niedziela, 28 lutego 2016

Ulubieńcy lutego # 2016

Witajcie! :)
Mam nadzieję, że Wasz weekend był udany. Na swój nie mogę narzekać, dużo się działo. Być może niezbyt produktywnego, ale na pewno relaksującego. Myślę, że za jakiś czas wrzucę Wam post z książkami jakie ostatnio przeczytałam, być może niekosmetyczni ulubieńcy się pojawią, kto wie. Dzisiaj mam dla Was ulubieńców lutego. Nie ma tego za dużo, gdyż w zasadzie większość miesiąca byłam chora, ale jako że miałam egzaminy i dużo się uczyłam musiałam większą uwagę przyłożyć to zniwelowania zmęczenia ze skóry. Jeśli jesteście ciekawe co w tym miesiącu bardzo mi się spodobało to zapraszam dalej. 


Jeśli chodzi o pielęgnację to jak zwykle nie ma tego dużo. Pierwszym produktem do twarzy jest krem z TBS Oils Of Life, który oddała mi mama. Powiem Wam, że powinna tego żałować, bo ten krem rewelacyjnie nawilża. Używam go codziennie rano, czasem wzbogacam dodatkowo kropelką lub dwoma jakiegoś olejku i czuję, że moja skóra go wręcz pije. Pewnie to także wina pogody, która absolutnie nie chce dogadać się z moją przesuszoną skórą, która totalnie nie wygląda. Więcej o nim napiszę Wam niebawem, bo naprawdę warto poświęcić mu osobny post. Drugim produktem do twarzy jest tonik łagodzący Nivea, który bardzo przypadł mojej podrażnionej skórze do gustu, przyjemnie koi skórę i ją odświeża. Poprawny produkt za ok 12 złotych. Ostatnim produktem z pielęgnacji jest olejek TBS Polynesian Monoi Radiance, który po prostu uwielbiam! Jeden z najlepszych produktów TBS jaki miałam okazję używać. Cudownie nawilża, szybko się wchłania, ma genialny relaksujący zapach, który jakoś bardzo dobrze mi się kojarzy. Co ważniejsze jest też dość wydajny. Bardzo polecam ten produkt. 



Pierwszym kosmetykiem kolorowym jaki muszę tutaj wyróżnić jest piękna pomadka Milani Cosmetics, o której pisałam tutaj. Przepiękny dzienny kolor, ale nie tylko, pasuje do wielu makijaży. Mocnego smoky, prawie nagiej powieki, czarnej kreski. Bardzo polecam akurat ten kolor, który nazywa się Plumrose. Kolejnym kosmetykem, który sobie ukochałam w tym miesiącu był puder do twarzy Golden Rose Mineral Terracotta Powder nr 04, którego używałam do takiego 'ocieplania' twarzy. Idealnie się do tego nadaje, dodatkowo długo się utrzymuje i ma bardzo naturalny kolor i nie można sobie zrobić nim krzywdy, przy okazji daje zdrowy blask, ale jeśli macie ochotę przygotuję dla Was o nim osobny post.


Kolejnym produktem jest Inglot HD Rozświetlający puder sypki, którego używam do utrwalania korektora pod oczami, bo mam wrażenie, że reszta pudrów absolutnie się do tego nie nadaje. Ma w sobie bardzo dużo drobinek, więc jeśli ich unikacie to na pewno nie jest produkt dla Was, ale ja jestem z niego zadowolona zwłaszcza, że moja skóra często ostatnio wygląda na zmęczoną, zwłaszcza okolice pod oczami. Jest to jedyny produkt, który używałam jaki trzyma korektor pod oczami cały dzień w ryzach, ale jeszcze Wam o nim napiszę. Ostatnim już produktem, ale nie najgorszym jest korektor Bourjois Healthy Mix w najjaśniejszym odcieniu. Bardzo długo za nim chodziłam, aż w końcu się skusiłam, jestem bardzo zadowolona, dobrze kryje cienie po oczami, jest przyjemnie kremowy, nie wysusza skóry. Może jest czasem trochę za żółty, ale przy moich siniakach pod oczami dobrze się sprawdza.



I to już wszystko. A jacy byli Wasi ulubieńcy? Znacie coś z moich? 
Trzymajcie się ciepło, buziaki! :*

piątek, 26 lutego 2016

5 ulubionych kanałów na YouTube

Witajcie! :)
Od dawna myślałam nad takim postem, ale zawsze trafiało się coś innego. Dzisiaj w zasadzie powinien pojawić się post z przeglądem filmowym, którego nie było WIEKI, a bardzo lubię go przygotowywać. No trudno, może za jakiś czas jednak się pojawi, bo ostatni wydaje mi się, że był w sierpniu.

YouTube jeśli chodzi o sferę beauty oglądam od jakiś dwóch lat, czyli wcale nie tak długo jakby się mogło wydawać. Bardzo lubiłam oglądać haul'e kosmetyczne, denka i makijaże, zwłaszcza takie, których sama nie potrafiłam wykonać. Dzisiaj mam dla Was 3 polskie kanały, jeden zagraniczny, a także jeden, który nie ma nic wspólnego z dbaniem o urodę, jeśli jesteście ciekawe co to za kanały to zapraszam. 


1. KathleenLights - czyli jedyna vlogerka zagraniczna, którą oglądam. Uwielbiam oglądać jej filmy, jest przesymaptyczną, zabawną osóbką, która ma jeśli się nie mylę 4 psy, którym zdarza się ubarwiać filmiki. Często dzięki niej poznaję amerykańskie smaczki, które aż chce się przetestować. Zazwyczaj szukam produktów, które poleca albo sama stworzyła we współpracy z markami i zamawiam. Sta też wzięła się seria Kosmetyki z Ameryki. Zobaczcie jeśli nie znacie.


2, Maxineczka, która totalnie mnie zainspirowała swoim ostatnim makijażem w stylu lat 70tych,, aż usiadłam i zaczęłam sama coś próbować czego nie robiłam od dawna. Bardzo lubię oglądać szczególnie makijaże, a także ulubieńców. Jest bardzo profesjonalna i nie omieszkam za jakiś czas spróbować jej własnych pędzli. 


3. PannaJoannaMakeUp, która tak naprawdę makijażem zajmuje się tylko tyle i potrzebuje, ale ja uwielbiam sobie zaparzyć herbatę i oglądać dailyvlogi, a także Getreadywithme. To są chyba moje najbardziej ulubione filmy na jej kanale. Zawsze z przyjemnością oglądam filmiki jakie wrzuca, bo bije od niej taka pozytywna energia i bardzo potrafi poprawić humor. 


4. Karolina Zientek Makeup Artist, czyli ostatnia już osoba zajmująca się makijażem w moim zestawieniu. Największe wrażenie jeśli chodzi o filmy zrobił na mnie "Vlog bez cięć", który zostawię Wam niżej. Bardzo sympatyczna, ciepła osoba, o przemiłym głosie, którego aż chce się słuchać. Dodatkowo jestem pod ogromnym wrażeniem charakteryzacji, które robi. Jak dla mnie jedna z bardziej normalnych i miłych osób na YouTube,


5. Arlena Witt, czyli jedyna która nie zajmuje się makijażem. Prowadzi kanał, na którym uczy poprawnej wymowy słów po angielsku, a każdy film przygotowuje bardzo dokładnie, bo szuka piosenek z tymi słowami, o których mówi albo filmów czy seriali, zawsze w wersjach amerykańskiej i angielskiej, żeby pokazać różnicę w wymowie. Dodatkowo pod koniec każdego filmu wrzuca wpadki przy nagrywaniu, które dodatkowo ubarwiają filmy. Jeśli jeszcze nie znacie tego kanału to koniecznie go sprawdźcie. Nie zawiedziecie się.



I to już wszystkie osoby, o których chciałam Wam napisać. Znalazłoby się więcej osób, które oglądam, ale to są kanały, na które zdecydowanie najczęściej zaglądam i bardzo lubię i polecam. A jakie są Wasze ulubione kanały? Może mi coś polecicie?

Życzę Wam udanego weekendu i przesyłam buziaki. Trzymajcie się ciepło :*

niedziela, 21 lutego 2016

Kosmetyki z Ameryki: Milani Cosmetics

Dzień dobry! :)
Witajcie w tą deszczową niedzielę. W końcu mam trochę czasu, bo ostatnie 5 dni chorowałam i absolutnie do niczego się nie nadawałam. Jeszcze nie jest w 100% super, ale nie można od razu mieć wszystkiego, odporność zbieram z powrotem małymi kroczkami. Dużo dzieje się ostatnio, w sumie u mnie zazwyczaj dzieje, tak na tle prywatnym przez co ciężko mi to pogodzić z blogiem. Dość narzekania, czas przejść do dzisiejszego posta, zapraszam na pierwszy post z serii "Kosmetyki z Ameryki", 


Milani Cosmetics jest bardzo popularną marką w USA. Ich najbardziej znanym produktem jest róż o wdzięcznej nazwie Luminoso. Widziałam go u wielu vlogerek, nie tylko amerykańskich. Dzięki sklepowi glowstore.pl mogłam go właśnie zakupić. Przez przypadek znalazłam go na instagramie i tak już dwa razy udało mi się zamówić coś ciekawego.


Luminoso jest przepięknym koralowo - pomarańczowym różem, który będzie pasował wielu typom urody szczególnie latem. Nakładając go na policzki zostawia także delikatną rozświetlającą poświatę. Mi się bardzo podoba, chociaż zdecydowanie na nadchodzącą wiosnę. Długo się utrzymuje, ale czasem bywa troszkę kłopotliwy w aplikacji, przynajmniej ja miałam problem, bo nie chciał współpracować z żadnym pędzlem, ale potem sięgnęłam po naturalny i już było w porządku. Opakowanie dodatkowo zawiera lusterko i taki mały pędzelek jak przy różach Bourjois. Niestety przebitka jest dość spora, bo na stronie polskiego przedstawiciela kosztuje 58,99 zł. Niemniej jeśli będziecie miały okazję go kupić to śmiało, bo jest piękny,






Jeśli chodzi o pomadki to pierwsza z nich, czyli Plumrose to absolutne cudo. Bardzo ładny dzienny kolor, który sprawdzi się na każdą okazję i do każdego makijażu. Jest bardzo przyjemnie nawilżająca i nie sprawia żadnego problemu z aplikacją. Błyszcząca warstwa bardzo szybko znika zostawiając usta o satynowym wykończeniu. Nie zauważyłam wysuszenia ust. Bardzo ją lubię i często sięgam w dziennym makijażu. Jeśli chodzi o Carpet Blend to już jest zupełnie inna historia. Przede wszystkim aplikacja, która jest bardzo trudna nawet przy użyciu konturówki, bez której zdecydowanie ani rusz. Zachowuje się na ustach tak samo jak jej poprzedniczka. Trzeba trochę uważać, bo lubi się czasem przemieszczać po twarzy i odbijać się w różnych miejscach. Zawsze jak ją nakładam zabieram ze sobą korektor do twarzy, bo nigdy nic z nią nie wiadomo. Każda z pomadek kosztuje 28,99 zł. 



Jeśli wybrać którąś to zdecydowanie tą pierwszą, będziecie dużo bardziej z niej zadowolone.

I jak Wam się podobają? Co Wy na kolejne posty z tej serii? Piszcie koniecznie co Wam się najbardziej spodobało. 
Buziaki! :*

piątek, 5 lutego 2016

Wishlista 2016

Witajcie! :)
Dzisiaj taki luźny post, który uwielbiam czytać. Zawsze można coś ciekawego podpatrzeć u innych i czymś się zainteresować. Mam nadzieję, że ten post Wam się spodoba.



Sabrina Pilewicz Monopoli to pierwsza pozycja w mojej wishliście. Jeśli uda mi się dostać na wymianę studencką to z pewnością ją sobie kupię. Jest po prostu piękna i widać, że porządna, a stwierdziłam ostatnio, że już nie kupię torebki z sieciówki, bo zaraz mi się rozwalają i to kasa w błoto, lepiej uzbierać na jedną porządną torebkę. 
New Balance 574 Sweatshirt były w mojej poprzedniej wishliście. Stwierdziłam jednak, że wiosna to jest lepszy pomysł na ich zakup, bo długo bym w nich zimą nie pochodziła. Nie mogę się doczekać kiedy w końcu będą moje.
Canon EOS 700D to właściwie jeden z odhaczonych produktów, który kupiłam pod koniec zeszłego miesiąca. Cały czas uczę się go obsługiwać i myślę, że jeszcze sporo czasu zajmie mi ogarnianie zdjęć, żeby były takie jak chcę.
Beauty Blender czarny, bo znam już wersję różową i teraz czas się wziąć za inną. Naprawdę świetna gąbeczka, minimalnie lepsza niż ta z Real Techniques.
Pilnik Sholl to produkt, na który już czaję się bardzo długo. Ja i moje stopy nie przepadamy za sobą i taki gadżet zdecydowanie mi się przyda, a zwłaszcza na okres wiosna/lato. 
Pęseta Tweezerman to również gadżet, który mnie interesuje od dawna. Nie jest dostępny w Polsce, ale z powodzeniem można go znaleźć na allegro, a moja pęseta i tak gdzieś się zapodziała. Żadna z nas nie lubi zapuszczonych brwi. 
MBrush by Maxineczka nr 4, czyli pędzel, który zainteresował mnie najbardziej z całej kolekcji. Są drogie także zdecydowałam się na początek na niego. Kolejny pędzel do twarzy zawsze się przyda. 
Świeca Yankee Candle to u mnie coś obowiązkowego. Miałam krótki romans z innymi firmami, ale za jakiś czas znowu kupię tę. 
Statyw z pewnością mi się przyda przy robieniu zdjęć. Ułatwi mi naświetlanie i ustawianie ostrości. Może w przyszłym miesiącu już będzie u mnie. 
Szafka z glamshop.pl w zasadzie już jest u mnie. Faktycznie jest pojemna, chociaż u mnie nie ma aż tyle kosmetyków, więc nie było z tym problemu. Jedyny minus jak to przy szafkach z plexi, że okropnie się palcuje. 



Too Faced Melted również znalazły się na poprzedniej wishliście, ale niestety nie udało mi się ich kupić. Co jakiś czas wpadało coś innego do moich zbiorów, ale w tym roku postaram się, żeby one w końcu do mnie trafiły.
NYX Wonder Stick to coś nad czym zastanawiałam się od kiedy zobaczyłam je na Mintishop, niestety bardzo szybko stamtąd zniknęły i czaję się tylko aż wróci sklep internetowy NYX i będę mogła go zamówić, bo już jakiś czas szukam kremowego bronzera i na razie nic ciekawego nie znalazłam, a jak jest to jest koszmarnie drogie.
Too Faced Chocolate Milk Bronzer również był na poprzedniej liście. Jakoś mi nie po drodze do kosmetyków Too Faced, może dlatego, że w Szczecinie dostępne są tylko palety i maskara. Chciałabym je dotknąć nim kupię, ale chyba moja ciekawość dłużej nie wytrzyma.
OFRA Long Lasting Liquid Lipstick, czyli coś o czym dość głośno na amerykańskim YT, a że chcę wprowadzić serię kosmetyków amerykańskich to postanowiłam, że o nich również nie mogę zapomnieć.
theBalm Meet Matt(e) Hughes to również pomadki, za którymi chodzę już jakiś czas. Zastanawiam się, bo moje usta nie lubią się za bardzo z matowymi produktami, więc staram się je wybierać ostrożnie.
Balenciaga Skin, czyli perfumy, które mnie oczarowały. Zawsze zastanawiałam się jak dziewczyny to robią, że coś im się kojarzy ze świeżym praniem albo innymi zapachami. Ten natomiast pachnie jak czysta, jeszcze wilgotna skóra po prysznicu w ekskluzywnych olejkach. Cudo! Za jakiś czas będzie moje, może w urodziny, bo jest to zapach raczej zimowy/wieczorowy.
Zoeva Smokey i Mixed Metals - coraz częściej zaczynam myśleć o makijażu tak na poważnie. Czasem lubię zaszaleć i przestaję myśleć o tym co kto sobie pomyśli jak wyjdę wieczorem w takim makijażu 'na miasto'. Mam paletę Cocoa Blend i mi mało, a te zauroczyły mnie od początku. Jedna bardziej matowa, druga błyszcząca, po prostu cuda.
Origins DrinkUp Intense Mask, czyli jedyny produkt z pielęgnacji jaki mnie jak na razie zaciekawił. Słyszałam na jej temat mnóstwo pozytywnych opinii i myślę, że jak skończę swoją z Clinique to sięgnę po tą. Uwielbiam maseczki, które zostawia się na całą noc.

Uff i to już wszystko co planuję w tym roku kupić. Pewnie po drodze wpadnie jeszcze dużo innych rzeczy, ale to na bieżąco postaram się Wam pokazywać. A co Wy macie w planach kupić w tym roku?

Buziaki i udanego weekend'u! :*

czwartek, 4 lutego 2016

Nacomi, Naturalna maska do włosów

Dzień dobry :)
Dzisiaj egzamin, ciekawe jak mi pójdzie, mam nadzieję, że zaliczę chociaż ze mną to jest różnie. Od czego jest sesja poprawkowa, która pewnie i tak mnie nie ominie. Męczy mnie katar, ale mam nadzieję, że przejdzie mi, bo w przyszłym tygodniu wybieram się do Krakowa i absolutnie nie chcę być chora. 

Dawno nie było u mnie pielęgnacji włosów, ale to dlatego, że ostatnio rzadko zdarza się produkt, który jakoś zrewolucjonizuje moje włosy, które nie są jakoś szczególnie trudne w pielęgnacji pomijając okres zimowy, kiedy potwornie się elektryzują, co innego mój wrażliwy skalp, z tego powodu częściej piszę o szamponach niż o innych produktach do pielęgnacji, a wiele z nich kończy jako myjadła do pędzli. 

Dzisiaj o trochę innym produkcie. który nazwany przez producenta jest maską, ale dla mnie to nic innego jak olejek, zaraz się dowiecie dlaczego.


Produkt Nacomi dostajemy w szklanym opakowaniu z pompką, która bardzo mnie denerwuje. Jest mała i dozuje małą ilość produktu przez co trzeba się kilkukrotnie namachać, żeby uzyskać tyle ile się chce. Ładnie pachnie, ale trochę nie rozumiem poco producent dodaje sztucznego zapachu, skoro w składzie jest olej kokosowy, olej z nasion bawełny i olej arganowy. No, ale nie przeszkadza mi to w niczym. Ma za zadanie nawilżać, regenerować i odżywiać.


Jeśli chodzi o moje włosy to farbowałam je przez świętami i były w całkiem dobry stanie i w sumie dalej są. Poza tym, że się koszmarnie elektryzują. Zwykle nakładam tę maskę na ok. 1 godzinę, czasem dłużej, bo tak siedzę z nią i czasem zapominam o niej. Nakładam ją na długość, czasami dodaję odrobinę na skórę głowy. Potem zmywam szamponem, zazwyczaj dwa razy. 

Po tej masce/olejku moje włosy są przede wszystkim bardzo błyszczące i dociążone. Produkt nawilża je i wygładza, są niesamowicie miękkie i gładkie. Jedynym minusem jaki zauważyłam to to, że jak nałożę ją na skalp to mogę myć i myć a i tak drugiego dnia włosy nadają się do mycia. Stosuję ją raz w tygodniu, zazwyczaj w niedzielę, kiedy mam więcej czasu i mogę sobie tak posiedzieć z maską na włosach. Produkt kosztuje ok. 20 zł za 100 ml i jest dostępny w drogerii Hebe. Nigdzie więcej jej nie widziałam, ale podejrzewam, że online też ją dostaniecie. 

Znacie ten produkt? Znacie markę Nacomi? Może polecacie coś innego?
Piszcie koniecznie, Buziaki! :*

środa, 3 lutego 2016

Inglot Eye shadow Keeper, baza pod cienie

Witajcie! :)
Piszę już kolejną recenzję, a jeszcze czas zrobić zdjęcia na zapas i zabrać się za naukę, bo w czwartek mam egzamin. Całe szczęście już jest luźniej jeśli chodzi o sesję, mam troszkę więcej czasu niż wcześniej. Cieszę się, że już luty, niedługo marzec i wiosna. Wrócą mi siły :) Wiecie na co czekam najbardziej? Nie na to, że będzie ciepło, co oczywiście swoją drogą, tylko na to że będzie słoneczko. Mam dość takiej szarówki, muszę się też wziąć za ćwiczenia, bo coraz bliżej spódniczki, spodenki i nikt nie chce podziwiać cellulitu. Ale dzisiaj nie o tym, dzisiaj o rewelacyjnym produkcie, który znalazł się także w ulubieńcach poprzedniego miesiąca.

Baza pod cienie Inglot zmieniła moje zdanie o bazach pod cienie, jeśli chcecie wiedzieć dlaczego to zapraszam dalej.

OD PRODUCENTA:

Dostępna w wygodnej tubie baza pod cienie do powiek zapewni ekstremalną trwałość makijażu oka i podkreśli kolor cieni do powiek. Produkt dopasowuje się do każdego odcienia skóry, doskonale się rozprowadza i ułatwia aplikację cieni do powiek w każdej postaci – sypkich i prasowanych. Z INGLOT Eye Shadow Keeper zarówno delikatny, jak i mocniejszy makijaż utrzyma się wyjątkowo długo.


Bazę pod cienie dostajemy w wygodnej tubce, dodatkowo zapakowana w kartonik. W tubce znajduje się 10 ml produktu, za który płacimy 49 zł. Dużo, mało? Powiedziałabym, że średnio, bo dalej jest to mniej niż baza Urban Decay, ale więcej niż np. baza z Kobo.


Dla mnie ta baza jest rewelacyjna. Bez problemu sunie po powiece. Cienie się do niej przyklejają i dobrze na niej rozcierają. Bardzo ładnie podbija kolor cieni i minimalnie zmniejsza ich osypywanie. Niestety są cienie, z którymi nic się nie da zrobić, nawet najlepsza baza im nie pomoże. Cienie trzymają się cały dzień bez żadnego szwanku. Nie blakną w ciągu dnia.  Jedyny minus jaki tutaj widzę i jestem pewna, że nie tylko ja to fakt, że baza jest bezbarwna. Dla osób o bezproblemowej powiecie nie powinno być to przeszkodą. Natomiast dla osób o np. mocno ukrwionej powiece polecam użyć na bazę dobrze na pigmentowany beżowy cień. Dla mnie jest to najlepsza baza jaką do tej pory stosowałam. Co prawda nie ma ich dużo, ale myślę, że ta wystarczy mi na wieki.


A Wy jaką bazę pod cienie polecacie? Macie swojego ulubieńca?

Buziaki! :*

wtorek, 2 lutego 2016

Ulubieńcy stycznia # 2016

Witajcie! :)
Czas na pierwszych ulubieńców w tym roku. W styczniu tak się złożyło, że zachwyciła mnie sama kolorówka. Nie wiem dlaczego, ale tak właśnie wyszło, a jeśli chodzi o pielęgnację to dalej testuję różne rzeczy zanim Wam pokażę. Ostatnio w ogóle więcej pojawia się produktów kolorowych niż pielęgnacji, ale postaram się nadrobić także te posty. 
Jeśli chcecie wiedzieć co w tym miesiącu mi się spodobało to zapraszam :)



Pierwszym produktem, który mnie oczarował jest baza pod cienie Inglot, której recenzja pojawi się być może jutro, w każdym razie w najbliższych dniach. Rewelacyjnie trzyma cienie i doskonale się rozprowadza. Jedynym minusem dla niektórych może być brak koloru, ale o tym w recenzji.
Kolejnym produktem jaki się znalazł jest puder do konturowana Kobo w odcieniu Nubian Desert, czyli bardzo chłodny brąz, idealny do zaznaczania policzków. Bardzo przyjemnie się z nim pracuje, czasami cieniuję nim też załamanie, ale częściej konturuję. Dla mnie bardzo dobry, wydajny, niedrogi produkt dostępny w drogerii.


Jeśli chodzi o rozświetlanie to tutaj cały czas sięgam po rozświetlacz z MySecret, który wszystkim polecam, jest rewelacyjny, a więcej poczytacie o nim tutaj.
Coś o czymś nie mówiłam to pigment Inglot nr 39, czyli piękny różowy, mieniący się kolor, który robi cały makijaż. Wystarczy tylko przyciemnić kącik, zrobić cienką kreskę i makijaż gotowy. Może zrobię dla Was z nim makijaż walentynkowy, jeśli oczywiście chcecie. 


Od końca listopada zaczęłam robić sobie paznokcie hybrydowe i od tego czasu ukochałam sobie dwa kolory, zresztą nie tylko ja, moja koleżanka także. Pierwszy to Semilac Biscuit, który dla mnie jest trochę hybrydowym odpowiednikiem Essie Fiji, który dwa lata temu namiętnie nosiłam na paznokciach. Piękny, pudrowy róż, który wygląda niezwykle elegancko. Dłonie wyglądają na schludne i zadbane. Drugim jest lakier tej samej marki, którym nazywa się Pink Gold. Błyszczący, faktycznie złoto - różowy nawet na jeden paznokieć robi taką robotę, że w zasadzie nic więcej nie potrzebujecie, a w połączeniu z Biscuit po prostu bajka!


Nie mogło u mnie zabraknąć produktów to ust. Pierwszy z nich to pomadka GR VM w odcienu 12, o których pisałam tutaj. Dla mnie jak na razie najlepsze matowe pomadki, ładnie wyglądają, nie wysuszają ust, rewelacja. Drugim produktem tanim jak barszcz jest konturówka Essence 07 Cute Pink, którą używałam praktycznie codziennie przez jakiś czas do makijaż. Nadawała się pod pomadki, błyszczyki, solo, a kosztuje ok. 5 zł. Jeśli chcecie o niej poczytać i zobaczyć inne kolory to zapraszam tutaj.


I to już wszyscy ulubieńcy ze stycznia. Jestem ciekawa jacy są Wasi? Może mi coś polecicie? Znacie coś z moich ulubieńców? :)

Buziaki! :*

poniedziałek, 1 lutego 2016

Ingrid IdealLUMI Nude, luminous foundation

Dzień dobry!
Strasznie długo mnie nie było, ale niestety styczeń to dla mnie najgorszy miesiąc w roku. Wracam z nowymi postami i mam nadzieję, że w tym miesiącu uda mi się publikować codziennie. Znowu podejmuję to wyzwanie mimo wyjazdu, który mnie czeka, ale co tam. 

Z dobry wiadomości to zainwestowałam w nowy sprzęt, a także obiektyw, niestety program do obróbki zjada jeszcze jakość, a ja cały czas uczę się go obsługiwać i za jakiś czas kupię statyw, a także zainwestuję w Photoshop'a. Może uda mi się także przenieść na domenę, bo blogger powoli przestaje być funkcjonalny. Ale to na razie wszystko w strefie marzeń, bo mam dużo zaplanowane na ten rok, a znając mnie znowu mi przeleci przez palce jak 2015(oby nie). 

Dzisiaj trochę o podkładzie, o którym trochę słychać na Youtube, a mianowicie o rozświetlającym podkładzie z Ingrid. Będąc w Naturze, zobaczyłam, że jest w promocji i postanowiłam wziąć ze sobą.
Mam co do niego mieszane uczucia, więc zapraszam dalej jeśli jesteście ciekawe jak się spisuje. 


OD PRODUCENTA:

IdealLumi Nude Ingrid to innowacyjny podkład rozświetlający, którego rewolucyjna formuła dodaje cerze wyjątkowego blasku. Receptura z kwasem hialuronowym intensywnie nawilża naskórek, błyskawicznie poprawia jego elastyczność. Dopasowuje się do każdego koloru cery i perfekcyjnie kryje wszelkie niedoskonałości. Zapewnia idealny makijaż bez efektu maski przez wiele godzin. Nie zatyka porów. Zawiera SPF10.
Efekt: Idealnie rozświetlona, gładka i wypielęgnowana skóra przez wiele godzin bez żadnych niedoskonałości.






Podkład przychodzi do nas w standardowym opakowaniu (o dziwo jest szklane) z pompką, za co ogromny plus. Pompka się nie zacina, dozuje odpowiednią ilość produktu. Mi na pokrycie twarzy pędzlem czy gąbką potrzeba ok. 2 doz, żeby tak na spokojnie z nim pracować. Cierpi na tym oczywiście tego wydajność, bo nie używam go długo, a już ma trochę ubytku, Nie pachnie co pewnie wiele osób uzna za plus. Kosztuje ok. 25 zł, mi udało się kupić za 21 zł. Mój numer to 200 "kość słoniowa" i faktycznie na początku ma jasny kolor, idealny dla każdego bladziocha, ale niestety trochę oksyduje. W ogóle to dziwny podkład jest, bo niby od koloru szyi się nie odcina, a za każdym razem jak go mam na twarzy wygląda mi pomarańczowo. Nie umiem tego wyjaśnić, może mam jakieś przywidzenia.


Podkład jest bardzo gęsty i najlepiej się go nakłada gąbką do makijażu. Obecnie mam tę z Real Techniques. Możecie go aplikować jak Wam wygodnie, ale chyba najgorzej, bo najdłużej zajmuje nakładanie go palcami. Nie powiedziałabym, że to jest jakieś super krycie. Dla mnie to jest takie średnie krycie, idealne na co dzień, kiedy nie potrzebujemy mieć zagruntowanej 'szpachli'. Nie żebym taką nosiła :) Pięknie wygląda na skórze, tak promiennie i świetliście.

Niestety, ale musimy przejść do minusów. Na początku podkład wygląda piękne, bo naturalnie i świeżo. Po krótkim czasie podkreśla wszystkie suche skórki, co mnie zastanawia, bo niby miał nawilżać. Niestety w tym okresie suche skórki to moja zmora i chciałabym je ukryć, a nie eksponować. Druga rzecz, która zdecydowanie bardziej mnie denerwuje to fakt, że on się bardzo szybko zaczyna świecić i to nie tak delikatnie tylko jakbym faktycznie wysmarowała się smalcem. Dwie godziny to zdecydowanie za szybko. Gdyby to chociaż było wiecie tak delikatnie to jeszcze mogłabym mu wybaczyć, ale niezależnie jaki puder nałożę, ba! Używam na niego fixera z Inglota, a pod niego mocno nawilżający krem, więc nie rozumiem jego zachowania. Ściera się bardzo szybko, korektora w ogóle nie utrzymuje, ale to może wina też samego korektora, bo bronzer i róż utrzymują się bez zarzutu. Nie zauważyłam, żeby mnie zapchał, ale używam go ok. 1,5 tygodnia. 




Dodam, że zdjęcia robione były 3 godziny po nałożeniu, a z założenia ten produkt ma być długotrwały. Z daleka wcale nie wygląda tak źle, ale w przybliżeniu już nie jest tak wesoło.

Jestem trochę zawiedziona, bo miałam nadzieję, że to będzie dobry podkład w przystępnej cenie, a tutaj takie rozczarowanie. Zużyję go, ale wątpię, że zmienię o nim zdanie. Może wczesną wiosną zmienię o nim zdanie, bo czasem jest z podkładami tak, że na jakąś porę roku są lepsze. Jak na razie to niestety rozczarowanie. 

A jakie są Wasze odczucia? Może jakiś podkład godny polecenia? Albo taki, którego lepiej unikać? Piszcie koniecznie na dole :)

PS. Zapytałam Was na FB czy chcecie recenzję stricte amerykańskich firm u nas niedostępnych?

Buziaki! :*