dobry!
Jak Wam mija końcówka wakacji? Osobiście próbuję znaleźć w sobie motywację do pisania pracy licencjackiej, ale coś mi nie idzie. Teraz wyjeżdżam na kilka dni odpocząć do rodziny, bo mam już trochę dość Szczecina. Lubię to miasto, ale czasem ma się ochotę wyrwać w jakieś mniejsze miejsce, także pojadę sobie do rodziny :) We wrześniu jadę do Krakowa, no i niestety czeka mnie szpital, ale całe szczęście to nic poważnego.

Dzisiaj wbrew modzie na strobing pomówimy sobie o ocieplaniu twarzy za pomocą bronzera. Niestety w tym roku nie miałam tyle szczęścia, żeby się opalić, więc musiałam sobie radzić trochę inaczej. Przedstawiam Wam dzisiaj bronzer Essence Sun Club.


Ten bronzer zdecydowanie kojarzy się z latem. Zwykły design opakowań Essence, a do tego bardzo ładne zdobienie w postaci palmy. Jak mamy palmę to zapewniam Was, że ten produkt pachnie kokosem. Umilenie nakładania, nie niezbędne, ale za to bardzo przyjemne. Od kiedy go mam z chęcią po niego sięgam.




Producent zapewnia, że produkt nadaje się dla ciemniejszych typów skóry, ale jak spojrzałam na niego w sklepie to wydawał się być bardzo jasny i zastanawiałam się czy w ogóle będzie go u mnie widać mimo braku opalenizny. Do ciemniejszych typów w ogóle się nie nadaje, bo nie będzie kompletnie nic widać. W porównaniu ze słynnym bronzerem Bahama Mama wypada bardzo blado. Jest to zdecydowanie ciepły odcień powiedziałabym, że dość pomarańczowy, czego całe szczęście na skórze nie widać, który do konturowania się nie nadaje, ale za to pięknie dodaje 'ociepla' skórę. Trzyma się przyzwoicie, myślę, że ok. 8 godzin. Jest niedrogi, bo kosztuje w granicach 16 zł, a ma bardzo dużą gramaturę, bo 15 g. Dla mnie na lato taki kosmetyk jak znalazł, jestem z niego zadowolona, bo prezentuje się bardzo ładnie na skórze, co możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej.


A jak Wam się podoba? Znacie ten produkt? Macie swoje ulubione bronzery?
Buziaki! :*

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Przegląd pielęgnacji ciała

Witajcie!
Dzisiaj mam dla Was krótki filmik z zawartością szuflady, którą jakiś czas temu zamieściłam na instagramie i facebook'u, gdzie bardzo serdecznie Was zapraszam :) Jeśli macie ochotę zobaczyć co w niej się znajduje zapraszam z czymś do picia, miłego seansu!


Zapraszam do komentowania :)

wtorek, 18 sierpnia 2015

Podkreślamy opaleniznę

Dzień dobry! :)
Mam nadzieję, że Wy też już możecie oddychać. Ostatnie tygodnie dały nieźle popalić, ale był to też czas na opalanie. Niestety mi oczywiście się nie udało. Pomagam sobie w inny sposób, czyli balsamami brązującymi. Właśnie testuję kolejny i za jakiś czas pewnie o nim napiszę. Dzisiaj o czymś co podkreśli naszą opaleniznę.



Zacznijmy od olejków, które nie zawierają drobinek. Nie jestem zwolenniczką brokatowego rozświetlenia, dlatego z wielką chęcią sięgam po olejek Nuxe, który kupiłam w zeszłym roku. Jak widzicie zużycie jest niewielkie mimo, że używam go dość często. Przepięknie rozświetla skórę, robi to bardzo subtelnie. Ciało wygląda niesamowicie w promieniach słońca, a do tego olejek pachnie bardzo ekskluzywnymi perfumami.
Drugim olejkiem jest olejek mango TBS, który pachnie przepięknie! W zasadzie używam go bardziej po porannym prysznicu, kiedy nie mam czasu czekać na wchłanianie się produktu i kiedy muszę się szybko ubrać i ogarnąć, bo bardzo dobrze nawilża, jak to olejek, a przy tym upiększa skórę, która ładnie odbija światło w słońcu. Tutaj równie dobrze możecie sięgnąć po tańszy olejek Evree, ale ja muszę zużyć zapasy i na razie nie kupiłam kolejnego opakowania.


Teraz coś dla fanek rozświetlenia z drobinkami. Pierwsza, bardziej delikatna wersja, czyli Lirene Golden Charm. Balsam zawiera sporo małych drobinek, które bardzo ładnie odbijają światło. Nie jest to bardzo nachalny, bazarowy efekt, raczej subtelny, bo one nie są bardzo widoczne. Jak dla mnie bardzo fajny, tani produkt, dostępny na drogeryjnej półce. 
Kolejnymi produktami są maluszki z Pat&Rub, które nie przypadły mi do gustu, jest to olejek, który ma zdecydowanie za dużo drobinek i samoopalający balsam, który ma tę samą wadę, a dodatkowo nie daje żadnego koloru na skórze. Według mnie nie wyglądają dobrze, nie podoba mi się efekt kiedy już zejdziemy ze słońca, są bardzo widoczne.

To wszystko co miałam dla Was na dzisiaj. Napiszcie mi co sądzicie oraz jakie produkty Wy polecacie? :)
Buziaki! :*

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

FOODBOOK #1

Witajcie! :)
Dzisiaj przychodzę do Was z postem, którego przygotowanie trochę zajmuje, mianowicie FoodBook. Trzeba trochę czasu na niego poświęcić, bo nie chciałam Wam pokazywać oklepanych rzeczy, chociaż niektóre są. Dzisiaj będą najczęściej jadane do tej pory przeze mnie śniadania, które są pożywne i dostarczają bardzo dużo energii. Jeśli lubcie jajka to tym bardziej to post dla Was, bo będzie bardzo dużo jajecznych propozycji. Podkreślam tylko, że nie jestem dietetykiem, jem co lubię, smacznie i to co da się szybko przygotować, no chyba, że mam więcej czasu.
Zapraszam! :)



Bardzo podstawowa propozycja czyli jajecznica z dwóch jajek z dodatkiem pomidorów i szczypiorku. Uwielbiam pomidory i w czasie letnim jem ich bardzo dużo, pamiętajcie o tym, że zawierają potas ważny dla naszego serca. Dodatkowo do jajecznicy jem dwa małe kawałeczki chleba żytniego z szynką prosciutto, którą bardzo lubię. Jedyna szynka, której nie przeszkadza mi tłuszcz. Do picia zielona herbata. 


Coś co przygotowałam wczoraj czyli zapiekanki z chleb żytnego ze szpinakiem, mozzarellą i pomidorkami cherry. Bardzo szybkie w przygotowaniu, bo czekamy tylko aż w piekarniku rozpuści się mozzarella, naprawdę proste w przygotowaniu i przy tym naprawdę smaczne i pożywne. Szpinak ma w sobie dużo żelaza, przypominam dla osób cierpiących na anemię.


Coś co zajmuje najwięcej czasu do przygotowania, a mianowicie frittata ze szpinakiem, pomidorami i mozzarellą. Jedna rada, jeśli lubicie czuć smak potrawy to trzeba to dobrze przyprawić, bo niestety jeśli tego nie zrobicie może być trochę bez smaku. Tutaj jest już więcej roboty, ale myślę, że jako śniadanie w weekend sprawdzi się idealnie. Zostawiam Wam przepis (klik), pyszne i pożywne! :)


Tutaj najłatwiejsza propozycja, bo wrzucenie chleba do opiekacza jest oczywiście opcjonalne, ale ja lubię chrupiące pieczywo. Do tego nutella i truskawki. Mało zdrowo, ale pyszne i szybkie do przygotowania. Zdecydowanie najlepsza opcja, kiedy nam się spieszy, a nie lubimy wychodzić z domu bez śniadania. 

Na pewno pojawi się jeszcze kilka foodbook'ów śniadaniowych, ale na razie zostawiam Was z takimi pomysłami. Myślę, że następny będzie propozycjami na obiad, bo jeśli chodzi o obiady to niestety muszę przemóc się z gotowaniem, bo często zostaję sama w domu i no cóż, trzeba coś przygotować, bo przecież nie będę głodować. 

Jakie są Wasze ulubione śniadania? Co najczęściej jecie?
Buziaki! :*

niedziela, 16 sierpnia 2015

Upały? Coś dla ochłody.

Witajcie!
Ostatnio jestem koszmarnie zabiegana. Nie miałam chwili dla siebie i przyszła niedziela, więc czas trochę odpocząć i zająć się blogiem. Nie wstawiałam zdjęć na instagram, chociaż wiele się działo, bo telefon niestety musiałam oddać do naprawy i czekam aż zadzwonią i będę mogła go odebrać.

Wy też cierpicie przez te upały? Lubię jak jest ciepło i generalnie nie przeszkadza mi to, ale coś dla ochłody kiedy nie ma cyrkulacji powietrza w pokoju zawsze jest mile widziane. Więc dzisiaj zapraszam Was na post o produktach, które bardzo dobrze spisują się w tej roli.



Myślę, że każdy tutaj znajdzie coś dla siebie, bo jest i coś zapachowego, taniego i droższego, rozświetlającego i chłodzącego.


Woda termalna Uriage, czyli całoroczny must have. Fantastycznie odświeża, chłodzi i koi skórę. Przy poparzeniach słonecznych zdecydowany niezbędnik tak jak wszelkiego rodzaju balsamy chłodzące do ciała. Dostaje duży plus za to, że nie trzeba jej osuszać, przydaje się także przy maseczkach do twarzy. Rewelacja na upały, a także na siłownię, zawsze mam ją w domu.


Ziaja chłodząca mgiełka z mentolem i witaminą C to dla mnie zupełna nowość. W zasadzie z tego co wiem dopiero niedawno pojawiła się w sprzedaży. Kosztuje 7 zł i jej dużym plusem jest to, że jest wielofunkcyjna, ponieważ nadaje się zarówno do włosów, twarzy i ciała. Kiedy wyjeżdżam na wakacje jest dla mnie bardzo ważne, żeby nie brać nie wiadomo ilu kosmetyków. Przyjemnie chłodzi i orzeźwia skórę. Przyjemnie nawilża skórę, można ją także używać w trakcie i po opalaniu. Dodatkowo bardzo ładnie pachnie, nic dodać nic ująć, kolejny letni must have.


TBS mgiełka z witaminą C, która bardzo ładnie odświeża skórę, ale przede wszystkim ją rozświetla. Jeśli jesteście fankami strobingu (konturowanie różem i rozświetlaczem) to z pewnością Wam się spodoba. Ściąga pudrowość z twarzy i daje bardzo świetliste wykończenie, więc jeśli wolicie mat albo delikatny efekt rozświetlający to nie będziecie z niej zadowolone. Dla mnie latem to bardzo dobry produkt, jednak nie użyjemy jej już na całe ciało tylko stricte do twarzy. Niestety jej dostępność jest słaba, ale możecie na nią trafić np. na Kosmetyki z Ameryki w dużo niższej cenie niż w stacjonarnie. Uważam, że jest to również produkt wart uwagi. 

A Wy jak radzicie sobie z upałami? Czekam na wszystkie dobre rady :)
Buziaki i udanego tygodnia! :*

środa, 5 sierpnia 2015

Clarins Skin Illusion, podkład dający efekt 'drugiej skóry', SPF 15

Witajcie!
Teraz mam nadzieję, że posty będą pojawiać się częściej, część z nich będzie dodawana automatycznie, bo lubię mieć zaplanowane posty na dany dzień. 

Dzisiaj o produkcie dość luksusowym. Wiem, że część z Was lubi tanie rozwiązanie, ja też, ale właśnie po to sobie testuję różne półki cenowe, żeby wiedzieć co jest warte swojej ceny a co nie. Podkład Estee Lauder Double Wear Light sprawdził się u mnie fantastycznie, a czy ten jest wart swojej ceny? Zapraszam dalej :)

OD PRODUCENTA:

Skin Illusion SPF 10: nie widzisz go, nie czujesz go, a mimo to… niczym druga skóra, subtelnie upiększa Twoją własną. Jego pielęgnacyjna formuła nawilża i chroni. Skin Illusion to podkład bogaty w ekstrakty roślinne i koktajle minerałów, dzięki którym Twoja cera stanie się nieskazitelna i pełna blasku. Jego delikatne i naturalne wykończenie sprawi, że nikt poza Tobą nie będzie wiedział, że masz na sobie podkład. Jak dobrze, gdy Twoja skóra wygląda pięknie i zdrowo! Skin Illusion zawiera 100% filtrów mineralnych, które chronią skórę przed działaniem promieni słonecznych. Testowany dermatologicznie. Nie powoduje powstawania zaskórników.



Podkład przychodzi do nas z szklanej, eleganckiej buteleczce ze złotym zamknięciem, na którym znajduje się logo Clarins. Dodatkowo zapakowany jest w opakowanie ze wszystkimi najważniejszymi informacjami.

Mój odcień to 105 Nude. Kupiłam go w Douglasie, sprawdziłam i na stronie internetowej nie ma tego odcienia, wątpię, żeby go wycofali, może jest tylko dostępny stacjonarnie. Niemniej jest to bardzo ładny beżowy, jasny odcień bez domieszki różu czy też pomarańczu. Podkład zawiera SPF 10, co nie jest jakąś wielką ochroną, więc latem oczywiście sięgam po krem z filtrem.


Zapach jest bardzo ładny, delikatny, ogórkowo - melonowy. Umila aplikację, ale oczywiście jest to dodatek, który dla mnie w podkładzie nie ma większego znaczenia. Miło jak jest, ale być nie musi. 

Nakładanie jest dziecinnie proste, wystarczy 1,5-2 pompki jeśli korzystamy z z pędzla albo dłoni, natomiast jeśli używamy Beauty Blendera są to 3 lub 4. Także znacznie wpływa to na wydajność podkładu.Nie używam go codziennie, ale był taki okres, że chciałam go przetestować porządnie, żeby móc Wam o nim napisać i wydajność jest taka sobie. Odłożyłam go, bo nie miałam zdania i po jakimś czasie ponownie do niego wróciłam.


Kiedy nałożyła mi go Pani konsultantka, do której nie mam żadnych zastrzeżeń, bo była bardzo cierpliwa i pomogła mi, która pomagała mi wybrać podkład bardzo mi się spodobał, wydawał być się idealny na okres wiosna/lato. Faktycznie nie czuć go na skórze, na początku ładnie się stapia, ale później mam wrażenie, że odrobinę ciemnieje i jego wykończenie staje się bardziej delikatnie rozświetlone, chociaż bardziej pudrowe. Taka skóra, jakbyście na krem nałożyły puder matujący w niewielkiej ilości. Krycie ma średnie, przykryje przebarwienia, ale jakiś wyprysków zdecydowanie nie przykryje, tu już jest potrzebny korektor, jednak nie jest to podkład, który ma za zadanie mocno kryć. Ma być lekki i taki faktycznie jest. Nie jest to podkład zastygający, więc trochę się ściera, wchodzi w pory, ale co najbardziej mnie denerwuje to fakt, że produkty nałożone później dużo szybciej się ścierają. Trwałość to ok. 5 godzin, później zaczyna się ścierać, coś tam zostaje do samego zmycia, ale niewiele.  Producent wspomina o właściwościach pielęgnacyjnych, ja takich nie odnotowałam, buzia jest faktycznie gładka, ale nic poza tym. Za tę cenę spodziewałam się zdecydowanie czegoś więcej. Na pewno dużo ładniejszego wykończenia, a także trwałości, chociaż względnie lepszej.


A Wy co o nim sądzicie? Miałyście go kiedyś? Jaki podkład rozświetlający polecacie?
Buziaki!:*

wtorek, 4 sierpnia 2015

Essence Blush Up! 10 heat wave

Witajcie kochane! :)
Zaginęłam na trochę, ale jeśli obserwujecie mnie na instagramie, gdzie serdecznie Wasz zapraszam (klik) to wiecie, że wróciłam już w niedzielę, ale musiałam zregenerować siły na dodanie postu. Teraz postaram się być już w miarę regularnie. Postaram się też coś nagrać, o ile pogoda i spokój w domu dadzą mi na to szansę. Trochę planów jest, spotkania ze znajomymi, a w piątek pokazy fajerwerków, jak co roku. 

Dzisiaj zapraszam Was na recenzję produktu, który bardzo przypadł mi do gustu, a mianowicie róż Essence w soczystym koralowo - różowym kolorze :)

OD PRODUCENTA:

kolorowe flow… najnowszy trend w modzie i fryzjerstwie wreszcie dotarł do makijażu! essence przenosi ten świetny róż z kolorowym gradientem z największych wybiegów świata mody prosto do drogerii. jedwabisty, półtransparentny róż nada cerze świeży i radosny wygląd.



Róż Essence dostajemy w zwykłym plastikowym opakowaniu, które jest okej, poza tym, że okropnie się rysuje i palcuje, ale za tę cenę nie mam zastrzeżeń, przynajmniej jak spadnie na pewno się od razu nie rozwali. Ma pojemność 8 g i kosztuje ok. 15 zł. 


Róż ma całkiem dobrą pigmentację, niestety większość zostaje na pędzlu i trzeba się trochę namachać, żeby uzyskać taki efekt jakiego oczekujemy, co z drugiej strony jest dobre, bo dzięki temu nie zrobimy sobie nim krzywdy, co przy takich kolorach wcale nie jest trudne. Róż ma żywy koralowo - różowy odcień, możemy je dowolnie miksować zależnie od naszych potrzeb czy też nastroju jaki w danym dniu nam towarzyszy. Zapomniałam wspomnieć wcześniej, że produkt jest całkowicie matowy, za to dodaje buzi życia i pięknego rumieńca. Długo szukałam różu w tak pięknym kolorze, bo każdy był albo za różowy, za ciemny czy też za jasny.
Trzyma się na twarzy całkiem dobrze, nawet do 8 godzin. Myślę, że na taki róż jest to całkiem dobry wynik, zwłaszcza jak na osobę, która dość często dotyka twarzy podczas dnia i u mnie raczej nic długo nie wytrzymuje chyba, że na hardkorowych podkładach, których teraz raczej unikam, chyba, że na wieczorne wyjścia.


Podaję jeszcze skład dla zainteresowanych:
TALC, MICA, MAGNESIUM STEARATE, DIMETHICONE, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, CAPRYLYL GLYCOL, ALUMINA, TRIETHOXYCAPRYLYLSILANE, PHENOXYETHANOL, MAY CONTAIN: CI 45410 (RED 28 LAKE), CI 73360 (RED 30), CI 75470 (CARMINE), CI 77491 (IRON OXIDES), CI 77742 (MANGANESE VIOLET), CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE).


I jak Wam się podoba? Bo mi bardzo, jestem naprawdę z niego zadowolona i myślę, że będę jeszcze często po niego sięgać do końca wakacji. A jakie są Wasze ulubione róże? Może znacie ten? Piszcie koniecznie.
Buziaki! :*