poniedziałek, 20 marca 2017

The Body Shop Maseczki Superfood | British Rose i Himalayan Charcoal |

Maseczki to coś co uwielbiam i sięgam po nie bardzo często. Mam skórę mieszaną i wierzcie mi, że jest bardzo ciężka w pielęgnacji, ponieważ zwłaszcza zimą mam suche skórki na nosie, a dodatkowo przetłuszcza mi się strefa "T", przez lata wysuszyły mi się policzki, więc mam typową skórę mieszaną, która jeszcze bywa wrażliwa i łatwo się przesusza czy odwadnia, niezależnie czy piję dużo czy mało płynów (tych bez % oczywiście ;)). Oczywiście każdy rodzaj skóry ma swój urok i powiem, że wolę walczyć z moją mieszaną cerą, niż walczyć z trądzikiem, czego współczuje każdej nastolatce i kobiecie. Nie mniej, nie o tym dzisiaj, a o maseczkach, które zakupiłam kilka miesięcy temu w promocji 3za2. Produktem, który wybrałam jako trzeci był balsam, ale może o nim kiedy indziej. Maseczki Superfood interesowały mnie od kiedy tylko weszły na rynek.

Producent mówi, że są 100% wegetariańskie. Nie zawierają parabenów, silikonów, olejów mineralnych oraz parafiny. Zostały przetestowane dermatologicznie. 


Obie maseczki znajdują się w eleganckich, szklanych, bardzo ciężkich opakowaniach. Dodatkowo po otwarciu zabezpieczone są wieczkiem. Każda z nich ma 75 ml, a kosztują 99,90. Dostępne są w sklepach stacjonarnych TBS. Poza dwiema, na które się zdecydowałam dostępne są jeszcze: 
  • Ethiopian Honey Deep Nourishing Mask,
  • Amasonian Acai Energising Radience Mask,
  • Chinese Ginseng & Rice Clarifying Polishing Mask

Inspirowane są tradycyjnymi rytuałami dbania o piękno, pochodzącymi z całego świata, stąd też w nazwach maseczek można powiedzieć, że znalazły się regiony świata. Maseczki według zaleceń producenta należy zostawić na 5-10 minut.


Kiedy poszłam do sklepu po te maseczki, ta nie była moim pierwszym wyborem, ale ostatecznie nie żałuję, że ją wzięłam. Po pierwsze maseczka pięknie pachnie, nie jakąś tam babciną różą, ale bardzo ładną, powiedziałabym, że ekskluzywną. Ma galaretowatą konsystencję, która się nie wchłania, jest to maseczka, którą należy zmyć po użyciu. Bardzo mi się podoba to, że jest to maseczka, którą nie trzyma się długo, ponieważ bardzo lubię ją stosować rano, kiedy np. jestem niewyspana, moja skóra jest szara albo chociażby poprzednia noc należała do imprezowych. Po nałożeniu odczuwa się przyjemny chłód na skórze, co daje ukojenie. Po zmyciu mam wrażenie, że ta skóra faktycznie jest trochę taka wypchana od środka. Widać, że skóra jest odświeżona, ukojona i tonizowana. Czuć, że jest wygładzona i miękka, a do tego pory wydają się mniejsze. Nawilżenie jest przyzwoite, chociaż akurat tym nie powala. W przypadku innych plusów jakie posiada mogę jej to wybaczyć. Bardzo polecam Wam tę maseczkę, jeśli poszukujecie czegoś po czym Wasza skóra będzie pełna młodzieńczego blasku. 


Po tym jak skończyła mi się maseczka błotna z Sephory (klik) szukałam czegoś nowego, wiecie ta chęć znalezienia czegoś lepszego. Więc skusiłam się na tę maseczkę i trochę żałuję, bo nie wiem czy jestem z niej zadowolona tak jak z ww. Nakładam tę maseczkę tylko w strefie T i zaraz przy strefie nosa tam gdzie mam najbardziej rozszerzone pory. Faktycznie po zmyciu skóra jest oczyszczona, a pory są odblokowane, ale nie powiedziałabym, że skóra jest rozświetlona, wręcz przeciwnie, zmatowiona, tak jak powinna działać oczyszczająca maseczka. Skóra nie jest podrażniona, zaczerwieniona czy ściągnięta. Używam tej maseczki, gdy widzę, że moja skóra naprawdę tego potrzebuje, jest to fajna maseczka, która spełnia swoją funkcję pomijając rozświetlenie, jednak kiedy mi się skończy albo sięgnę po coś innego albo wrócę z podkulonym ogonem do maseczki z Sephory, która jest też dużo tańsza. Jednak na pewno będzie lepsza dla osób, które mają mieszaną i wrażliwą skórę i nie lubią takiego inwazyjnego oczyszczenia. 



A Wy używałyście te maseczki? Co o nich sądzicie? Która Was najbardziej zainteresowała? Jakie maseczki Wy polecacie? :)

Piszcie koniecznie,
udanego tygodnia Wam życzę :*

sobota, 18 marca 2017

Rimmel Fresher Skin

Dzień dobry :)
Słońce i pogoda coraz bardziej dopisują, chociaż czuć jeszcze trochę zimowy chłód, a raczej mocny wiatr, przynajmniej w Szczecinie, nie wiem jak u Was, Jeszcze chwilę, już za tydzień wiosna, w zasadzie za mniej za tydzień. Tak jak podejrzewam większość z Was, tak i ja na wiosnę zmieniam trochę swoje preferencje makijażowe, stawiam na rozświetlenie, delikatny makijaż oka czy błyszczące usta. Dzisiaj zapraszam Was na recenzję najnowszego podkładu Rimmel Fresher Skin, który pierwszy raz widziałam u Lauren Curtis i czekałam aż pojawi się w Polsce. Jeśli jesteście ciekawe co sądzę o tym podkładzie to zapraszam dalej.


Podkład zamknięty w szklanym opakowaniu, co zawsze kojarzyło mi się z podkładami w musie. Ma dodatkowo wieczko, które zakrywa podkład, które szczerze mówiąc mnie irytuje, ale względy higieniczne doceniam. Chociaż samo grzebanie w słoiczku nie jest moją ulubioną czynnością, a zamoczenie w nim pędzla czy gąbeczki nabierze nam zdecydowanie za dużo produktu, więc zostaje aplikacja na skórę palcami. Wydaje mi się, że konsystencja jest na tyle żelowa i płynna, że można byłoby zastosować pompkę. Mamy tutaj mniej produkt niż w standardowym podkładzie, bo 25 ml. Dodatkowo ma SPF 15, co zawsze jest mile widziane. 


Uwielbiam ten podkład za to, że przy nałożeniu na skórę czujecie przyjemny chłód co będzie bardzo przyjemne zwłaszcza latem, kiedy będzie gorąco. Mam wrażenie, że ten podkład nie dogaduje się ze wszystkimi kremami i produktami, które pod i na niego nakładamy. Potrafi się zrolować i robić plamy, zwłaszcza na linii bronzera, co w zasadzie nie powinno mieć miejsca, bo dobrze się z nim pracuje i krycie ma całkiem w porządku. Jest małe, ale skóra jest wyrównania i bije blaskiem od wewnątrz. Dobrze trzyma się na twarzy, nie wyświeca się szybko, przypudrowany zaczyna się błyszczeć w strefie 'T' jak każdy inny podkład po ok. 5-6 godzinach. Wiecie, cera mieszana rządzi się swoimi prawami. 


Niestety jeśli chodzi o selekcję kolorystyczną jest do kitu, ponieważ najjaśniejszy odcień wpada w róż, chociaż nie jest to aż tak widoczne, bo całkiem nieźle wpasowuje się w skórę, ale jest również za ciemny na ten moment dla mnie. 

Przez powstawanie plam i rolowanie nie mogę go Wam polecić, bo czasem to robi a czasem nie, a żadna z nas nie chce grać w loterię ze swoim podkładem. Postaram się go zużyć, bo nie lubię marnować podkładów, ale na pewno nie będzie to produkt, po który będę często sięgać.


Próbowałyście już ten podkład? Co o nim sądzicie? Wypróbujecie go czy odpuścicie?

Udanego weekendu! :*

piątek, 10 marca 2017

KULTURALNY PIĄTEK #serialowo

Dzień dobry! :)
Czas polecić Wam coś do oglądania. Wiem, że ostatnio był również piątek serialowy (klik), ale bardzo wkręciłam się w seriale. Następny będzie raczej książkowy, który mógłby być teraz, ale że chcę Wam zrobić tez podsumowanie książek jednej autorki, muszę skończyć jej ostatnią książkę najpierw. Być może najpierw pojawi się wpis o filmach, ale wątpię, bo przestałam robić piątki filmowe właśnie z powodu tego, że przestałam być wielką fanką filmów i nie miałam Wam ani czego polecać ani co odradzać. Jeśli jesteście ciekawe jakie tym razem seriale dla Was przygotowałam to zapraszam dalej. 


1. Sleepy Hollow to opowieść o porucznik Abby Mills i jej partnerze, który budzi się po ponad dwustu latach, a razem z nim budzą się także złe siły takie jak jeździec bez głowy. Abby i Ichabod to biblijni świadkowie, którzy razem walczą z nadprzyrodzonymi siłami. Pojawiają się także inni bohaterowie, którzy albo próbują im pomóc albo przeszkodzić. Obserwowanie brytyjskiego historyka w roli amerykańskiego żołnierza, który znalazł się w zupełnie odmiennych dla swoich czasach bywa naprawdę zabawne, ale przede wszystkim jest to serial, który wciąga, szybko bohaterowie zyskują naszą sympatię. Obecnie wychodzą odcinki czwartego sezonu, jest problem z pierwszymi odcinkami, ale polecam Wam zobaczyć na video.anyfiles.pl te pierwsze, a czwarty sezon dostępny jest już łatwiej.


2. The 100 czyli serial, którego wyszedł czwarty sezon. Nie jestem pewna kiedy zaczęłam go oglądać, rok albo dwa lata temu. Dobry serial, którego akcja rozgrywa się na ziemi, gdzie promieniowanie zabiło ludzi. Statek kosmiczny wysyła 100 młodych osób, które popełniły jakieś przestępstwo by zbadałby czy ziemia jest zdatna do życia. Są przekonani, że poza nimi nikt na Ziemi nie przeżył, nic bardziej mylnego. Czwarty sezon zapowiad się naprawdę dobrze, jedyny sezon, który ciągnął się według mnie to drugi, trzeci był dużo lepszy dzięki pojawieniu się pewnej bohaterki. Jeśli nie znacie tego serialu to serdecznie Wam polecam, tym bardziej że sezon ma zwykle 16 odcinków.

3. The Crown czyli serial o królowej Elżbiecie, o jej życiu, o tym co się działo w Londynie i na świecie od połowy XX wieku. Bardzo dobrze zrobiony serial, momentami trochę się dłuży, ale jest ciekawy. Nigdy nie interesowałam się historią rodziny królewskiej i o wielu rzeczach, które się wydarzyły nie miałam pojęcia. Jeśli interesują Was takie tematy albo po prostu chcecie zobaczyć dobry serial to polecam serdecznie. 


4. Kochane kłopoty to serial, który oglądałam dopiero teraz. Jakoś nigdy wcześniej mnie szczególnie nie zainteresował, bardziej słyszałam o Przyjaciołach czy innych tego typu serialach, ale jeśli macie ochotę na serial, który jest lekki i przyjemny to ten będzie w sam raz. Chociaż przyznam, że córka w college'u zaczyna mnie denerwować swoim zachowaniem, zdecydowanie większą sympatią darzę starszą Lorelai i Luck'a. 

5. Star, czyli całkiem nowy serial, który pojawił się w jesiennej ramówce. Opowiada o dziewczynach, które chcą zostać piosenkarkami, dwie bohaterki przebywają w rodzinach zastępczych, starsza siostra czyli tytułowa Star postanawia wyciągnąć siostrę z jej rodziny, która okazała się być dla młodszej Simone koszmarem. Ostatnia z trio to Aleksandra, córka piosenkarza, które chce wypromować się pod własnym nazwiskiem bez ingerencji ojca, dodatkowo pisze teksty ich piosenek. Dziewczyny przenoszą się do Atlanty, gdzie sprawuje nad nimi opiekę przyjaciółka zmarłej mamy sióstr. Tam też dziewczyny postanawiają się wypromować, w czym pomaga im były manager ich mamy, w zasadzie ćpun Jahil. W tym serialu jest poruszone wiele wątków - rodzina, przyjaźń, trudne sytuacje, rasizm, Polecam zobaczyć chociaż jeden odcinek.

A co Wy teraz oglądacie? A może czytacie coś ciekawego? Wolicie filmy czy seriale? Piszcie koniecznie :)

Udanego weekendu i buziaki! :* 

środa, 8 marca 2017

Denko 1 #2017

Dzień dobry! :)
Dzisiaj w końcu czas na denko, bo ostatnio dawno je publikowałam. Nie miałam za dużo zużytych produktów, ale też czasu niewiele, bo odcięłam się trochę od bloga, jedynie gdzie udzielałam się sporadycznie to instagram, którego postaram się w końcu 'przypiąć' do bloga, na razie zostawiam Wam link (klik). Zapraszam Was tam serdecznie :). Jeśli jesteście ciekawe co ostatnio udało mi się zużyć to zapraszam dalej.

Z okazji Dnia Kobiet chciałam Wam życzyć dużo zdrowia, szczęścia i spełnienia marzeń, żebyście zawsze były piękne i promiennie uśmiechnięte! :*



Nie pamiętam kiedy ostatni raz zużyłam taką ilość produktów do włosów. Pierwszymi są szampon i odżywka z John'a Friedy. Szampon bardzo lubiłam i moje włosy także, było to moje drugie opakowanie. Za to odżywka to porażka, według mnie kompletnie nic nie robiła z włosami, zużyłam ją do depilacji i do pędzli. Raczej już nie wrócę do tych produktów. Kolejną odżywką do włosów, tym razem już bardziej udaną jest Organic Shop Grape&Honey, była to dobra odżywka do stosowania na co dzień, ładnie pachniała, ale nie było to nic co zwaliłoby mnie z nóg nawilżeniem czy odżywieniem. Ostatni produkt to chwalony szampon do włosów YR naprawczy, niestety moje włosy są wybredne i okazał się być kompletną klapą. Zużyłam go do mycia pędzli. U mnie naprawdę coś musi się kompletnie do niczego nie nadawać, żebym to wyrzuciła. 


Krem do rąk z L'Occitane to jeden z moich ulubieńców, naprawdę bardzo dobry krem, niestety bardzo drogi, ale czasem można sobie pozwolić na odrobinę luksusu, pięknie nawilża dłonie i nie zostawia na nich tłustego filmu. Być może jeszcze do niego wrócę, znacie jakiś dobry krem do rąk? Kolejnym produktem jest cukrowa pianka do ciała z Organique, bardzo lubię ten produkt i co jakiś czas zdarza mi się do niego wracać, nie wykluczam, że znowu się to stanie. Ostatnim produktem do ciała jest peeling Hagi Cometics, o którym pisałam tutaj. Chociaż wolę wersję cukrową, to nie wykluczam, że wrócę i do tej. 


Płyn do demakijażu Secret Key według mnie kompletnie nie nadawał się do demakijażu oczu, czułam że alkohol przebija przez zapach produktu, dodatkowo większość mi się wylała, bo butelka mi pękła, a produkt kosztuje ok 50 zł. Nie pytajcie, gdzie miałam mózg kupując go, naprawdę. Woda lawendowa Avebio to bardzo miłe zaskoczenie, faktycznie pięknie pachniała lawendą, koiła skórę i odprężała, nie wykluczam, że jeszcze do niej wrócę. Mam teraz hydrolat z lawendy i śmierdzi okrutnie. Woda termalna Uriage to bardzo częsty gość denka, ulubieniec wielu lat i na pewno jeszcze nie raz po nią sięgnę. Mgiełka z witaminą C z TBS była bardzo przyjemnym produktem, trochę dziwnie pachniała, ale dawała uczucie odświeżenie i miała dość dobry dozownik, który nie 'pluł' produktem. 


Wszystkie produkty na zdjęciu były przyjemne, zużyłam je będąc na wyjazdach, podejrzewam, że mam gdzieś je jeszcze w mniejszej wersji, ale z tych wszystkich produktów pełnowymiarowy kupiłabym tylko krem, bo żel pod prysznic poza przyjemnym zapachem niczym się nie wyróżniał, a jeśli chodzi o olejek myjący do twarzy to znam lepsze produkty. 


Pierwszym produktem jest eyeliner Golden Rose, którego nie zużyłam do końca, ponieważ się rozmazywał i miał bardzo długi aplikator co dla mnie akurat jest utrudnieniem, zdecydowanie bardziej wolę eyeliner w pisaku, ewentualnie żelowy. Kolejnym produktem jest maskara do brwi Inglot, o której pisałam tutaj. Zużyłam ją do końca, podobał mi się efekt przy malowaniu brwi cieniem, ale wątpię, że kupię ją ponownie, ponieważ znalazłam produkt, który lubię zdecydowanie bardziej. Maskara Avon Color Trend Boost It! w ogóle się u mnie nie sprawdziła, szczoteczka drapała mnie w oko, a tusz się sypał. Ostatnim produktem z kolorówki jest tusz do rzęs L'Oreal FLW Sculpt, którego za bardzo nie lubię, jak dla mnie zbyt mocno skleja rzęsy, ale jeśli macie rzęsy gęste to będzie dawał spektakularny efekt. 


Czas na garść maseczek. Płatki pod oczy Exclusive jak dla mnie w ogóle nie działają, jedynie wyjęte z lodówki dają przyjemne uczucie chłodzenia.  Z maseczek w płacie praktycznie wszystkich jestem bardzo zadowolona, jedynie ta z Klairs, tutaj liczyłam na bardzo duże nawilżenie, a tymczasem czułam się po niej jakbym w ogóle nie użyła nic. Maseczki Mizon są naprawdę rewelacyjne i polecam Wam je serdecznie, tak samo jak maskę aloesową Skinfood, miałam ich 3 i naprawdę są rewelacyjne, świetnie koją i nawilżają. 


Zostały dwa pudry, które wyrzucam, bo  mam je tak długo i ich nie używam, bo Sexy Mama z theBalm w ogóle się u mnie nie sprawdziła, wygląda sucho na skórze i matuje na krótko, miała być transparentna, a ma delikatny kolor. Bardziej mi szkoda Clinique Redness Solution, który był naprawdę rewelacyjny, bo dzięki swojemu żółtymi kolorowi idealnie neutralizował różowy podkład, no i ładnie zakrywał zaczerwienienia, niestety mam go tak długo, że już pora się z nim rozstać. 

I to już wszystkie produkty jakie zużyłam bądź nie. Znacie te produkty? Lubicie? Nie lubicie?
Piszcie koniecznie, 
buziaki! :*

poniedziałek, 6 marca 2017

Ulubieńcy stycznia i lutego #2017

Chociaż uważam, że bardziej powinnam ich nazwać ulubieńcami zimy. Mam tutaj tylko kolorówkę, nic z pielęgnacji, a to dlatego, że dopiero po fakcie przypomniałam sobie o moich ulubieńcach, teraz wiem, że muszę ich zapisywać na bieżąco. Nic straconego, pojawią się na pewno w kolejnych. Tymczasem zapraszam Was na garstkę produktów, po które sięgałam z przyjemnością w ostatnich dwóch miesiącach, może dłużej może krócej. 


Na pierwszy rzut idzie podstawa makijażu. Jako bazę bardzo lubiłam używać UD Brightening& Tightening Primer. Ładnie wygładza skórę i dobrze nakłada się na nią makijaż, nie jest to silikonowa baza, przynajmniej nie jest tak śliska. Jeszcze napiszę Wam o niej więcej. Kolejnym produktem jest nowy podkład Rimmel Fresher Skin, o którym też napiszę Wam więcej, sięgałam po niego bardzo często na co dzień, jeszcze do końca nie wiem czy go lubię, ale na pewno jest to przyjemny produkt, będzie bardzo fajny na lato. Jeszcze jeden podkład to UD Naked Skin, który kupiłam na potrzeby sesji zdjęciowej i muszę Wam powiedzieć, że bardzo mnie zaskoczył tym jak wygląda na skórze i swoją trwałością. Ostatnim produktem jest korektor UD Naked Skin w najjaśniejszym odcieniu i powiem Wam, że to jest dopiero jasny korektor, ale na tyle go polubiłam, że zastanawiam się nad zakupem ciemniejszego koloru. 


Tak często sięgam po rozświetlacz MySecret Princess Dream (klik), że to chyba przestało mieć sens umieszczać go w ulubieńcach, jak na razie jest to według mnie i nie tylko mnie najlepszy drogeryjny rozświetlacz, po prostu genialny! Kolejnym produktem, który uwielbiam jest bronzer Inglot nr 502, ponieważ ma bardzo ładny, lekko ciepły kolor, przez co idealnie nadawał się do dodania koloru skórze. Uwielbiam i naprawdę często po niego sięgam, zresztą nie pierwszy raz znajduje się w ulubieńcach, a mu kupiłam dodatkową kasetkę, żeby mógł ze mną podróżować. Kolejny raz możecie też zobaczyć mój ulubiony pigment nr 14 z Inglota, no nie mogę się bez niego obyć, bardzo często po niego sięgam przy każdym makijażu czy dziennym czy wieczorowym. Kolejnym produktem, już ostatnim z Inglota jest baza pod cienie, która bije na głowę wszystkie inne, nawet te wysokopółkowe (klik). Najlepsza, jeśli jeszcze jej nie znacie to sprawdźcie koniecznie. Ostatnim produktem do oczu jest czarna kredka SuperShock Avon, dawno nie spotkałam produktu, który by mnie tak zaskoczył, rewelacyjna jakość w dobrej cenie, jak na razie jest to najlepsza czarna kredka z jaką się spotkałam, która ma nasycony kolor i bardzo dobrze się rozciera, jest też dobrą bazą pod smoky eye. Sprawdzicie sobie ją koniecznie. 


Mam Wam do pokazania jeszcze moje dwie ulubione pomadki, po której sięgałam zdecydowanie najczęściej. Pierwsza to pomadka theBalm MMH odcień Sincere (klik). Idealny kolor do noszenia na co dzień, długo się utrzymuje, pasuje do każdego makijażu i na każdą okazję, podobnie jak druga pomadka, po którą sięgałam chyba jeszcze częściej ze względu na formułę. Pisałam o niej w poprzednim poście (klik), a mowa o pomadce MAC Creme in Your Coffee w wykończeniu cremesheen, bardzo serdecznie Wam polecam, piękny kolor i bardzo przyjemnie się ją nosi.



A jacy są Wasi ulubieńcy? Przeważa kolorówka czy pielęgnacja? Polećcie swoje ulubione produkty, chętnie je sobie sprawdzę.
Buziaki! :*

niedziela, 5 marca 2017

MAC Cremesheen Lipstick | Creme in Your Coffee |

Witajcie!
Nowy semestr się już zaczął, a ja dalej nie mogę się przyzwyczaić, że trzeba chodzić na uczelnię. Co prawda narzekać nie mogę, bo nie muszę wstawać o jakiś strasznych godzinach, ale z drugiej strony siedzenie popołudniami też nie jest fajne, a ja tak praktycznie codziennie. Już nie narzekam, bo pogoda dopisuje, może niekoniecznie dzisiaj, ale już czuć wiosnę w powietrzu. Dzisiaj o pomadce, która gościła na moich ustach bardzo często. Jeśli jesteście ciekawe co o niej myślę to zapraszam dalej.


Produkty MAC kusiły mnie od mojego początku na blogosferze, jednak nie mogłam sobie wtedy na nie pozwolić i też nie miałam takiego parcia, później to już była zwykła ciekawość co w nich jest takiego, że wszyscy się zachwycają. Na pewno nie można in odmówić ładnego i bardzo prostego designu co bardzo do mnie trafia. Jeśli chodzi o słynny zapach pomadek to potwierdzam w 100%, na pewno częściej się dzięki temu z nich korzysta, bo mam wrażenie, że jest lekko uzależniający. 


Kolor, który wybrałam jest jednym z bardziej popularnych teraz i w zasadzie zawsze (cieszy mnie, że moda na szarość praktycznie się skończyła), czyli nude z mocną domieszką różu i odrobiną brązu, idealny na co dzień, ale też do mocnego smoky eyes. Chciałam wybrać nazwę, której nie widziałam jeszcze nigdzie, a może po prostu mi umknęła, chciałam, żeby to nie był jeden z hiper popularnych kolorów i padło na wykończenie cremesheen Creme in Your Coffee. Dla mnie jest to tak zwany kolor moich ust, tylko lepszy i przyznam, że używam jej bardzo często, zwłaszcza kiedy nie wiem jaki kolor na usta nałożyć. 


Jest to pomadka, którą nosi się bardzo komfortowo na ustach, nie zauważyłam, żeby wysuszała. Kiedy się zje jest po prostu takie uczucie jak po braku czegokolwiek na ustach. Niestety nie jest to zbyt trwały, oczywiście nie jest to formuła zastygająca, a z tych, które wygładzają nasze usta i powodują, że wyglądają na soczyste. Utrzymuje się ok. 2-3 godziny, a czasem mniej, zależy czy jecie czy pijecie i ile mówicie, ale jest to kolor na tyle uniwersalny, że nie ma problemu z żadnymi poprawkami, bo nie zrobi Wam też z ust rodzynki, czego żadna z nas nie lubi. Niestety jest to produkt drogi, kupiłam ją kiedy była promocja o dziwo na wszystko w Douglasie i zapłaciłam za nią o 20% mniej. Regularna cena to 86 zł. Akurat ta formuła jest raczej standardowo wydajną, bez szału, ale też nie, że starczy tylko na miesiąc. 



Przez przypadek znalazłam tańszy odpowiednik. Uroki zamawiania przez katalogi są takie, że czasem zapomni się co się zamawiało albo że taki kolor już się ma i kupuje dalej stacjonarnie. Więc kiedyś zamawiając coś z Avon'u skusiłam się na pomadkę Extralasting o nazwie Totally Twig. Jest to pomadka kolorem praktycznie identyczna, a kosztuje jakieś 6 razy mniej. Wykończenie jest trochę inne, jest zdecydowanie bardziej błyszcząca no i ma trochę mniejsze krycie.



Moim zdaniem są bardzo podobne chociaż przyznam szczerze, że częściej sięgam po pomadkę MAC, nie wiem dlaczego, bo tamta jest też przyjemna. Jakoś mam do niej zaufanie i sentyment, kiedy się skończy jestem prawie pewna, że sięgnę po nią ponownie.

I jak Wam się podoba? Jaka jest Wasze niezawodna pomadka niekoniecznie płynna? Znacie pomadki MAC? Jakie są Wasze ulubione?
Piszcie koniecznie,
buziaki! :*