wtorek, 24 listopada 2015

Zoeva Cocoa Blend Palette

Dzień dobry! :)
Znowu długa przerwa mi towarzyszyła, ale nie będę się tłumaczyć. Powiem tylko tyle, że miałam dużo na głowie, a do tego rozłożyła mnie choroba. Zazwyczaj jak coś takiego się dzieje to przygotowuję coś dla Was, żeby zrobić coś produktywnego, ale cały zeszły tydzień chorobowy przespałam.. Tydzień wyjęty z życia. Myślę, że jak już się lepiej czuję to także nagram Wam haul zakupowy, bo już dawno nie było takiego filmiku. 

Dzisiaj mam dla Was recenzję palety, którą wręcz katowałam w tym miesiącu. W zasadzie sięgałam po nią przy każdym makijażu. Miałam jej nie kupować, ale ostatecznie stwierdziłam, że co mi szkodzi, raz w roku jak sobie paletę cieni kupię to jeszcze nie grzech. I to była dobra decyzja, zapraszam dalej :)


OD PRODUCENTA: 

Paleta 10 cieni do powiek.
Mocno napigmentowane kolory.
Cienie są łatwe w aplikacji, nie osypują się, utrzymują się na powiece przez cały dzień.


W palecie znajduje się 10 cieni, gdzie każdy z nich ma 1,5 grama. Dla mnie ich wygląd przypomina faktycznie ekskluzywne pralinki, a raczej ich nadzienia. Mamy tutaj trzy cienie matowe, dwa cienie matowe z drobinkami, których w zasadzie nie widać, więc można uznać, że też są matowe i 5 cieni błyszczących, niektóre z nich wyglądają wręcz metalicznie. Mają bardzo dobrą pigmentację.

Na początku miałam mieszane uczucia, bo pigmentacja wydawała mi się taka sobie, ale przyszła do mnie koleżanka i 'pomacała' je, stwierdziła, że pigmentacje mają super, więc zaczęłam je testować bardzo intensywnie. Jeden makijaż, a po nim kolejne i przepadłam. Praca z tymi cieniami to czysta przyjemność, jednak trzeba uważać, żeby nie zrobić sobie plamy koloru, bo wiadomo, że potem ciężko jest to rozetrzeć. Mamy tutaj bardzo przemyślany dobór kolorystyczny. Jest beż, mamy cienie do załamania powieki, może trochę za ciepłe i pomarańczowe mogą być dla niektórych, ale mi to pasuje, bo w klimat tej pory roku wpisują się idealnie. Jest też ciemno czekoladowy, prawie czarny, którym zazwyczaj robię kreskę mokrym pędzelkiem, bo jakoś akurat ten pigmentacją nie grzeszy, albo to przeze mnie, nie wiem. Jest też cień, którego nie lubię, czyli Sweeter end, zupełnie odbiega od reszty. Połyskuje na łososiowo, różowo, złoto, zielonkaowo. Nie bardzo wiem w jakim celu mam go używać, wymieniłabym ten cień na bardziej delikatny do cienowania albo na taki, którym faktycznie można rozświetlić wewnętrzny kącik. 

Utrzymują się cały dzień na powiekach, co prawda zawsze nakładam bazę, ale myślę, że bez niej też nie byłoby problemu. Nie zauważyłam osypywania się. Do moich oczu ta paleta pasuje idealnie. Będą zadowolone z niej posiadaczki oczu w kolorze głębokiej, ciemnej zieleni, a także brązowookie powinny być usatysfakcjonowane. Paleta kosztuje 73,90 zł i myślę, że jest warta swojej ceny. Miałam wysokie oczekiwania po tylu recenzjach, ale zdecydowanie jestem usatysfakcjonowana. 




Wybaczcie, ale pierwszy raz robiłam swatche cieni, mam nadzieję, że jednak widać. Chociaż na dłoni nie prezentują się najciekawiej to na oczach jest cudo. Jak mi się uda to wrzucę później zdjęcia makijaży. 

A jak Wam się podoba? Co sądzicie? Znacie palety Zoeva? Może macie w planach kupić? A może nie lubicie? Piszcie koniecznie :)
Buziaki! :*

środa, 4 listopada 2015

My Secret Face Illuminator Powder, Princess Dream

Dzień dobry! :)
Od paru dni mgła w Szczecinie nie ustaje. Co roku jest taki czas, gdzie po prostu nic nie widać. Jest to strasznie upierdliwe zwłaszcza jak się codziennie dojeżdża samochodem na uczelnię. No, ale nic, zostaje mi czekać aż trochę się uspokoi. Szczerze? Dla mnie mogłaby być już zima i śnieg, może jestem inna, ale jak mam wybierać to wolę zimę niż jesień :)
To jak już opowiedziałam o pogodzie to mogę się z Wami podzielić faktem, że od wczoraj robię sobie paznokcie hybrydowe, co prawda dopiero się uczę, ale może za jakiś czas pojawi się zdobienie czy coś ;D Pomyślę o tym, bo na razie moje paznokcie to bardzo podstawowe mani. 
Dzisiaj o rozświetlaczu. Podczas wakacji pojawił się strobing, który jest niczym innym jak konturowaniem buzi za pomocą rozświetlacza i różu, tylko teraz dopiero ktoś to nazwał.  Zapraszam na recenzję :)

OD PRODUCENTA:

Rozświetlacz w kolorze ciepłego beżu, odpowiedni dla każdego typu kolorystycznego. Wzmacnia blask skóry oraz sprawia, że twarz wygląda zdrowo i promiennie. Formuła kosmetyku zapewnia bezproblemową aplikację i doskonałe wykończenie makijażu. Gwarantuje mocny połysk i efekt 'tafli'.




Jest to produkt wypiekany, a co za tym idzie bardzo wydajny. Kosztuje bodajże 12,99, więc grosze przy sławnej Mary - Lou Manizer z theBalm, którą również mam. Jest bardzo miałki przez co trochę pyli, ale mi to nie przeszkadza, bo i tak bardzo dobrze się z nim pracuje. 

Kolor to ciepły beż, ale na tyle neutralny, że naprawdę będzie wyglądał pięknie na wielu typach kolorystycznych. Pigmentacja to też rewelacja.
Jeśli macie ciężką rękę to spokojnie, bo jeśli nie będziecie nabierać produktu nie wiadomo ile na pędzel to nic się tutaj nie stanie. Osiągniecie nim raczej bardzo naturalny delikatny efekt, no chyba, że przesadzicie z ilością. Daje naprawdę piękny efekt, zdrowej i wypoczętej skóry. Osobiście ostatnio polubiłam nakładać go na mokro, wygląda po prostu cudnie i mam wrażenie, że też lepiej się trzyma. Jeśli chodzi o trwałość to nie mam nic do zarzucenia, bo wytrzymuje dłużej niż róże na moich policzkach, tak 8-10 godzin. 



Na zdjęciu nałożony tradycyjnie na sucho. Bardzo mi się podoba. Uważam, że Daniel Sobieśniewski wykonał tutaj kawał dobrej roboty i oby więcej takich produktów! :)

Znacie ten produkt? Jaka jest Wasza ocena?
Buziaki! :*

niedziela, 1 listopada 2015

Denko 9 #2015

Dzień dobry!
W końcu troszkę więcej czasu mam, ale nie aż tak dużo. Nie myślałam, że studiowanie dwóch kierunków może się tak na mnie odbić, a już najbardziej irytuje mnie to, że jest np. 14, a ja się czuję jakby była 18. Może przesadzam, ale tak czuję. Dzisiaj Święto Zmarłych, czyli dzień szczególnej zadumy. Jako, że nie mogłam w tym roku pojechać do rodziny, a w Szczecinie nie zmarł nikt z moich bliskich zastanawiam się czy nie iść i nie zapalić gdzieś znicza. O dziwo jest piękna pogoda, w sumie jak od kilku lat na Wszystkich Świętych. 

Dzisiaj mam dla Was denko. Trochę się tego nazbierało, bo wiele rzeczy mi się pokończyło i coś czuję, że w tym miesiącu denka nie będzie, bo nie uzbiera się satysfakcjonująca mnie liczba produktów. Ale zapraszam Was na denko październikowe :)


Na początek trzy produkty z Pat&Rub z serii hipoalergicznej. Zacznę od tych, które bardzo przypadły mi do gustu. Pierwszym z nich jest żel pod prysznic, który jest delikatny dla skóry, nawet tej po zabiegu, swędzącej i przesuszonej. Nie podrażnił mnie, nie wysuszył jeszcze bardziej, był bardzo wydajny i gdyby nie to, że go nie oszczędzałam to spokojnie starczyłby m na 1,5-2 miesiące. Drugim jest olejek o przepięknym delikatnym zapachu, który doskonale nawilżał i szybko się wchłaniał, rewelacyjne rozwiązanie po porannym prysznicu. Chętnie jeszcze do niego wrócę. Jeśli chodzi o balsam to jest on okej, ale jak za tą cenę to wydajność bardzo słaba i działanie przeciętne, o balsamu nie wrócę, aczkolwiek mam go jeszcze w innej wersji zapachowej.


Tym razem produktów do twarzy uzbierała się całkiem zacna gromadka. Pierwsze to produkty Tołpa Rosacal, o których pisałam tutaj. Jeśli znajdę je w jakiejś przyzwoitej promocji to myślę, że chętnie się skuszę na nie, zwłaszcza na żel micelarny. Kolejnym produktem jest woda tonizująca Ziaja, której skończyłam już drugie opakowanie, a pisałam o niej tutaj. Myślę, że za jakiś czas znowu po nią sięgnę. Zużyłam także maseczkę do twarzy, co często się nie zdarza (chyba, że saszetki), a jest to maseczka miodowa z TBS, której również poświęciłam osobny wpis. Bardzo fajna, generalnie polecam, ale w tym momencie mam bardzo dużo maseczek, poza tym lubię je testować i zmieniać. Ostatnim produktem jest pasta oczyszczająca Ziaja, do której raczej już nie wrócę. Miałam dwa opakowania i chyba mi wystarczy, bo ta tubka jest okropnie upierdliwa, a jak się ją rozetnie to produkt bardzo szybko w środku wysycha. 


Kolejne opakowanie suchego szamponu Batiste chyba nikogo nie dziwi. Tym razem wersja limitowana Neon Lights. Zużyłam także maskę do włosów Douglas, po którą już raczej nie sięgnę, bo przeproteinowałam sobie włosy, jest to bardzo dobry produkt, do włosów zniszczonych, a więcej poczytacie tutaj. Zużyłam także mgiełkę truskawkową do ciała TBS, która zdecydowanie nie pachnie truskawką. Osobiści uważam, że akurat zapach truskawki w tych produktach jest bardzo nieudany i nie sięgnę po ten produkt ponownie. Mam jeszcze jedną mgiełkę, którą bardzo lubię, ale o tym kiedy indziej.


Do makijażu też coś wpadło. Pierwszy produkt to krem CC Bourjois, z którym się nie polubiłam, a więcej poczytacie o nim tutaj. Zużyłam, bo nie lubię wyrzucać kosmetyków. Był takim produktem, po który sięgałam rano przez większość lata jak nie bardzo wiedziałam czego użyć, a musiałam jakoś wyglądać. Nie zrobił na mnie większego wrażenia i nie wrócę do niego ponownie. Kolejny produkt to bardzo dobry balsam do ust Clarins, o którym także pisałam (klik). Być może do niego jeszcze wrócę. Bardzo nawilżający i wydajny tylko cena dość wysoka. Korektor HD z NYX'a nie zrobił na mnie większego wrażenia, bo miał jakiś pomarańczowy odcień, a kolor jaki miałam to Light. Kładłam go troszkę pod oczy a potem nakładałam korektor rozświetlający. Nie wrócę do niego. Ostatnim produktem jest coś do ust, czyli Lip Tint z Bell, który bardzo lubiłam i mam jeszcze jeden, być może kupię następny. Mega nawilżający i dający lekki kolor.


Ostatnimi rzeczami, o których w zasadzie zapomniałam to całkiem niezłe chusteczki oczyszczające z Nivea, a także peeling mango z TBS, za którym nie przepadam, ale o peelingach tej marki w końcu kiedyś Wam napiszę, bo jakoś nie mogę się do tego zebrać w sobie.

Uff, to już wszystko co udało mi się zużyć w zeszłym miesiącu. A jak Wasze zużycia? Znacie coś z moich?
Buziaki! :*