września 23, 2017

PRZEGIĘŁAM: Denko #5

10
PRZEGIĘŁAM: Denko #5
Cześć, witajcie!
W końcu nabrałam trochę sił, żeby przyjść i coś napisać. Przez ostatnie dni męczyło mnie przeziębienie i czułam się totalnie wypruta z sił. Dzisiaj jest już znaczenie lepiej, dlatego zabrałam się za przygotowanie denka, bo to ile nazbierało mi się pustych opakowań.. Sami zobaczycie. Muszę jednak zaznaczyć, że ostatnie denko było pod koniec czerwca, więc sami rozumiecie. Jeśli jesteście ciekawi co udało mi się ostatnio zużyć to zapraszam dalej :) 


Pierwszym produktem jest szampon Nivea Balanced&Fresh Care, który faktycznie dobrze odświeżał włosy, był wydajny, nie podrażnił skóry głowy i pięknie pachniał. Bardzo przyzwoity szampon dostępny w drogerii. Kolejny szampon to L'Oreal Professionel Sensei Balance, który z moimi włosami nie do końca się dogadał, nie zauważyłam po nim, żeby moje włosy były ładniejsze, faktycznie nie podrażniał skalpu, dla miłośniczek męskich zapachów tak ładnie pachniał, trochę męsko i zapach utrzymywał się na włosach. Nie wrócę do niego, poszukam czegoś innego. Odżywka L'Oreal Elseve Magiczna Moc Glinki zaskoczyła mnie, bo naprawdę dobrze się spisała na moich włosach, ułatwiła rozczesywanie, pięknie pachniała, a włosy były miękkie i przyjemne w dotyku. Ostatnim produktem jeśli chodzi o włosy jest suchy szampon Batiste Eden, do tych produktów wracam zawsze, zmieniam tylko warianty zapachowe, kolejna butelka na kryzysowe sytuacje już stoi na półce. 


Jeśli chodzi o ciało to nadal nie zużyłam tyle produktów ile bym chciała, ale no cóż to moje lenistwo co do balsamowania się. Pierwszym produktem jest Gilette żel do golenia, który lubiłam jak każdy inny z tej marki. Po prostu zmieniam sobie przy kolejnych zakupach. Niestety używanie odżywki zamiast żelu w moim przypadku odpada. Kolejnym produktem jest żel do higieny intymnej Facelle, który był przyzwoity, ale mam co do niego dwa zastrzeżenia, ma tak rzadką konsystencję, że przelewa się przez palce, a druga łączy się z pierwsza, bo jest niewydajny. Co prawda kosztuje grosze, ale przy używaniu dwóch osób starcza na 3 tygodnie, a ja drogerie unikam szerokim łukiem (I you know what I mean :D). Kolejnym produktem jest TBS Spa of the World Japanese Camellia Cream, który pachniał obłędnie, a jego zapach utrzymywał się na ciele przez większą część dnia. Pięknie nawilżał i otulał zapachem. Kosztuje miliony monet przez co u mnie stał bardzo długo, bo go oszczędzałam, żeby wystarczył mi na jak najdłużej. Przy jakiejś korzystnej promocji na pewno sięgnę po niego jeszcze raz. Peeling Hagi (klik) to mój absolutny ulubieniec i chociaż lata u nas prawie wcale nie było to umilał mi letnie wieczory, pachnie pięknie i orzeźwiająco, daje uczucie chłodzenia, a przede wszystkim rewelacyjnie nawilża i złuszcza naskórek. Pianki do mycia ciała Organique od czasu do czasu witają ponownie w mojej łazience. Ta o zapachu pomarańczowym nie była moją ulubioną, ale po inne z pewnością jeszcze sięgnę. Ostatnim produktem jest mydło do ciała z peelingiem Hagi, które jeszcze cały czas testuję. Na pewno nadaje się do codziennego delikatnego złuszczania skóry, nie przesusza tak jak inne mydła, z którymi miałam do czynienia. 


Jestem z siebie dumna jeśli chodzi o zużycie produktów do pielęgnacji twarzy. Pierwszym produktem jest tonik - mgiełka nawilżająca Vianek, która była bardzo przyjemnym produktem, nic nadzwyczajnego, ale przyjemna. Jednak mnie denerwują produkty z atomizerem jeśli chodzi o toniki, więc chociażby przez to do tego nie wrócę. Kolejny produkt to odżywcza maseczka - peeling to twarz Vianek, który bardzo mi się spodobał, jednak mam zastrzeżenia co do wydajności, bo starczył mi może na 8-10 użyć. Bardzo ładnie odżywiał, delikatnie oczyszczał i złuszczał naskórek. Zużyłam też piankę do mycia twarzy It's Skin, której na początku nie polubiłam. Wróciłam do niej po jakimś czasie i sprawdzała mi się o wiele lepiej, ponieważ dogłębnie oczyszcza i najlepiej się sprawdzi do przetłuszczającej się skóry. Ostatnim produktem jest woda micelarna YR, do której nie wrócę. Nie zmywała makijażu oczu, do twarzy też się średnio nadawała. Moim zdaniem ten produkt pochodzi trochę pod bubel. 


Ciąg dalszy pielęgnacji twarzy. Udało mi się zużyć maseczkę Pilaten (klik), była to ciekawa maseczka, fajny gadżet, być może do niej wrócę, ale raczej się na to nie zapowiada. W koszu wylądowało też serum do twarzy It's Skin (klik), które było naprawdę dobre, ale miało tak beznadziejne opakowanie, że na pewno do niego nie wrócę. Kolejnym produktem jest kwas hialuronowy ZSK (klik), który bardzo lubiłam używać. Moja skóra naprawdę lubi kwas hialuronowy i często sięgam po produkty właśnie z tym składnikiem, prędzej czy później wrócę na pewno do niego. W końcu zużyłam też krem z filtrem ze Skin79, który i tak już wycofali z produkcji, ale na jego miejsce wprowadzili nowe. Ostatnim produktem z pielęgnacji twarzy jest krem odbudowujący na noc NeoHyaluron Mincer Pharma, który moim zdaniem był trochę za mało nawilżający, żeby nakładać na noc, co prawda nie przetłuszczał mojej mieszanej skóry, ale miałam wrażenie, że jest niewystarczający. Starczył mi na 3 miesiące codziennego stosowania, raczej do niego nie wrócę. 


Zużyłam także cleaner i aceton. Szczerze mówiąc nie widzę jakiejś różnicy między firmami. Biorę ten, który akurat będę miała pod ręką, w sensie czy zamawiam przez internet czy idę do hurtowni. Jeśli chodzi o hybrydy to skończył mi się Hardi Milk z Semilaca. Na razie mam jeszcze inne, ale niewykluczone, że do niego wrócę, dobrze sprawdzał się zwłaszcza pod jaśniejsze kolory. 



Pierwszym produktem z kolorówki jest podkład Maybelline Affinitone (klik), który jest przyjemną drogeryjną propozycją. Dla mnie natomiast na pewno nie jest to produkt do stosowania na co dzień, ponieważ miałam wrażenie, że przesusza mi skórę. Kolor nie jest wcale taki jasny, być może jeszcze po niego sięgnę, ale wątpię. Testuję teraz dużo podkładów i mam nadzieję znaleźć swoich ulubieńców. Kolejnym produktem jest puder L'Oreal Infallibe, który mi się pokruszył i przesypałam go do tego opakowania. Całkiem niezły drogeryjny puder w kompakcie, ale chyba jednak u mnie wygrywa Rimmel Stay Matt. Dwie próbki maskar z czego Burberry jest prostu rewelacyjna. Pięknie podkreśla, podkręca i wyczesuje rzęsy. Jeśli kiedyś najdzie mnie na drogą maskarę to sięgnę po tą. Natomiast ta z MAC nie była zła, ale też nie powaliła mnie na kolana. Korektor Eveline (klik) był moim ulubieńcem, ale coś się ostatnio z nim stało, że nie dość, że jest ciemny, to jeszcze oksyduje po nałożeniu. Często wracam do maskar Eveline, chociaż ta srebrna nie zrobiła na mnie większego wrażenia, nie była tak trwała i wydłużająca jak wersja złota. Kredka GR nr 104 to ostatnio mój must have jeśli chodzi o brwi i myślę, że niedługo pojawi się o niej post, jestem chyba ostatnią osobą, która sięgnęła po ten produkt. Żel do brwi ze Sleek to już u mnie stały gość i mam kolejne opakowanie, bardzo lubię i na pewno również Wam o nim napiszę. 


Teraz czas na wyrzutki, czas najwyższy było zrobić porządki w moich zbiorach kosmetycznych i są to w większości produkty, które nie przypadły mi do gustu. Pierwszym produktem jest korektor Rimmel, który okazał się dla mnie zdecydowanie za jasny, jeśli masz naprawdę jasną karnację powinien się sprawdzić. Kolejnym produktem jest korektor pod oczy Pixie, który jak dla mnie wygląda pod oczami koszmarnie, zbiera się, waży i ściera, nienienie. Jeśli chodzi o Brow Stilist z L'Oreal (klik) to producent chciał dobrze, ale chyba mu nie wyszło, ten produkt utrudnia życie, bo pomalowanie brwi bez ubrudzenia skóry graniczy z cudem. MUFE Aqua Brow (klik) to produkt kultowy, naprawdę dobry, ale nr 25 już nie współpracuje z moimi włosami tak jakbym chciała, poza tym dawno go nie używałam i minął jego okres ważności. Ostatnim produktem i chyba największym zawodem jest maskara Rimmel Volume Shake. Ma piękne opakowanie, ale dla rzęs nie robi nic. Zamysł producenta ciekawy, ale ta maskara jest zbyt mokra, żeby jakkolwiek z nią pracować. Wygląda na rzęsach źle i nie robi kompletnie nic, nawet ich nie pogrubia, a taki był jej główny cel.


Saszetki Knepp są bardzo przyjemne i ładnie pachną, nie wykluczam, że jeszcze do nich wrócę, zwłaszcza, że zaczął się sezon na aromatyczne kąpiele. Mydło Ogranique dla suchej skóry jest naprawdę niezłe, ma jak dla mnie jedną wadę, bardzo mocno pachnie olejkiem paczuli. Nie lubię tego zapachu, od perfum mnie wręcz odrzuca. Tutaj staram się pokonać niechęć, bo jednak się polubiliśmy. Czas na maseczki. Pierwsza, która mnie mocno zaskoczyła to Conny Animal Mask Wydra, która niestety śmierdziała alkoholowo na początku, ale wbrew mojemu przerażeniu całkiem nieźle nawilżyła skórę i ją wygładziła. Maseczka Innisfree truskawkowa też była całkiem niezła, ale chyba nie aż tak, żeby zamawiać ją z Jolse. Będę szukała czegoś lepszego. Po maseczki Ziaja (klik) sięgam od czasu do czasu, ta z glinką jest jedną z moich ulubionych.


Maseczki Sephora bardzo mnie zaskoczyły, zwłaszcza ta różowa. Jest bardzo nawilżająca, nie zostawia tłustej warstwy, odżywia skórę i na pewno jeszcze kiedyś po nią sięgnę. Jeśli chodzi  wersję oczyszczającą to nie zauważyłam jakiegoś takiego działania, ale zdecydowanie zmniejszyła zaczerwienienie moich niedoskonałości i dobrze nawilżyła skórę. Maseczka ogórkowa z Holika Holika jest naprawdę dobra, mocno nawilżająca i na pewno jeszcze za jakiś czas po nią sięgnę. Płatki pod oczy Efektima przewijają się w każdym denku, są tanie, odżywiają skórę pod oczami i robią co mają robić. Polecam.


Z maseczek Skin79 kaktusowa dalej jest moją ulubioną i wątpię, żebym miała wrócić do innych wersji. Jest naprawdę nawilżająca, odżywiająca, łagodząca i delikatnie rozjaśniająca. Reszta to takie MEH moim zdaniem.


Jeśli chodzi o maseczki TonyMoly to nie polecam ich kupować w Polsce, bo się po prostu nie opłaca, myślę, że w przyszłym miesiącu znowu zamówię całą serię, ale jeśli zastanawiacie się, która była fajna to polecam Avocado i Tea Tree oraz Rice :)

Uf i to już wszystko. Co prawda znowu zbierają mi się kolejne rzeczy. Jak tam Wasze zużycia? Chomikujecie czy raczej zużywacie na bieżąco? Znacie coś z moich zużyć? Lubicie, nie lubicie?
Piszcie koniecznie,
buziaki! :*

sierpnia 21, 2017

It's Skin Power 10 Formula PO Effector

It's Skin Power 10 Formula PO Effector
Cześć!
Jak minął Wam weekend? Udany? Mój całkiem w porządku, na pewno nie mogę powiedzieć, że nie odpoczęłam trochę. Chociaż jak mam być szczera to tęskno mi na wieś. Może się starzeję, ale lubię ciszę i spokój, a mieszkanie w centrum miasta na pewno tego nie zapewnia. Dzisiaj przedstawię Wam produkt, który ostatnio mi się skończył i czas, żebym go zrecenzowała, a mowa o serum marki It's Skin. Jeśli jesteście ciekawi mojej opinii to zapraszam dalej. 


Serum zamknięte jest w szklanym opakowaniu z pipetą. Standardowo ma pojemność 30 ml, a kosztuje 69 zł. Największym minusem jest właśnie ta nieszczęsna pipeta, która się zacina, nie chce nabierać odpowiedniej ilości produktu, a jak już kończył mi się produkt niestety musiałam wytrząsać resztkę z opakowania. Niestety na samym dnie została końcówka, której nie mogłam wydobyć z opakowania. 

Serum ma wodno - żelową konsystencję, dzięki czemu bardzo szybko po rozprowadzeniu wchłania się w skórę. Producent zaleca wklepywać go, ja natomiast wolałam wprasowywać go w pory, ale wiadomo, każdy ma inną technikę nakładania produktów, każdemu służy co innego. Muszę przyznać, że ten produkt ma naprawdę przyjemny zapach, ciężko mi do czegoś go porównać niestety. 

Moim zdaniem ten produkt naprawdę działa, faktycznie wygładza i zmniejsza widoczność porów, nie zauważyłam, żeby miał jakiś wpływ na niedoskonałości, chociaż od kiedy go używam jakoś tak mam ich mniej, nawet przed okresem. Nie zapchał mnie, nie zrobił mi krzywdy, jednak nie zauważyłam, żeby wpłynął na regulację wyrównania sebum, ale nie mam mu tego za złe, bo póki co faktycznie nie znalazłam produktu, który by sobie z tym radził. Jest to naprawdę przyzwoite serum, po które najczęściej sięgałam rano i z przyjemnością go używałam. Starczył mi na ok. 3 miesiące dość intensywnego używania. Natomiast czy do niego wrócę? Raczej nie, bo opakowanie mnie tak zdenerwowało, że chyba nie mam siły się z nim męczyć, dodatkowo po odstawieniu go pory wracają do stanu sprzed używania. Chciałabym znaleźć coś co jednak da bardziej długotrwały efekt, a przede wszystkim nie będzie miało takiego wkurzającego opakowania, bo pielęgnacja zwłaszcza ta wieczorna ma być przyjemnością skoro tak długo trwa. 


Naprawdę polubiłam to serum, ale czas znaleźć coś lepszego. Znacie to serum? A może znacie inne sera tej marki? Lubicie? Nie lubicie? Jakie serum do cery mieszanej polecacie? Piszcie koniecznie! :)

Udanego tygodnia i buziaki! :*

sierpnia 18, 2017

Tydzień z kolorówką: Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder

Tydzień z kolorówką: Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder
Witajcie!
Czas na ostatni post z serii. Podejrzewam, że za jakiś czas pojawi się kolejna, ale tym razem w innej tematyce, może włosy? Nie wiem zobaczę jeszcze. Na dzisiaj zostawiłam moim zdaniem największy smaczek, o którym bardzo długo chciałam Wam napisać i nadszedł w końcu ten dzień, żeby podzielić się z Wami opinią na temat chyba najbardziej rozchwytywanego pudru na świecie, a mianowicie pudru sypkiego od Laury Mercier. 


Puder zamknięty jest w bardzo ładnym opakowaniu. Jego pojemność to 29g. Do jego przetestowania skusiła mnie promocja w Douglasie, kiedy kosztował prawie 100 zł mniej, bo jego standardowa cena według mnie jest bardzo wysoka, bo kosztuje 215 zł, ale czasem za dobry produkt warto zapłacić więcej. Póki co znalazłam bardzo mało produktów, na które faktycznie warto wydać te dodatkowe złotówki, ale ten mnie zachwycił. 


Jest to bardzo drobno zmielony puder, ma delikatną jedwabistą konsystencję, przez co pięknie wygląda na skórze. Naprawdę nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobry. Po nałożeniu na skórę (do aplikacji używam Hakuro H55 albo Glambrush T23) czuję, że została wygładzona, pory zmniejszone, a do tego jest taka gładka jak chyba nigdy po żadnym produkcie do makijażu, przynajmniej nie przypominam sobie żadnego. 


Bardzo ładnie matuje, ale na pewno nie jest to płaski mat. Utrwala makijaż, ale nie robi efektu 'ciastka', co bardzo mnie cieszy. Nie wygląda sucho na skórze, chociaż czasem można przesadzić, ale wystarczy mgiełka, żeby ściągnąć pudrowość. Nie zauważyłam, żeby wysuszał skórę, nie podkreśla suchych miejsc na twarzy, czy też skórek. Nie zapchał mnie. Wiele osób używa go do bakingu, ale ja rzadko używam tej metody, a jak już się na nią zdecyduję to używam jej np. żeby wyczyścić i wyostrzyć kontur, do czego sprawdza się świetnie. Jeśli chodzi o aplikację go pod oczy to tutaj mam pewne zastrzeżenia, bo puder bardzo dobrze utrwala korektor pod oczami, ale na pewno nie jest do stosowania codziennie w te okolice. Sama używam go tylko wtedy, kiedy mam większe wyjście i dobrze nawilżę skórę pod oczami, ponieważ jest dużo cieńsza łatwiej się wysusza, dlatego wybieram go tylko wtedy kiedy wiem, że muszę/chcę dobrze wyglądać przez wiele godzin. Przy standardowym makijażu dziennym używam tego pudru do utrwalenia podkładu, a pod oczy wybieram co innego. Natomiast nie zmienia to faktu, że jest to produkt bardzo dobry, mogę śmiało stwierdzić, że jest to NAJLEPSZY puder jaki miałam okazję używać. Mówię to z jednej strony z bólem serca, ponieważ jest drogi, a z drugiej strony z ulgą, ponieważ kolejnego drogiego niewypału chyba bym 'nie przeżyła'.


Znacie ten produkt? Lubicie? Nie lubicie? Jakie pudry do utrwalania polecacie? Jaki jest Was ulubiony puder pod oczy? Piszcie koniecznie!

Udanego weekendu i buziaki! :*

sierpnia 17, 2017

Tydzień z kolorówką: Inglot AMC Cream Foundation

Tydzień z kolorówką: Inglot AMC Cream Foundation
Cześć!
Zapraszam Was dzisiaj na przedostatni dzień. Zdecydowałam, że nie może tym razem zabraknąć polskiej marki, bo jak to? Z Inglotem mam taką mieszaną relację, bardzo długo używałam ich cieni, ale teraz jakoś szczególnie mnie nie przekonują, za to często sięgam po pigmenty czy też pudry HD do konturowania, natomiast nienawidzę podkładu HD (klik). Dlatego bałam się sięgnąć po kolejny podkład, ale potrzebowałam czegoś jeszcze do sesji zdjęciowych niż UD Naked Skin (klik), co również nie miałoby filtrów, dlatego stwierdziłam, że raz kozie śmierć i kupiłam Inglot AMC Cream Foundation. Jeśli jesteście ciekawe co o nim sądzę to zapraszam dalej. 


Pierwsze co mnie zaskoczyło to ilość kolorów do wyboru, bo jest ich aż 34! Mój wybrałam w kolorze LW300 i niech Was nie zmyli ta liczba, bo odcień jest naprawdę bardzo ładny i myślę, że wielu bladym osobom się sprawdzi. Zresztą jest taki wybór odcieni, że każdy znajdzie coś dla siebie. LW300 to jasny, delikatnie żółty kolor, ale też bez przesady, gwarantuję, że nie będziecie wyglądać jakbyście się wysmarowały żółtkiem, czasem mam takie wrażenie przy niektórych podkładach np. przy wspomnianym już wcześniej Inglocie HD. 


Duży plus za opakowanie, które jest plastikowe i lekkie, przez co na pewno sprawdzi się w kufrze. Ma także pompkę, nie jest to co prawda opakowanie airless, ale pompka zawsze jest mile widziana tym bardziej, że dużo droższe podkłady potrafią jej nie mieć. 

W składzie zawiera witaminę E, która dodatkowo ma nawilżać. Co prawda nie zauważyłam tego, ale na pewno podkład nie wysuszył mi skóry. Konsystencja jest faktycznie kremowa, ale nie bardzo ciężka, dwie pompki wystarczą mi na pokrycie całej twarzy. Czasem używam trochę więcej, ale o tym za chwilę. Do aplikacji najlepiej sprawdza mi się Glamsponge. Wiem, że wiele osób nie lubi tej gąbki, ale mi się naprawdę sprawdza. 



Podkład ma średnie krycie, faktycznie ładnie wyrównuje koloryt, ale z niedoskonałościami już sobie nie poradzi, zresztą od czego jest korektor? Nie podkreśla suchych skórek, nie robi placków na skórze, rozprowadza się bez żadnego problemu. Nie używam go na co dzień, nie dlatego, że go nie lubię, tylko dlatego, że zostawiam go raczej na wieczorne wyjścia, gdzie też mam sposobność go dobrze przetestować. Bardzo ładnie wygładza skórę i pięknie wygląda zarówno w świetle dziennym jak i sztucznym. Nie ciemnieje i bardzo ładnie wtapia się, natomiast należy go przypudrować, bo odrobinę się klei. Ja to i tak robię, ponieważ przy mojej mieszanej skórze bez pudru ani rusz. 

Ma takie powiedziałabym satynowe wykończenie, na pewno nie jest to mat, ale też nie jest to nie wiadomo jak wielki blask. Utrzymuje się ładnie na skórze, u mnie większość podkładów muszę przypudrować zwłaszcza na czole po 4 godzinach, także ten podkład na pewno nie przyspiesza przetłuszczania się skóry. Nie ściera się, nie wchodzi w zmarszczki, może się wkraść w pory, ale u mnie to norma, bez użycia bazy wypełniającej pory albo jakiejkolwiek innej w ogóle nie zaczynam makijażu twarzy. 



Jestem naprawdę mile zaskoczona tym podkładem. Kosztuje 63 zł za 30 ml, nie jest to może mało, ale bliżej półki drogeryjnej niż perfumeryjnej. Może się zdziwicie, ale sięgam po ten podkład ostatnio częściej niż po UD Naked Skin, który uwielbiam. Być może to nowy ulubieniec? Jeszcze nie zdecydowałam, ale na pewno jest to podkład, który bardzo lubię, chętnie używam i pewnie wrócę po kolejne opakowanie, a to wcale się nie zdarza jakoś często.

I jak Wam się podoba? Znacie podkłady Inglota? A może macie inny ulubiony polski podkład? Jakich macie ulubieńców? Czego lepiej unikać?
Piszcie koniecznie, buziaki! :*

sierpnia 16, 2017

Tydzień z kolorówką: NYX Pro Foundation Mixer

Tydzień z kolorówką: NYX Pro Foundation Mixer
Cześć!
Czas na kolejny dzień z kolorówką. Zapewne każda z nas ma problem z doborem odpowiedniego koloru podkładu czy też jego odcienia. Ja mam z tym ogromny problem, bo mój kolor skóry jest raczej neutralny i jeśli ktoś mówi, że ciężko jest znaleźć dobry żółty kolor, to jeszcze trudnej jest znaleźć podkład, który nie jest ani za żółty ani za różowy. Dzisiaj przychodzę do Was z rozwiązaniem tego problemu, a mianowicie z bardzo znanym mikserem do podkładu. 


Mixer NYX został nazwany przez producenta płynnym pigmentem do mieszania podkładu i tak w sumie można nazwać ten produkt. Przede wszystkim jest zamknięty w bardzo poręcznym lekkim opakowaniu co na pewno będzie zbawieniem dla każdego wizażysty, który już i tak wystarczająco musi dźwigać, a ten produkt zmniejszy z pewnością zawartość kufra, bo nie dość, że jest lekki to jeszcze daje możliwość wzięcia ze sobą mniejszej ilości podkładów. 


Wybrałam trzy kolory. Oczywiście White, który jest zbawieniem w czasie jesieni czy zimy, kiedy jestem blada na maksa jak większość Polek. Kolejny kolor na jaki się skusiłam to Luminous, który dodaje podkładowi pięknego blasku. Skusiłam się także na kolor Olive, który idealnie nadaje się na teraz, kiedy nawet jeśli nie jestem opalona to używam samoopalacza i jednak czasem zdarza się tak, że ciężko jest mi dopasować podkład do reszty ciała. 


Te miksery są rewelacyjne, ponieważ nie wpływają na zmianę właściwości podkładu. Są odrobinę gęste przez co mogą powodować, że podkład delikatnie zgęstnieje, ale nie jest to nic co wpływa na jego właściwości, nie staje się przez to cięższy czy bardziej widoczny na twarzy, co to to nie. Dzięki temu, że zakończone są dzióbkiem można bez problemu dozować ilość jaka jest potrzebna do rozjaśnienia czy przyciemnienia podkładu. 


Mnie również zaskoczył mikser Luminous, ponieważ to absolutnie nie są żadne drobinki, kiedy go sprawdziłam na skórze jest to po prostu piękny, delikatny blask. Myślę, że będzie idealny do podkładów, które są dla Was zbyt matowe, ale lubicie je, ponieważ bardzo dobrze utrzymują się na skórze.  Jak dla mnie są to rewelacyjne produkty, które są wręcz zbawieniem od wiecznego problemu z podkładami. Kosztuje 39 zł za 30 ml, co moim zdaniem nie jest dużo, zwłaszcza, że produkt jest bardzo wydajny. Jeśli skończy mi się tubka, któregoś z nich jestem pewna, że jeszcze nie raz po nie sięgnę. Wam też z całego serca polecam. 


A Wy znacie ten produkt? Lubicie? Polecacie? Co o nim sądzicie? Czy nie macie problemu z doborem podkładu? Piszcie koniecznie! 
Buziaki! :*
Copyright © 2014 U Vajlet , Blogger