poniedziałek, 31 października 2016

L'Oreal Volume Milion Lashes Fatale

Witajcie! :)
Jak Wam minął weekend? Mnie raczej leniwie i niezdrowo. W ogóle czuję się jakaś niezdrowa ostatnio. Nie dość, że jestem przeziębiona to sama sobie szkodzę źle się odżywiając, ale niestety każdy ma swoje słabości, a mi czasem po prostu zdrowe jedzenie nie smakuje. Dodatkowo często jestem w pośpiechu, no i zamknęli moją siłownię i teraz czekam aż może ją otworzą z powrotem, tylko pojęcia nie mam kiedy. 

Każda z nas marzy o pięknym wachlarzu rzęs, a ja niestety zostałam obdarzona raczej krótkimi i prostymi rzęsami, Od niedawna zaczęłam używać odżywkę do rzęs a także zalotkę, więc większość maskar wygląda lepiej i daje lepszy efekt, ale ta mnie wyjątkowo oczarowała, a ciężko mi w tym temacie dogodzić. Jeśli jesteście ciekawe za co ją polubiłam to zapraszam dalej. 


OD PRODUCENTA:

Maskara Volume Million Lashes Fatale dzięki wyjątkowej dwurzędowej szczoteczce Millionizer daje natychmiastowy efekt objętości jednocześnie zapewniając idealne rozdzielenie rzęs. Szczoteczka została zaprojektowana tak, by docierać do każdej rzęsy i umożliwić pokrycie całej jej powierzchni za jednym pociągnięciem. Daje możliwość nadbudowania objętości warstwa po warstwie dla uzyskania jeszcze bardziej uwodzicielskiego efektu. Zapewnia optymalna dozę tuszu bez nadmiaru, bez grudek.


Pierwsze co mnie w tej maskarze zauroczyło to opakowanie. Piękne, błyszczące w kolorze różu i fioletu, bardzo kobiece. Chociaż sama za różem nie przepadam i możecie go zobaczyć jedynie na moich ustach albo paznokciach to to opakowanie bardzo mi się podoba. 

Bardzo podoba mi się ta szczoteczka, chociaż jest trochę dziwna, bo ułożona jest w zygzaki, Ma tylko jedną wadę, trochę drapie powiekę. Nie tak jak np. Maybelline The Rocket Volume, ale jednak. Maskara na początku używania nie jest super mokra, więc można spokojnie aplikować ją na rzęsy. 


Przed nałożeniem tuszu użyłam zalotki, ale to co mi się bardzo w nim podoba to to jaką objętość nadaje rzęsom. Tutaj jest jedna warstwa, ale przy dwóch to już naprawdę jest rewelacyjny efekt. Delikatnie je podkręca, ale jeśli oczekujecie wydłużenia to zdecydowanie to nie jest maskara dla Was. Przepięknie rozdziela rzęsy i po całym dniu wygląda tak jak rano zaraz po nałożeniu. Uwielbiam ją w ogóle za trwałość, nie kruszy się, nie odbija, nie zostawia grudek na rzęsach. Jest delikatnie problematyczna w zmyciu micelem (trzeba trochę dłużej przytrzymać wacik), ale osobiście używam olejków i po kłopocie. Chociaż na zdjęciach może tego nie widać, ale naprawdę podoba mi się efekt jaki daje. 

Jedyne co mnie martwi to fakt, że może szybko wyschnąć, a wiem, że na pewno nikt jej nie otwierał przede mną, bo w Hebe, gdzie ją kupiłam była zabezpieczona tasiemką. Jak ją zużyję i trafię na kolejną promocję to chętnie do niej wrócę, bo cena regularna tuszy L'Oreal to przegięcie. 




Bardzo podoba mi się nowy tusz z rodziny VML. Miałam kiedyś So Couture i uważam, że ta jest lepsza. Jakoś niczym szczególnym nie przypadła mi do gustu fioletowa wersja. 

Co sądzicie? Miałyście już tę maskarę? Jakie polecacie? Jakich mam unikać? Piszcie koniecznie :)
Buziaki! :*

czwartek, 27 października 2016

Kosmetyczna chciejlista

Dzień dobry! :) 
Czas w końcu na wishlistę. Wyszła ona praktycznie cała kosmetyczna, poza jedną rzeczą, miała być też ubraniowa, ale nim zdążyłam ją zrobić to kupiłam kilka potrzebnych rzeczy i już nie mam zachciewajek. Jeśli jesteście ciekawe co marzy mi się w tym sezonie to zapraszam dalej :)



1. Estee Lauder Double Wear Light - według mnie jeden z lepszych podkładów jakie miałam i chętnie do niego wrócę, bo jest niezwykle trwały a czegoś takiego teraz potrzebuję. 

2. Nars róż Madly - nie, jakoś nie jara mnie popularny róż o nazwie Orgazm czy Deep Trought, które są bardziej różowe i świecące. Mnie ciągnie to takiego zwyklaczka jakim jest Madly. Mam nadzieję, że za jakiś czas wpadnie w moje ręce. 

3. Marc Jacobs Genius Gel - podkład, których chodzi za mną jakiś rok, ale jego cena skutecznie zniechęca mnie do wypróbowania, może jednak tym razem uda mi się spełnić moją zachciewajkę

4. Nars Radience Creamy Concealer - najpopularniejszy korektor na Youtube i w blogosferze, chyba nikogo nie dziwi ta zachciewajka.

5. YSL Black Opium - bardzo podobają mi się te perfumy, ale jeszcze nie jestem pewna, która wersja bardziej. Jak tylko uszczupli mi się skład perfum to chętnie je wypróbuję. 

6. Pędzle Nanshy - koniecznie potrzebuję jakiś nowych pędzli, a że jestem osobą, która jakoś szczególnie nie lubi bawić się z naturalnym włosiem to te wydają się być dobrym rozwiązaniem. Zapomniałam umieścić tutaj Z Palette, którą na pewno kupię.

7. Too Faced Hangover Primer - czyli baza z dodatkiem wody kokosowej. Mam bazę z Marc Jacobs, ale mam ochotę na coś nowego, zwłaszcza, że ta jest trochę tańsza. Jestem ciekawa jak się sprawuje. 

8. Streamcream krem parowy - bardzo jestem go ciekawa, słyszałam wiele pozytywnych opinii, jak tylko uszczuplę trochę produkty do twarzy w swojej łazience to chętnie go wypróbuję, bo swego czasu bardzo dużo się na jego temat mówiło, do tego te piękne opakowania. 

9. Dr G Pore Mask peeling do twarzy - słyszałam o nim bardzo dobre opinie i tak mnie zaciekawił. Zresztą koreańska pielęgnacja bardzo do mnie przemawia, natomiast niektóre produkty wydają mi się zbędne i chyba jednak wolę poszukać czegoś stacjonarnie. 

10. The Body Shop Superfood Mask - te maseczki zainteresowały mnie jak tylko wyszły. Czekam teraz tylko na promocję, żeby je kupić. Interesują mnie zwłaszcza oczyszczająca i rozświetlająca. Skusiłabym się też na odżywiającą, ale nie jest to potrzeba pierwszego rzędu. 

11. Skin79 Waterproof Sun Gel SPF50+ - zaciekawił mnie bardzo w związku z konsystencją żelu. Niektóre filtry ciężko rozprowadzają się na skórze i ciężko zrobić potem makijaż, dlatego właśnie ten jakoś tak mnie zainteresował.

12. Benefit thePorefessional - baza zmniejszająca pory, którą właśnie skończyłam i chętnie do niej wrócę, ale kupię mniejsze opakowanie. Ewentualnie kupię inną, nie jest mówione, że akurat po nią sięgnę.

13, LASplash pomadki matowe - chociaż na razie mam swojego ulubieńca jeśli chodzi o matowe pomadki, to chętnie wypróbuję coś nowego. Te pomadki nie tak dawno weszło do Polski a słyszałam o nich bardzo dobre opinie, więc koniecznie jakąś spróbuję.

14. Nars Audacious Lipstick - słyszałam bardzo dużo pozytywnych opinii na temat tych pomadek, chętnie spróbuję jakiś wersji nude na pierwszy ogień, jeśli się sprawdzą to kto wie, może skuszę się na więcej kolorów.

15. Yankee Candle Forbidden Apple - czyli jeden z nowych zapachów, który urzekł mnie przede wszystkim szatą graficzną, bo jeszcze nie miałam okazji go  powąchać, ale koniecznie muszę to sprawdzić. 


I to już wszystkie zachciewajki. Wiem, że praktycznie wszystkie to produkty drogie, ale stwierdziłam, że tych tanich nie ma co umieszczać, bo po pierwsze i tak bym je prędzej czy później kupiła, a po drugie nic takiego nie przyszło mi do głowy. 
A jakie są Wasze zachciewajki? Piszcie koniecznie :) 
Buziaki!:*

czwartek, 13 października 2016

Jak nie przespać jesieni? Moje plany.

Witajcie! :)
Mam nadzieję, że jesień jest dla Was bardziej produktywną porą roku niż dla mnie. Dla mnie są to tylko studia, czasem praca, ale głównie czuję się jakbym nic nie robiła, w tym czasie najbardziej zaniedbuję bloga, ale mam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej. Dlatego zaplanowałam sobie co w tym okresie zamierzam robić, bo znając mnie jeśli sobie czegoś nie postanowię to nie zacznę. A jak napiszę to publicznie to może będę miała większą motywację. Więc jeśli chcecie dowiedzieć się co planuję robić w okresie jesiennym, żeby nie dać się tej męczącej pogodzie to zapraszam dalej :)



1. Odpowiednie nastawienie.

Myślę, że to jedna z podstaw jeśli chodzi o udany dzień. Przede wszystkim zaraz po przebudzeniu dobrze jest nie myśleć o wszystkim co złe - że jest ciemno, że brzydko, że pada, że musicie iść na uczelnię czy do pracy. Myśli skierowałabym w stronę, która sprawia Wam przyjemność. Dla mnie przyjemnością, nie tylko jesienią jest malowanie się przy kawie z YouTube w tle.

Polecam też rano włączyć sobie ulubioną muzykę lub taką, która pobudzi Was rano i doda energii. Sama od siebie polecam skorzystać ze Spotify, bo moim zdaniem to najlepszy program/aplikacja do odtwarzania muzyki. Poza tym to ile tam jest utworów, składanek do wyboru. Każda z nas znajdzie coś dla siebie.

Kolejną rzeczą są świeczki. Która z nas nie lubi kiedy w domu pięknie pachnie? Sama uwielbiam, niestety potłukłam kominek, więc zaopatrzyłam się w świecę. Dla mnie to czysta przyjemność, kiedyś jestem w domu i dookoła pięknie pachnie.


2. Znalezienie/ powrót do hobby. 

To jest coś co zawsze chcę robić jesienią, ale zwykle po prostu czuję się zbyt zmęczona. Źle na mnie działa brak słońca. Jednak w tym roku postanowiłam, że nie ma wymówek.

Pierwszą rzeczą jaką zamierzam robić to bardziej pobawić się zdobieniem paznokci i nauczyć się je przedłużać. Po prostu jestem ciekawa jak mi to wyjdzie. Trochę zamierzam zainwestować w to czasu i pieniędzy. Mam nadzieję, że moje zdolności plastyczne mnie nie ograniczą.

Drugą rzeczą jest fotografia. W zasadzie cały czas pracuję nad tym, żeby zdjęcia były jak najlepsze. Mam w planach kupić wyższy statyw, a także jakiś pilot do robienia zdjęć. Przydadzą się także rzeczy, które ładnie wychodzą na fotografiach.

A trzecią makijaż, który jest dla mnie rozrywką i chociaż chciałabym malować zawodowo na pewno nie traktuję go w ten sposób, co nie zmienia faktu, że chcę go doskonalić, nie musi być moją pracą, żebym była w nim naprawdę dobra :)


3. Sport to zdrowie.

Wróciłam na siłownię i jestem z tego niezmiernie zadowolona. Czuję się trochę lepiej, mam lepszy humor, trochę więcej energii. Dodatkowo jesień to czas gdzie więcej siedzimy w domu, mniej wychodzimy, spacerujemy, bo jest po prostu zimno, więc to dobry czas, żeby zapisać się na siłownię, taniec, sztuki walki a może coś jeszcze innego.

Dodatkowo chciałam Wam polecić najwygodniejsze buty w jakich przyszło mi ćwiczyć, mianowicie New Balace 711.


4. Trochę kultury - książka, serial, film, a może teatr?

Książka to zawsze dobry wybór, zwłaszcza, że kiedy zastanawiacie się co ze sobą zrobić, można coś przeczytać i nie będziecie uważały swojego czasu za stracony. Poza tym czytanie wzbogaca słownictwo, pobudza wyobraźnię i zabiera Was chociaż na chwilę do innego świata.
Jeśli jesteście przeciwniczkami czytania to zawsze dobrze wybrać serial, tym bardziej, że jesienią wracają seriale albo pojawiają się całkiem nowe. Sama wolę seriale niż filmy, dlatego tak rzadko pojawia się nowy przegląd, bo po prostu lubię mieć kilka odcinków do obejrzenia w zanadrzu.
A może jednak teatr? Jeśli kojarzy on Wam się z dużymi wydatkami to gwarantuję Wam, że jeśli mieszkacie w większym mieście to znajdziecie teatry gdzie pójdziecie za darmo albo za pół darmo. Sama korzystam z takich opcji i Wam polecam.


Te okulary to tylko tak, żeby wyglądać mądrzej :D


5. Języki obce, a może język polski?

U mnie nie ma z tym problemu, ponieważ studiuję hiszpański i siłą rzeczy mam z nim do czynienia codziennie praktycznie na każdym kroku. Jeśli się nie uczę, słucham muzyki, jeśli nie słucham muzyki to piszę z kimś w ramach language exchange. Jest wiele sposobów, żeby ćwiczyć. Może zapomniałyście angielskiego i chcecie sobie przypomnieć? To jest bardzo dobry czas.
Tak samo jak przypomnienie sobie języka polskiego, nie mówię tu o gramatyce. Nie jestem perfekcyjna jeśli chodzi o mówienie, ale czasem kiedy słyszę jak niektórzy się wypowiadają to mnie krew zalewa. Mamy piękny język i dbajmy o niego - czytanie książek z pewnością pomaga.


6. Cozy evening.

Ciepły koc, gorąca czekolada i książka/serial/ukochana osoba (niepotrzebne skreślić). Można tak spędzać wieczory. A może jednak wieczorne SPA? To jest opcja, którą wybieram bardzo często, tym bardziej, że moja skóra ostatnio niesamowicie świruje i sprawia mi mnóstwo problemów. Poza tym chwila dla siebie zawsze wprawia w lepsze samopoczucie.



I to już wszystko co chciałam Wam dzisiaj napisać. A jakie są Wasze plany na jesień? Może macie coś zupełnie innego do zrobienia? A może podobnie? Piszcie koniecznie :)
Buziaki! :*

wtorek, 11 października 2016

theBalm Meet Matt(e) Hughes Long - Lasting Liquid Lipstick

Która z nas jeszcze nie próbowała matowych pomadek? Myślę, że jest to mniejszość. U wielu mogły się nie sprawdzić tak jak i u mnie. Moje usta są bardzo wymagające i ciężko je zadowolić. Bardzo łatwo się wysuszają i jest niewiele matowych pomadek, które się u mnie sprawdzają. Kiedy theBalm wypuściło swoje płynne pomadki byłam pewna, że chcę je wypróbować. Czy się u mnie sprawdziły? Zapraszam dalej,


Pomadki theBalm zamknięte jak zwykle w bardzo ładny kartonik utrzymany w stylistyce retro. Na samym opakowaniu ten sam nadruk. Mnie się bardzo podoba, zresztą jak wszystkie opakowania theBalm. 


Dostępnych jest 12 kolorów i myślę, że w tym przekroju każda z Was znajdzie coś dla siebie. Kosztują ok. 60 zł za 7,4 ml. Na różnych stronach znajdziecie je w różnych cenach, jak na razie najtaniej widziałam je na mintishop.pl za 53,90.



Zaczęło się od jednego koloru, mianowicie Sincere. Wydawał mi się taki najbardziej optymalny do testowania i najbardziej nadający się do noszenia na co dzień.

Mają bardzo przyjemną formułę, nie jest ona wodnista jak w przypadku pomadek płynnych z Golden Rose, powiedziałabym, że jest taka kremowo - musowa, ciężko jest ją opisać. Łatwo się je aplikuje, ale przy ciemniejszych kolorach polecam ostrożność i użycie konturówki, bo można sobie zrobić nimi krzywdę, a jak zastygną albo się rozmażą to ciężko będzie je ściągnąć. Według mnie pachną czekoladkami After Eight i zaraz po nałożeniu czuć przez chwilę delikatne mrowienie. Nie jest to nic inwazyjnego jak w przypadku powiększających błyszczyków, jest to bardzo przyjemne. Nie skleja ust, nie musicie się o to martwić, poza tym nie zostawiają śladu na szklankach i innych miejscach. 

Co do trwałości to mnie ona zachwyca. Możecie pić, dużo gadać i możecie być spokojne, bo nic Wam nie zejdzie z ust. Nawet od biedy rosół całkiem dobrze przeżyje, wiem, bo testowałam je na weselach, jednak przy ciemniejszych kolorach radziłabym z tym uważać i na wszelki wypadek sprawdzić. Te pomadki na moich ustach utrzymują się ok. 6 godzin a czasem dłużej, to jest taki standard. Nie ma co oszukiwać, wysuszają trochę usta, ale przez swoją trwałość na moich ustach jestem w stanie znieść to. Tym bardziej, że dyskomfort pojawia się dopiero po jakimś czasie. Mam bardzo wymagające usta, więc jeśli nie macie problemu z przesuszającymi się ustami to bardzo Wam je polecam. Dla tych z suchymi ustami zalecam porządne przygotowanie ust na te pomadki i wtedy zapewniam, że będą bardzo ładnie wyglądać, dobrze się trzymać i nie zrobią maskary z Waszych ust. Nie używam ich na co dzień, raczej na jakieś wyjścia albo jak wiem, że chcę, żeby moje usta długo dobrze wyglądały. Zwykle preferuje bardziej nawilżające formuły.  


Sincere - czyli mój zdecydowany ulubieniec jeśli chodzi o kolor, ponieważ jest bardzo przybliżony do koloru moich ust, tylko lepszy. Dla mnie to jest idealny kolor na co dzień. Jest pomieszanym różem z beżem, ale ma w sobie zdecydowanie więcej różu, trochę taki przybrudzony, czyli jeden z najmodniejszych w tym sezonie.



Trustworthy - bardzo ładny brąz, nie za zimny nie za ciepły, chociaż jednak w stronę ciepłego. Myślę, że sprawdzi się u osób z jasną karnacją jak i ciemniejszą. Bardzo ładnie wygląda właśnie przy ciemniejszych włosach, przy jasnych może być trochę za ciemny, ale wcale nie mówione. Kolejny kolor, który często wybieram.



Devoted - to klasyczna czerwień. Na zdjęciach wyszła bardziej malinowa, ale według mnie jest to czysta czerwień bez żadnej domieszki. Mam jednak wrażenie, że ta formuła nie jest tak dobra jak pozostałe. Jest to kolor z tych tej pierwszej wypuszczonej serii i mam wrażenie, że jest bardziej prześwitująca i trzeba jej więcej nałożyć. Wydaje mi się, że jest też trochę mniej trwała, bo zostawia po sobie ślady czasami. Nie mniej kolor jest piękny i długo czegoś takiego szukałam.



Dedicated - kolor iść jesienny, trochę jagodowy, trochę winny, po prostu przepiękny. Jemu co do konsystencji nie mam nic do zarzucenia. Będzie często gościł na moich ustach tej jesieni, tego jestem pewna.




Znacie te pomadki? Jakie Waszym zdaniem są najlepsze płynne pomadki? Polecacie coś? Co powiecie o tych? W którym Waszym zdaniem wyglądam najlepiej? :)

Buziaki! :*

piątek, 7 października 2016

GLAM SHADOWS cz. 1

Dzień dobry! :)
Jak Wam weekend minął? Kiedy czytacie ten post pewnie właśnie wracam z Krakowa do Szczecina. Stwierdziłam, że pojadę, a co. Nigdzie w te wakacje nie byłam, więc to taka ostatnia szansa. Dzisiaj mam dla Was pierwsze wrażenie cieni GLAM SHADOWS, a także swatche. Jeśli jesteście ciekawe co i jak to zapraszam dalej.


Postanowiłam także zamówić paletę magnetyczną GlamBOX, ponieważ nie miałabym gdzie trzymać cieni. Paleta Inglota jest trochę mała na wszystkie cienie, tym bardziej, że domówiłam nowe.






Na początku zamówiłam 11 kolorów. Duża część była wykupiona, więc wybierałam te, które nie są. Jeden cień kosztuje 12 zł. Myślę, że nie jest to wygórowana cena. Tym bardziej, że jest bardzo dużo unikatowych kolorów, które trudno jest znaleźć nawet w Inglocie, gdzie wybór cieni jest gigantyczny. 
Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak maty się rozcierają. Nie są napigmentowane ani za słabo ani za mocno. Idealnie przenikają w siebie i bardzo łatwo się rozcierają. Ciężko zrobić sobie nimi krzywdę. Bardzo często po nie sięgam przy codziennym makijażu i nie tylko. Niektóre z nich są już całkiem mocno przeze mnie zużyte. Chociaż mam je 1,5 miesiąca.
Natomiast cienie perłowe czy duochrome w ogóle się nie sypią, co jest ogromnym plusem, bo ułatwia pracę z nimi. Trzeba jednak nauczyć się, że te cienie trzeba dokładać i wcierać w powiekę, żeby uzyskać ładniejszy efekt. Jeśli nauczycie się z nimi pracować jestem pewna, że będziecie bardzo zadowolone. 



Coś zepsułam, cień u góry to Kolorowy dym. Niestety dopiero przy dodawaniu zdjęć to zobaczyłam. Wybaczcie pomyłkę. 


Powinny się spodobać osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z makijażem przez swoją łatwość w pracy. Jednak myślę, że osoby, które zajmują się makijażem profesjonalnie też powinny zrobić z nich użytek, bo są to cienie, z którymi naprawdę łatwo się pracuje.


Myślę, że warto zainteresować się tymi cieniami. Mam nadzieję, że przy kolejnej części zobaczycie je w akcji, bo na razie nie miałam kiedy zrobić jakiegoś makijażu, ale może w przyszłym tygodniu się uda. Jeśli jesteście ciekawe jak wyglądają niektóre z nich w makijaży dziennym odsyłam Was do Makijażu sierpnia.

Miałyście okazję wypróbować już te cienie? Co sądzicie? 
Buziaki! :*

wtorek, 4 października 2016

Projekt denko #7

Dzień dobry!
Cóż, wakacje się już skończyły i czas wrócić do obowiązków. Już chyba kiedyś Wam wspominałam, że semestr jesienny jest zawsze dla mnie ciężki, ale mam tym razem w głowie tyle pomysłów, że jeśli pogoda (mówię całkiem poważnie) mi na to pozwoli to mam nadzieję, że uda mi się je zrealizować. Mam w planach post o tym, żeby nie przespać jesieni. Poopowiadam Wam trochę co zamierzam robić :) Dzisiaj mam dla Was denko, muszę przyznać, że jak na tylko miesiąc to jest całkiem zacne i jestem zadowolona, oby październikowe było równie udane. Jeśli jesteście ciekawe co tam się tym razem zużyło to zapraszam dalej.



Pierwszym produktem jest szampon John Frieda brilliant Brunette do włosów ciemnych, który według mnie jest świetnym szamponem, który rewelacyjnie doczyszcza włosy, odżywia je i faktycznie po zużyciu opakowania widzę różnicę w kolorze włosów, jest bardziej głęboki niż wcześniej, mam kolejną butelkę tego produktu. Odżywka YR odbudowująca włosy znalazła się w ostatnich ulubieńcach i bardzo ją Wam polecam. Jest tania, bardzo ładnie wygładza włosy i pomaga w ich rozczesywaniu, widać po niej, że są nawilżone. Jak jeszcze będę miała okazję to się skuszę. Ostatnim już produktem jest suchy szampon Batiste, do którego jeszcze wrócę. W awaryjnych sytuacjach zawsze ratuje, chociaż tak naprawdę ostatnio rzadko go używam, wolę jednak po prostu umyć włosy, ale kiedy naprawdę nie mam czasu ratuje tyłek.


Jeśli chodzi o produkty do twarzy to tutaj pojawia się płyn micelarny z olejkiem Garnier, który jest rewelacyjny, w tym momencie mam kolejną butelkę, radzi sobie z każdym makijażem, nie powoduje, że czujecie taką mgłę na oczach, dodatkowo ma bardzo dużą pojemność i nie jest drogi, polecam. Kolejny produkt to woda różana Make Me Bio, jest to pierwszy produkt tej marki jaki testuję i nie wiem czy się skuszę na coś jeszcze. Woda była okej, miała bardzo dobry atomizer, który się nie zacinał, ale też nie pryskał jakimiś wielkimi kroplami tylko idealną mgiełką, pachniał różaną marmoladą, wolałabym jednak, żeby pachniał różami. Przyjemny produkt, krzywdy mi nie zrobił, ale też nic mi nie urwał. Nie był drogi, więc można spróbować, ale głównie ze względu na zapach raczej już do niego nie wrócę. Udało mi się zużyć maseczkę rozjaśniającą z witaminą C ECOreceptura by Stara Mydlarnia, co za długa nazwa. Nie mniej jest to bardzo dobra maseczka, która była dla mnie ratunkiem po wielu całonocnych imprezach, gdzie skóra była zmęczona, szara, odwodniona. Dodawała jej blasku, ożywiała, nawilżała, nie było to nawilżenie zwalające z nóg, ale po użyciu kremu nawilżającego starczało, żeby skóra poczuła się lepiej i doznała ulgi. Do tego jest to bardzo wydajna maseczka i nie aż tak droga, z tego co pamiętam to ok. 30-40 zł, ja Wam ją polecam. Nie wiem czy wrócę, bo jest tyle maseczek do wypróbowania, ale jeśli nie znacie to warto spróbować. Ostatnim produktem do pielęgnacji twarzy jest krem L'Occitane z 5% masła shea. Bardzo mocno nawilżający krem, który w tym gorącym okresie stosowałam raczej na noc, bo pod makijaż się nie nadawał, wręcz zjeżdżał ze skóry. Natomiast myślę, że w tych chłodniejszych miesiącach dla skóry mieszanej jak najbardziej, a dla niejednej posiadaczki skóry suchej może być wybawieniem. Może jednak zapychać. Mnie tego nie zrobił, ale moja siostra ma ten sam typ skóry i jej to zrobił, więc radziłabym zachować ostrożność. Muszę przyznać, że mimo wysokiej ceny jest bardzo wydajny. 


Żel pod prysznic TBS Pinita Colada przenosi na egzotyczne wyspy swoim zapachem. Faktycznie pachnie jak kokos i ananas, chociaż myślę, że ten drugi bardziej przeważa. Przyjemny żel pod prysznic, ale raczej już do żadnego nie wrócę, być może przy jakiś zakupach w TBS, kiedy będzie jakaś korzystna promocja, ale na tę chwilę w zupełności zadowalają mnie te dostępne w drogerii. Kolejny produkt to krem do stóp TBS Hemp Foot Protector, który starczył mi na bardzo długo, miał zbitą konsystencję i bardzo dobrze nawilżał, faktycznie widziałam po nim różnicę. W tym momencie mam za dużo produktów do stóp i na razie do niego nie wrócę, ale w przyszłości może się skuszę ponownie. Skończył mi się zapach, który zawsze będzie mi się kojarzył z tymi wakacjami, zarówno bardzo pozytywnie, jak i depresyjnie. Jest to limitowany zapach z zeszłego roku, czyli Escada Turquoise Summer. Dawno żadne perfumy nie zebrały tyle komplementów co te, zarówno od kobiet jak i mężczyzn. Dostaniecie je jeszcze gdzieś w internecie, ale z powodu tego jak mi się kojarzą raczej do nich nie wrócę, poszukam czegoś innego. Nie mniej zapach bardzo słodki, ale nie zbyt słodki, kojarzy mi się właśnie z gorącą plażą i wakacjami. Poczytajcie o nim nim po niego sięgniecie, bo jedni go bardzo lubią inni . 


Mam kilka próbek, wszystkie były fajnymi produktami, ale z pewnością wrócę do olejku L'Occitane, jest to bardzo drogi produkt, ale na chłodnie dni jakie już w zasadzie są idealnie się nada. Jeśli chodzi o Biodermę to już klasyk, będę do niej wracać, ale pewnie w tych małych opakowaniach, bo niestety Garnier jeszcze nie wymyślił, żeby zrobić miniaturki swoich miceli. Co do toniku TBS to fajny, ale nic mi nie urwało, więc raczej nie kupię pełnowymiarowego produktu. Na podróże bardzo dobre opcje. 


Pierwszy produkt to baza rozświetlająca L'Oreal Lumi Magique, dawała bardzo ładny efekt rozświetlenia, jednak mam wrażenie, że nałożona na twarz traciła pod innymi produktami, za to mieszana z podkładami sprawdzała się rewelacyjnie. Nie wiem czy do niej wrócę, mam ochotę przetestować inne bazy.Ta jest warta uwagi, nie zapchała mnie, krzywdy nie zrobiła, a podkład wymieszany z nią wyglądał pięknie. Kolejny produkt to jedna z moich ulubionych maskar, czyli Eveline Volumix Fiberlast, o której pisałam tutaj. Bardzo ładnie rozdziela rzęsy, podkręca i dodaje im objętości, do tego jest bardzo trwała i kosztuje ok. 15 zł., więc nawet kiedy nie ma promocji można ją kupić bez obciążania portfela. Kolejnym produktem jest L'Oreal Brow Artist Plumper, czyli żel do brwi, który całkiem lubię, jednak teraz szukam czegoś co utrzyma moje długie, niesforne włoski w ryzach, a niestety ten produkt nie spełnia zadania w tej kwestii, za to ma bardzo ładny kolor i nadaje się do podkreślania bujnych brwi jak do ich wykończenia jeśli nie macie z nimi większego problemu. Kolejnym produktem jest korektor rozświetlający L'Oreal Lumi Magique 2 Medium o bardziej różowym kolorze, który bardzo lubię, natomiast na razie mi się znudził, to było moje czwarte opakowanie, poszukam czegośy
 innego, ale polecam i wrócę do niego jeszcze. Pięknie rozświetla spojrzenie. Musiały się tutaj znaleźć bibułki matujące, to z Wibo są bardzo fajne, zaraz skończę kolejne opakowanie. Produkt, którego nie polecam to płatki na nos Beauty Formulas Tea Tree, nie zauważyłam jakiegoś spektakularnego działania, a przed nałożeniem zawsze oczyszczam skórę i pory wręcz proszą się, żeby wyciągnąć z nich to świństwo. Jeśli szukacie fajny płatków na nos to te z Cettua są lepsze.

I to już koniec denka. Znacie coś z tych produktów? Lubicie, nie lubicie? Co Wam się udało zużyć, może coś polecacie? :)
Buziaki! :*

sobota, 1 października 2016

♣ Ulubieńcy września

Witajcie! :)
Wrzesień to jeden z tych miesięcy, które lubię i nie lubię. Lubię, ponieważ mam wtedy urodziny, a nie lubię, ponieważ kończą się wakacje, robi się coraz chłodniej. Co prawda wrzesień w tym roku zaskoczył nas bardzo ciepłymi dniami, urodziny też miałam bardzo ciepłe. Wracając do tytułu posta mam dla Was ulubieńców. Jak zwykle nie ma ich dużo. Skupiam się teraz na zużywaniu niektórych produktów, więc testuję mniej nowości. Stare produkty odkrywam na nowo. Jeśli jesteście ciekawe co w tym miesiącu zyskało miano ulubieńca to zapraszam dalej.


Jeden jedyny produkt z pielęgnacji to Pharmaceris oczyszczający płyn bakteriostatyczny. Moja cera ostatnio płata mi figle. Nie wiem jak mam sobie z nią poradzić, po tym produkcie mam wrażenie, że jest taka czysta i odświeżona. Nie wiem czy to placebo, ale widzę mniej wyprysków i bardzo mnie to cieszy. Więcej napiszę o nim jak skończę tę buteleczkę. Nie mniej polecam.




Oczywiście musiały się tu znaleźć lakiery hybrydowe Semilac. Tym razem jest to lakier z nowej kolekcji 148 Night Euphoria, który genialnie prezentuje się na paznokciach i bardzo przykuwa uwagę. Podejrzewam, że niedługo znów zagości na moich paznokciach i będzie na nich często tej jesieni. Drugim kolorem jest 135 Frappe, czyli taki klasyk jeśli chodzi o Semilacki. Piękny nude, który możecie zobaczyć na zdjęciu. Wybaczcie odrost, ale paznokcie robiłam dwa tygodnie temu i na pewno niedługo je ściągnę. 


Jeśli chodzi o makijaż to tutaj też ubogo. Na początek odgrzebany rozświetlacz, czyli Mary-Lou Manizer z theBalm. Piękny, szampański rozświetlacz, raczej na wieczorne wyjścia, ale jeśli lubicie mocno rozświetlone policzki to śmiało można go stosować na dzień. Kolejny produkt to róż Balm Beach też z theBalm, bardzo ładny delikatny, dziewczęcy róż, jeśli chcecie poczytać o nim więcej to pisałam o nim. Ostatnie produkty to krem CC z Bell, który wiele osób poleca, dla mnie on jest praktycznie nie kryjący, nie wymagam cudów, ale on prawie nie kryje, dlatego mieszałam do z korektorem Bourjois Healthy Mix nr 1, dzięki czemu zyskał trochę krycia i pięknie wyrównywał koloryt skóry, wyglądał bardzo świeżo i zdrowo na twarzy. Po nieprzespanej nocy jak znalazł. Do stosowania solo tylko dla ładnej cery, która wiele nie wymaga. 

I to już wszyscy ulubieńcy. Znacie coś z moich? A jacy byli Was? Polecacie coś? :)
Buziaki! :*