piątek, 29 kwietnia 2016

Piątkowy przegląd filmowy #13

Witajcie! :)
Wieki już nie było przeglądu filmowego. Już Wam piszę dlaczego. Jesień to taki czas, gdzie powracają wszystkie możliwe seriale, zarówno polskie jak i zagraniczne (pomijając Grę o tron). W tym czasie zdecydowanie bardziej wkręcam się w seriale niż w filmy i tak naprawdę oglądam może jeden przez miesiąc o ile w ogóle jakiś się trafi, ale ostatnio udało mi się w końcu obejrzeć kilka filmów. Oczywiście nie będą to wszystkie, które obejrzałam od ostatniego przeglądu, a te które widziałam przez ostatnie 1-2 miesiące, więc zapraszam :)  


1. Demon - czyli film Marcina Wrony, który zdobył bardzo duże uznanie i wcale się nie dziwię. Jest to film z bardzo dobrą obsadą, świetną grą aktorską, trochę straszną historią, której zakończenie nie jest do przewidzenia i który każe dopisać sobie zakończenie, ponieważ będąc w kinie reakcja wszystkich była taka sama: A gdzie końcówka? 
Najbardziej mnie zaskoczył aktor grający główną rolę, to był pierwszy film jaki z nim widziałam, ale jestem pod wrażeniem. Bardzo polecam zobaczyć.
2. Magical Girl - w zasadzie obejrzany dzisiaj do końca, czyli najnowszy dla mnie ze wszystkich dzisiaj obejrzanych filmów. Są to opowieści o trzech osobach, których losy się krzyżują. Ostrzegam, że jest to film dość dziwny jak duża część hiszpańskich, hiszpańskojęzycznych filmów. Niemniej jest to dobry film, który warto zobaczyć. Nie pośmiejecie się tutaj (może odrobinę), raczej będziecie zastanawiać się do czego zdolny jest człowiek. Polecam na piątkowy wieczór.


3. Czwarte piętro, czyli film o chłopcach chorujących na raka, znajdujących się w szpitalu. Nie jest to jednak typowy dramat, ponieważ on wcale nie jest smutny. Powiedziałabym, że napawa nadzieją i człowiek jest po obejrzeniu tak bardziej optymistycznie nastawiony do życia. Dodatkowo scenarzysta wykreował postać, która miała odzwierciedlać jego, ponieważ jest to po części film na faktach. Również polecam zobaczyć.

4. Kung Fu Panda 3 - po raz trzeci zabieramy się z Pou w przygodę, tym razem jednak okazuje się, że nie jest on jedyną pandą żyjącą na świecie. Bardzo śmieszny, wciągający film animowany, który ogląda się z przyjemnością. Niezdarna panda, która jest również mistrzem kung-fu. Według mnie ta część jest lepsza niż druga. 


5. Deadpool - czyli jeden z najbardziej popularnych filmów ostatnimi czasy. Słyszałam o nim same dobrze rzeczy. Że jest bardzo zabawny i w ogóle obnaża prawdę o wszystkich superbohaterach.Może to drugie jest faktem, ale według mnie nie jest zabawny. Normalny film, który całe szczęście się nie duży. Momentami podciągnęłabym go pod trochę pokręconą komedię romantyczną. Możecie się ze mną nie zgodzić, bo może po prostu nie rozumiem tego poczucia humoru, ale dla mnie to po prostu przeciętniak.

I dotarłyśmy do końca. Co ostatnio miałyście okazję obejrzeć? Może znacie coś z tego co ostatnio oglądałam? Może coś Was zainteresowało?

Udanego weekendu i buziaki! :*

środa, 27 kwietnia 2016

Organique Olej kokosowy

Witajcie! :)
Już od jakiegoś czasu przerzuciłam się na zmywanie makijażu za pomocą olejków. Wcześniej używałam olejku z Resibo (klik), który ostatnio też pojawił się w denku. I powiem Wam szczerze, że nie wyobrażam sobie już wrócić do miceli i zmywania wszystkiego wacikiem. Oczy i tak zmywam płynem, ale to dlatego, że większość olejków po prostu mgli mi oczy i nie współpracują ze mną.

Dzisiaj mam dla Was recenzję 100% oleju kokosowego z Organique, ale myślę, że niezależnie jakiej jest marki sprawdzi się równie dobrze. Dodatkowo opowiem Wam trochę o szmatce flanelowej, którą ostatnio kupiłam w The Body Shop.


Olej dostajemy w standardowym dla Organique opakowaniu. Jak wiadomo olej kokosowy w temperaturze pokojowe przyjmuje formę stałą, przy kontakcie z naszą ciepłą skórą zaczyna się rozpuszczać. Ma bardzo ładny zapach, jest to produkt organiczny, nierafinowany z całą swoją bogatą zawartością. Kiedyś używałam olej na włosy i bardzo dobrze sprawdził się w tej wersji, ale ten stosowałam tylko do demakijażu i ewentualnie to naprawdę przesuszonej skóry na ciele.

Fantastycznie rozpuszcza każdy rodzaj makijażu. Ciężki podkład, trwały tusz do rzęs, czy inne dziwne produkty w mig zostają przez niego rozpuszczone. Dodatkowo zapewniamy sobie naprawdę przyjemny masaż twarzy. Skórą jest nawilżona, delikatnie błyszcząca (po demakijażu zawsze wykonuję 2 mycie), bardzo gładka i wygląda zdrowo. Niestety demakijaż oczu olejami nie jest dla mnie, chociaż ten zdecydowanie mniej mi je podrażnia niż ten z Resibo. Całość zmywam mokrą szmatką i po kłopocie. Do nawilżania pojedynczych miejsc na ciele też spisuje się rewelacyjnie. Fantastyczny z niego nawilżacz i jest niezawodny w każdej sytuacji.



Co do tej flanelowej szmatki trzeba przyznać, że jest przemiła w dotyku. Jednak  moim zdaniem nie nadaje się do demakijażu, a zwłaszcza kiedy zmywam olejem tusz do rzęs, bo go nie zbiera tylko maże po całej twarzy. Zdecydowanie lepiej nadaje się do maseczek. Przez swój trwały materiał wystarczy zdecydowanie na dłużej niż standardowa szmatka muślinowa. Po wyschnięciu zmienia się w takie sztywne nie wiadomo co, ale pani ekspedientka mówiła, że to normalne i nie ma się czego obawiać, bo szmatka po zmoczeniu znowu jest przyjemna i mięciutka. Nie jest to zły produkt, ale nie nadaje się do tego co bym chciała, jest zdecydowanie delikatniejszy niż gąbki z celulozy, więc dla cery wrażliwej to będzie jak najbardziej na plus.


A Wy znacie te produkty? Zmywacie makijaż olejami czy jednak micelami? Polecacie coś innego? Piszcie koniecznie :)

Buziaki! :*

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Kosmetyki z Ameryki: ColourPop Cosmetics

Witajcie! :)
Jak Wam weekend minął? Mam nadzieję, że wypoczęłyście :) Dzisiaj wracamy do serii, którą zaczęłam niedawno, a mianowicie Kosmetyki z Ameryki. Pierwszy wpis jaki miał miejsce to ten o produktach Milani (klik). Dzisiaj przychodzę z równie znaną marką, a dodatkowo tanią, czyli ColourPop. Wybrałam znane cienie, a raczej cień i dwie pomadki, jeśli jesteście ciekawe jak się sprawdziły to zapraszam :)







Cienie CP Super Shock są bardzo rozpoznawalne na amerykańskim YT, zwłaszcza te błyszczące. Mój nie jestem pewna, ale jest w wykończeniu Pearlized. Nazywa się "Weenie". Jest to taki brąz z pomarańczą z milionem różowo złotych drobinek. Ma bardzo kremową konsystencję i ma rewelacyjną pigmentację. Najlepiej nakłada się go palcem, ponieważ przy aplikacy pędzem jakby traci pigment. Bardzo dobrze współpracuje z bazą z Inglota. Jest to genialny kolor kiedy na szybko potrzebujecie zrobić ładny wyjściowy makijaż, ponieważ wystarczy go rozetrzeć, jeden kącik rozświetlić, drugi przyciemnić, 2-3 minut i makijaż gotowy. Polecam przyjrzeć się tym cieniom. Wiem, że na stronie producenta kosztują 5 dolarów. Na pewno płaciłam za niego więcej, ale warto.


Lumiere, czyli matowa pomadka, a raczej Lippie Stix, która nie jest matowa zaraz po nałożeniu. Dopiero po jakimś czasie błysk 'zjada się'. Jest to ładny. dzienny raczej chłodny odcień różu, który będzie pasował wielu typom urody. Trzyma się przyzwoicie, ok 2-3 godzin, czyli jak każda standardowa pomadka w zależności od tego ile jemy i pijemy. Bardzo ładnie pachnie, tak słodko i przyjemnie. Nie wiem dlaczego, ale nie sięgam po nią tak często, chociaż jest bardzo komfortowa na ustach, muszę to zmienić, ale wydaje mi się, że to przez kolor, który wydaje mi się być bardziej jesienny. Nie mniej polecam przyjrzeć się tym pomadkom.





Kolejny Lippie Stix to również matowa odsłona, ale tym razem o nazwie Taurus, czyli piękny średni brąz. Nie jest on bardzo jasny, wiecie taki 'babciowy', ale nie jest też on na tyle ciemny, żeby nadawał się tylko dla osób z naprawdę ciemną karnacją. Wydaje mi się, że u mnie wygląda ciekawie. Nie jest to oczywiście pomadka, którą noszę w ciągu dnia, o ile burgundy i inne takie czemu nie, to jakoś do tego nie jestem przekonana, żeby nosić na co dzień, natomiast wieczorem naprawdę robi wrażenie. Zwłaszcza z cieniem, który pokazałam Wam u góry. Razem wyglądają naprawdę rewelacyjnie. Trzyma się tak samo jak Lumiere. Wykończenie na pewno nie jest matowe, to raczej satyna, chociaż jeśli ją odciśniecie na chusteczce to wiadomo, będzie bardziej matowa. Jedzenia nie przeżyje i zjada się praktycznie całkowicie, ale nie wylewa się za kontur ust, co zaliczam na plus.




Wszystkie produkty kupiłam na stronie glowstore.pl. Tylko nie wiem czy dalej są dostępne, bo nie widzę ostatnio w ogóle produktów ColourPop na tej stronie co trochę mnie martwi :(

Znacie te produkty? Jak Wam się podobają? Co sądzicie?
Buziaki! :*

sobota, 23 kwietnia 2016

Organique Savon Noir, Naturalne mydło z czarnych oliwek i oleju oliwnego

Dzień dobry!
Jak Wam weekend mija? Macie jakieś plany? Mój spokojnie, odpoczywam i przygotowuję zdjęcia na bloga, a także kilka wpisów (mam nadzieje). Powinnam przygotowywać wszystko na przyszły tydzień, ponieważ mam kilka zaliczeń, ale z drugiej strony blog też nie może być zaniedbany, więc dzisiaj zrobię jak najwięcej, żeby mieć czyste sumienie, mam nadzieję, że to będzie produktywna sobota. 

Jakiś czas temu zastanawiałam się po jaki produkt do mycia twarzy sięgnąć. Ponieważ ostatnio moja cera wariuje i bardzo dużo jakiś podskórnych grudek i innych wyprysków się pojawia. Słyszałam już dawno o wspaniale oczyszczającym czarnym mydle czy mydle aleppo, ale zazwyczaj je omijałam. Będąc z mamą jednego dnia w Organique skusiłam się w końcu a czarne mydło, jeśli jesteście ciekawe jak się sprawdziło to zapraszam.




Produkt zapakowany jest w typowe dla Organique opakowanie, które zresztą jest bardzo ładne. Uważam, że akurat do tego produktu żadne inne nie miałoby zastosowania, ponieważ to mydło to czarny, gęsty 'glut'. Wybaczcie, ale inaczej nie da się tego nazwać. Niesamowicie się ciągnie i ciężko go wydostać nawet z tego opakowania. 

Kupiłam go z myślą o myciu twarzy. Mam cerę mieszaną standardową - przetłuszczającą się w strefie "T" i suchą na policzkach, a tym momencie nawet bardzo suchą. Używałam go raz na jakiś czas do mycia buzi, ale niestety ten produkt tak wysusza skórę, że ona aż piszczy z czystości. Jest całkowicie matowa, nie widać na niej nawet grama sebum czy zanieczyszczeń. Odpuściłam, bo to produkt dla mnie za mocny. 


Zaczęłam go używać do mycia włosów. Dodaję go do szamponu do włosów, ponieważ przez jego konsystencję jest go bardzo trudno samego rozprowadzić na włosach. Rewelacyjnie oczyszcza i odbija włosy od nasady. Są sypkie, ładnie się układają, ale w tym wypadku trzeba pamiętać o nałożeniu odżywki na włosy albo maski przed. Oczywiście nie używam go przy każdym myciu, ale jak widzę, że włosy mi się szybciej przetłuszczają, kiedy są takie matowe. Naprawdę do mycia włosów serdecznie Wam polecam. Moja siostra także jest zadowolona.

Jedynym, ogromny minusem, który widzę to zapach. Będąc w blogosferze już kilka lat przerobiłam naprawdę wiele produktów o różnych zapachach, brzydszych, ładniejszych, słodszych etc. Ale jak to śmierdzi to nawet ja nie jestem w stanie przeżyć. Dla mnie to śmierdzi trochę jak byście na wsi weszły do obory. Okropne! Całe szczęście zapach się nie utrzymuje.  


Z powodu zapachu nie wiem czy jeszcze do niego wrócę, ale generalnie to jest dobry produkt. Myślę,że zdecydowanie lepiej sprawdzi się do mycia dla cery trądzikowej, tłustej. Oczywiście dalej nie codziennie, bo podejrzewam, że przesuszenie skóry byłoby nie do zniesienia. Kosztuje 39 zł za 200 ml. Dostępny w każdym sklepie Organique i chyba on-line.

Znacie czarne mydło? Co do mycia twarzy polecacie? Dajcie znać :)
Buziaki! :*

środa, 20 kwietnia 2016

Golden Rose Mineral Terracotta Powder nr 04

Dzień dobry! :)
Ostatnio praktycznie całkowicie porzuciłam róże na rzecz bronzerów, tych do konturowania jak i tych do ocieplania skóry. Jak, że jestem prawdziwym bladziochem brakowało mi słońca w zimie i chociaż w tym roku zaopatrzyłam się w porządną ochronę przeciwsłoneczną to nie odmówię sobie 'złotej opalenizny' choćby z tubki czy innych cudów.


Produkt otrzymujemy w ładnym, porządnym, plastikowym opakowaniu. Na wieczku widnieje nowe już logo marki. Puder został spakowany dodatkowo w kartonik. Jest to puder wypiekany, który używam do delikatnego przybrązowienia twarzy.

Ten produk stał się tak bardzo popularny po filmie Maxineczki z ulubieńcami, w którym go pokazała. Długo nie mogłam go dostać, aż w końcu mi się udało.





Konsystencja tego produktu jest bardzo aksamitna, faktycznie daje uczucie jakbyśmy dotykały bardzo luksusowy produkt. Tak samo moim zdaniem też prezentuje się na skórze. Wygląda bardzo naturalnie, ale daje też ładną poświatę przez co jeśli nie lubicie za dużo rozświetlacza jest to zdecydowanie opcja dla Was. Efekt zarówno do makijażu dziennego jak i wieczorowego. 

Bardzo zaskoczyła mnie trwałość tego produktu, ponieważ utrzymuje się niesamowicie długo. Fakt, czasem ma na to wpływ jakiego użyłyśmy podkładu, ale ten pięknie się przykleja do skóry nawet na rozświetlającym, lekkim podkładzie. W zależności jaki efekt chcę uzyskać używam albo pędzla do bronzera albo do różu. Nie wygląda na pomarańczowy, jak dla mnie jest to produkt idealny właśnie w momencie kiedy jeszcze nie chwyciło nas słońce, ponieważ później może być zdecydowanie zbyt subtelny. Dostępny jest w 9 odcieniach, a kosztuje 24,90. Myślę, że każda znajdzie coś dla siebie, pod warunkiem, że lubicie ładnie rozświetloną, zdrową skórę, ale która z nas tego nie lubi?





A jakie produkty tego typu Wy polecacie? Znacie ten? Piszcie koniecznie :)

Buziaki! :*

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

WYZWANIE: 100 DNI BEZ SPODNI

Witajcie! :)
Ostatnio przeglądając subskrypcje natrafiłam na post Malującej Ani, której pewnie bloga wszyscy znacie, o tym co warto zrobić w kwietniu. Jednym z pomysłów, do którego przymierzałam się już jakiś czas to Wyzwanie 100 dni bez spodni. Jeśli chodzi o ubranie to jestem w 100% team spodnie, ponieważ nie wymagają zastanowienia z czym je wystylizować i tak dalej. Za to za każdym razem jak patrzę na jakąś spódnicę czy sukienkę zastanawiam się: Jakie buty? Jaka torebka? Jaka bluzka? Co z dodatkami?

Za dużo trudności jak dla mnie, ale z drugiej strony coraz lepiej czuję się w innych opcjach niż tylko spodnie. Dlatego przeczytałam post Ani o pomyśle na wyzwanie (klik). Nie chodzi o to, żeby przez 100 dni chodzić tylko w spódnicach, absolutnie. Nie wyobrażam sobie tego. Chodzi po prostu o to, aby w jak najkrótszym czasie zaliczyć sto dni nie w spodniach. Z moich obliczeń wychodzi na to, że zostało mi 257 dni na zaliczenie tego zadania do końca roku, więc dzisiaj jest mój pierwszy dzień wyzwania. Stworzę na koniec miesiąca taki post typu lifestyle i będę się z Wami dzielić różnymi rzeczami i przemyśleniami. Ściągnęłam formularz, który Ania stworzyła i będę go odhaczać. Jeśli uda mi się co najmniej połowę każdego miesiąca chodzić w spódnicach to będzie sukces. 

Wiem, że można czuć się kobieco zarówno w spodniach jak i spódnicach, ale jednak one dodają nam dziewczęcości i uroku. Można je wystylizować tak, że dalej będą wyglądały niezobowiązująco. Wydaje mi się, że właśnie o to chodzi, że wydaje nam się, że będziemy w dane miejsce wyglądać za ładnie i nie wpasujemy się w otoczenie. Nie chcemy się wyróżniać. 
Nie wiem czy ten styl, który obecnie reprezentuję to jest 100% ja, bo uwielbiam chodzić w szpilkach, jednak chodniki skutecznie mi to uniemożliwiają, Lubię podkreśloną talię i odkryte nogi, oczywiście wszystko w granicach dobrego smaku. 






Trzymajcie za mnie kciuki i może same przyłączycie się do zabawy. Co sądzicie o takim pomyśle?
Buziaki! :*

niedziela, 17 kwietnia 2016

MAYBELLINE COLOR SENSATIONAL THE CREAMY MATTES

Dzień dobry! :)
Jaką piękną mamy niedzielę, aż chce się żyć. Promocja w Rossmannie coraz bliżej, ale ja ostatnio zawitałam do Super-Pharm, który nawet podczas takich promocji wydaje mi się być bardziej przyjazny niż Ross, chociaż oczywiście nie znalazłam tego czego chciałam, wzięłam tylko korektor pod oczy z kolorówki i oto całe moje zakupy. Przy okazji proszę Was, jeśli będziecie widziały jak ktoś otwiera nowe produkty to zareagujcie. Potem kupujemy stare produkty.

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją produktu, która może się przydać przy wybieraniu nowych pomadek w ostatni tydzień promocji. Sama trafiłam na nie podczas -40% w drogerii Natura. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak sprawują się matowe pomadki od Maybelline to zapraszam dalej. 



Pomadka przychodzi do nas w typowym dla Maybelline opakowaniu, tylko tym razem w wersji matowej przez co ma wydawać się bardziej elegancka, jak mam być szczera to bardziej podobają mi się te klasyczne wersje opakowań, ale każda z nas ma inne preferencje. 

Z tego co widziałam na stronie dostępnych jest 5 kolorów. Zdecydowałam się na dwa, jeden bardziej naturalny Nude Embrance oraz bardziej letni, wakacyjny Craving Coral. Oba kolory są przepiękne. Nude Embrance to zdecydowanie dzienny kolor, który również będzie pięknie wyglądał przy makijażach wieczorowych, sprawdzi się w każdej sytuacji. Druga natomiast przepięknie wygląda do wyrównanego kolorytu skóry i delikatnej kreski na powiece, dodaje twarzy wyrazu i ożywia.




Konsystencja jest bardzo kremowa, te pomadki suną po ustach niczym masełko. Są bardzo komfortowe, ponieważ nie wysuszają ust, a delikatnie je nawilżają. Wykończenie to zdecydowanie nie mat, nawet nie satyna, one po prostu są kremowe, przynajmniej tak prezentują się na moich ustach co zaraz zobaczycie. Ich aplikacja jest bardzo przyjemna, ale przez swoją kremowość nakładanie Craving Coral bywa bardzo trudne, ponieważ czasem wygląda jakbym nierówno go nałożyła na usta. Dodatkowo akurat ten produkt rozmazuje się na twarzy i zostaje na jedzeniu. Nie raz widzę, że odbija się na brodzie. Pomadki nie są zbyt trwałe, przy jedzeniu czy piciu bardzo szybko schodzą. Dlatego dla mnie najbezpieczniejszym wyjściem jest nałożenie pomadki w odcieniu nude, przynajmniej nie muszę się zastanawiać czy rozjechała mi się po ustach. 






Mimo wszystko lubię te pomadki i bardzo chętnie sięgam po tę w odcieniu nude, zwłaszcza kiedy nie wiem co mam nałożyć na usta, jest to po prostu bardzo szybkie rozwiązanie.

A Wy znacie te pomadki? Co o nich sądzicie? Jakie pomadki polecacie wypróbować? Macie swoich ulubieńców? :) Piszcie koniecznie.

Buziaki! :*