piątek, 30 grudnia 2016

KULTURALNY PIĄTEK #serialowo

Dzień dobry! :)
Dzisiaj mam dla Was kolejną odsłonę kulturalnego piątku. Poprzednio (klik) pojawił się post o książkach. Natomiast tym razem chciałam opowiedzieć Wam o serialach jakie ostatnio oglądam. Może być tak, że już o nich wspominałam, ale na pewno 2 z nich są nowe, ponieważ zaczęłam je oglądać w tymi miesiącu. Jeśli jesteście ciekawe jakie seriale ostatnio spędzają mi sen z powiek to zapraszam dalej.


1. Medyceusze: Władcy Florencji
Skusił mnie ten serial, ponieważ chciałam obejrzeć coś historycznego, a dodatkowo bardzo lubię aktora, który gra główną rolę, czyli Richard Madden znany z Gry o Tron. Jeśli Richard Was nie przekonuje, to w tym serialu pojawia się także Dustin Hoffman. Sama obsada moim zdaniem jest bardzo dobra. Serial opowiada oczywiście o rodzinie Medyceuszy, który byli bankierami. Kosma I Medyceusz, którego gra Richard jest w historii najbardziej znanym członkiem rodziny. Po śmierci ojca toczy spór z rodziną Albizzich, którzy chcą przywrócić panowanie szlachty. Na razie pojawiło się 5 odcinków, z tego co wiem, ma być tylko jeden sezon, a szkoda, bo serial jest bardzo dobrze zrobiony i wciąga. 


2. The OA
Serial ze stajni Netflixa, co oczywiście zwiastuje coś dobrego, w sensie dobrego serialu. Na początku kompletnie nie wiadomo o co chodzi. Po kilku latach dziewczyna, która zaginęła skacze z mostu i omal nie ginie. Dodatkowo okazuje się dziwna rzecz, bo kiedy zaginęła była niewidoma, a teraz widzi. Przedstawia się wszystkim nie imieniem a skrótem OA. Powoli zaczyna opowiadać swoją historię, ale nie najbliższym tylko przypadkowym osobom. Serial wywarł we mnie dużą dawkę niepokoju, na pewno wpływa mocno na emocje. Trzeba przyzwyczaić się do formy, ponieważ jest to teraźniejszość pomieszana z retrospekcją. Więcej jednak jest tego drugiego. Póki co jestem na trzecim odcinku, ale na pewno obejrzę więcej. Polecam się zainteresować.


3. Przyjaciele
Czyli absolutnie kultowy sitcom, który ma aż 10 sezonów. Kiedy nie mam humoru, kiedy obejrzę serial, o którym pisałam wyżej chętnie wracam do Przyjaciół. Ich perypetie zawsze przyprawiają mnie o dawkę śmiechu. Jeśli szukacie poprawiacza humoru i zapomniałyście o tym serialu to polecam do niego wrócić. Sama nie wiem, która postać jest moją ulubioną, wszystkich praktycznie lubię tak samo.


4. The Royals
Tak jak na plakacie Anarchy in the Monarchy to bardzo dobre określenie tego serialu. Opowiada o brytyjskiej rodzinie królewskiej, ale fikcyjnej. Serial zaczyna się tym, że w katastrofie lotniczej ginie najstarszy syn króla Anglii. Po tym dla bliźniaków zmienia się wszystko. Serial jest pełen intryg, władzy, poniekąd tradycji i pożądania. Jestem ogromną fanką księżniczki Eleanor, a królowa i jej spiski przechodzą same siebie. Jeśli lubicie tę tematykę to polecam :)


5. DC's Legends of Tomorrow
To jest serial, który jeśli szukacie rozrywki i lubicie superbohaterów, ją Wam zapewni. Dla mnie to luźna propozycja na chwilę relaksu między obowiązkami. Opowiada o Władcy Czasu, który chcąc uratować historię postanawia rekrutować ludzi ze specjalnymi zdolnościami. Jedni to metaludzie, inni to mózgowcy, a jeszcze inni to wyszkoleni zabójcy. Wszyscy postanawiają zjednoczyć się by chronić ludzkość przed kimś takim jak Vandal Savage. Jeśli mamy tutaj fanki Skazanego na śmierć to w pierwszym sezonie gra Wentworth Miller.  

A co Wy ostatnio oglądacie? Znacie coś z moich propozycji? Oczywiście poza Przyjaciółmi :D A może nie oglądaliście? Piszcie koniecznie :)
Buziaki i udanego Sylwestra! :*

czwartek, 29 grudnia 2016

PROJEKT DENKO #10

Witajcie! :)
Dzisiaj czas na ostatnie denko tego roku i tak jak w zeszłym roku zrobimy podsumowanie ile łącznie udało mi się zużyć produktów. Coś skopałam z numeracją i to jest denko nr 10, ale nieważne. Do tej pory zużyłam 108 produktów, co jest znacznie mniejszą ilością niż w zeszłym roku, ale wbrew pozorom wszędzie wokół mnie jest mniej kosmetyków. Łazienka nie jest zagracona, pokój owszem trochę, ale to da się ogarnąć. Denka dają mi poczucie regularności w zużywaniu produktów i kupuję to co w danym czasie potrzebuję, wiadomo czasem mnie poniesie, zwłaszcza kiedy idę na zakupy ubraniowe i nic nie mogę znaleźć, ale to już inna historia :D Jeśli jesteście ciekawe ostatniego denka w tym roku to zapraszam :)



Pierwszym produktem jest olejek pod prysznic Yves Rocher, którego zapach męczył mnie do tego stopnia, że skończył jako żel do mycia rąk. Jeśli nie lubicie ciężkich zapachów to unikajcie go jak ognia. Kolejnym produktem jest olejek do masażu Organique Sweet Moments o zapachu mango. Ja mam go w trochę innym opakowaniu, ponieważ miała to być seria limitowana na Walentynki, ale jest normalnie w sprzedaży. Bardzo podobał mi się zapach i nawilżenie, być może jeszcze do niego wrócę. Nivea Double Effect i Bioderma Sensibio (do tego nie wrócę) to takie przeciętniaki, o ile jeszcze Nivea jest tania i daje radę, o tyle po Biodermę już na pewno nie sięgnę. 


Produkt, który pojawił się w ulubieńcach to peeling do ciała Hagi Cosmetics, który wielbię ponad wszystko, ale jeszcze napiszę Wam o nim już w nowym roku. Zużyłam także winogronową piankę do mycia ciała Organique, którą bardzo lubię i od czasu do czasu chętnie do niej wracam, dobrze myje i co najważniejsze nie wysusza skóry. Dawno nie było w denku masła TBS, tym razem zużyłam małą wersję masła zielona herbata, która gdzieś mi się zapodziała. Ten zapach najlepiej sprawdza się latem.  Jedynym produktem do włosów jaki znalazł się w denku jest maska do włosów Organiqe Energizing, która sama jest taka sobie, dość mocno obciąża włosy, ale w połączeniu z olejkiem macadamia działa cuda.


Jeśli chodzi o twarz to zużyłam oczyszczający płyn bakteriostatyczny 2% kwasu migdałowego Pharmaceris. Szczerze mówiąc to nie zauważyłam jakiejś drastycznej różnicy po jego stosowaniu, skóra mi się tak samo zanieczyszczała jak i bez niego. Jak na razie najlepszym tego typu produktem jaki miałam to płyn złuszczający Clinique nr 1. Drugi produkt, to nawilżający krem to twarzy LillaMai, który ma same dobre opinie na internecie. Niestety z mojej twarzy robił tłustego hot-doga. Mówię poważnie, rano budziłam się z tłustą skórą, a pod makijaż kompletnie się nie nadaje, bo dla mojej mieszanej skóry jest po prostu za ciężki. Z żalem piszę, że niestety nie sprawdził mi się, a szkoda, bo jest to produkt naturalny. 


Maseczki Mizon to odkrycie ostatniego miesiąca, uwielbiam je. Od kiedy je używam widzę, że moja skóra jest zdecydowanie bardziej wygładzona i odżywiona. Bije zdrowym blaskiem co bardzo mi się podoba. Jeszcze Wam o nich napiszę. O maseczkach do ust pisałam niedawno, fajne gadżety, ale na pewno da się bez nich żyć. Płatki pod oczy Efektima są rewelacyjne, pięknie nawilżają i wygładzają skórę pod oczami. 


Wyrzucam butelkę po płynie utrwalającym Inglot, resztę przelałam do małego opakowania, które zdecydowanie lepiej się sprawdza niż to, mam wrażenie, że ono 'pluje' na mnie produkt zamiast rozpryskiwać go ładną mgiełką. Sam produkt lubię i sięgam po niego kiedy chcę, żeby mój makijaż trzymał się bez zarzutu. Zużyłam też mascarę Avon Luxe, którą bardzo lubiłam, ładnie podkreślała rzęsy i je pogrubiała, wydawało mi się, że są jakieś takie bujniejsze. Kolejnym tuszem, który zużyłam jest L'Oreal VML Fatale, o którym pisałam Wam tutaj. Wykończyłam błyszczyk Estee Lauder, którego z tego co się orientuję nie ma już w sprzedaży także tylko powiem, że bardzo lubiłam te błyszczyki i to drugie zużyte przeze mnie opakowanie. Ostatni produkt z kolorówki to korektor Essence Stay Natural, który kiedyś bardzo lubiłam, ale teraz najjaśniejszy odcień ciemnieje mi na pomarańczowo, wygląda to koszmarnie, więc resztę bez wyrzutów sumienia wyrzucam.


Ostatnie już produkty to Aceton Semilac. Aceton jak aceton, dobrze ściąga się nim hybrydy, oczywiście wysusza, ale starcza na dość długo i jest całkiem tani. Tisane to mój absolutnie ulubiony balsam do ust, ten z Nuxe nawet mu do pięt nie dorasta. Mam już w użyciu trzecie opakowanie, a to chyba mówi samo za siebie :) Ostatnią rzeczą jest zapach YC Black Plum Blossom, który palił się u mnie przez całą jesień. Jeśli jeszcze gdzieś go znajdziecie to polecam.


W roku 2016 udało mi się zużyć 125 opakowań. Jest to wynik mniejszy niż w zeszłym roku, ale również jestem zadowolona, bo to znaczy, że poszłam na jakość a nie na ilość. Teraz z czystym sumieniem mogę zacząć Nowy Rok. Jak Wasze zużycia? Znacie coś z moich? Polecacie zamienniki?

Buziaki! :*

środa, 28 grudnia 2016

Makijaż Sylwestrowy

Witajcie po świętach! :)
Nie miałam ostatnio czasu kompletnie na nic, okres przedświąteczny był dla mnie dość ciężki, bardzo dużo się działo, a potem święta, wiadomo lenistwo jak nie wiem. Wczoraj wróciłam do domu i za dwa dni znowu wyjeżdżam, także dużo się dzieje, mam nadzieję, że plan jaki mam na posty wypali, bo jeśli nie będę trochę na siebie zła. Dość już narzekania. Dzisiaj przygotowałam dla Was makijaż Sylwestrowy, który w zasadzie chętnie nosiłabym również na inne imprezy, bo jest bardzo uniwersalny, można go oczywiście podkręcić brokatem, natomiast ja po prostu ich nie mam w swoich zbiorach. Użyłam produktów, które są fajne i w miarę łatwo dostępne, jest kilka produktów, które są droższe, ale można je zastąpić czymś innym albo pominąć. Jeśli jesteście ciekawe co mi tam wyszło to zapraszam dalej. 



Miałam zamiar przerobić trochę swoje standardowe smoky, które robię zwykle gdy nie mam czasu zastanawiać się jaki makijaż zrobić. Przypomniałam sobie, że kupiłam piękny cień sypki z MySecret nr 6 i wpakowałam go na środek powieki. Ma kolor brązowy i mieni się na różowo, pięknie wygląda na powiece, niestety w połączeniu z cieniem matowym 507 trochę ginie. Żeby przełamać trochę dolną powiekę użyłam mocno błyszczącego cienia Nabla Cosmetics Danae z kolekcji świątecznej. Chociaż nie umiem jeszcze przyklejać rzęs, w sensie nie wychodzi mi to tak jakbym chciała, postanowiłam przykleić półówki Ardell 318. 



Reszta to praktycznie standard używany przeze mnie w ostatnich makijażach. Mam dla Was także dwie propozycje matowych ust i jedną błyszczącą. Oczywiście kolory są mniej intensywne niż w rzeczywistości. Ciężko jest uchwycić rzeczywisty kolor bez dobrego oświetlenia, a ja póki co używam tylko światła dziennego. 










Lista użytych produktów:

Twarz:

Urban Decay Brightening&Tightening Complexion Primer Potion
Marc Jacobs Invisible Under(Cover) Coconut Primer (klik)
Maybelline Affinitone Natural Radiance 03 Light Sand Beige
Mac Pro Longwear Concealer NW 15
Catrice Camouflage Cream 010 Ivory
Ecocera puder bambusowy
Kobo Mat Bronzing & Conturing Powder 311 Nubian Desert
Golden Rose Mineral Terracotta Powder 04 (klik)
theBalm róż  BalmBeach (klik)
MySecret Face Illuminator Powder Princess Dream (klik)

Oczy:

Kobo Eyebrow Stylist
Sleek Brow Perfector Clear
Cienie Inglot: 355, 337, 357
MySecret Loose Eye Shadow nr 6
MySecret Mat 507
Nabla Cosmetics cień Danae
Inglot AMC nr 14
Maybelline Lash Sensational Mascara
Ardell półówki 318

Usta: 

Golden Rose Velvet Matte nr 23, 31
Avon Shine Burst Lipgloss Sheer Peach Splash


Jak Wam się podoba? Szczerze mówiąc dawno nie byłam tak zadowolona z makijażu jak z tego. Coś mi zawsze nie pasowało. Tak patrzę na niego i w sumie chętnie wykonałabym go w Sylwestra albo na jakąś inną okazję, na pewno nie pójdzie w zapomnienie, bo bardzo mi się podoba :)

Piszcie proszę co sądzicie i jakie macie plany na Sylwestra :)

Trzymajcie się ciepło,
Buziaki! :*

czwartek, 15 grudnia 2016

Sephora Lip Masks: różana i z masłem shea

Dzień dobry! :)
Jak wiecie a może nie wiecie jestem pomadkowym freakiem. Mam ich mnóstwo i używam codziennie. Niestety moje usta już nie są takim zwolennikiem pomadek, a już na pewno nie tych płynnych matowych. Z tego też powodu bardzo o nie dbam, zresztą one wiedzą dokładnie jak upominać się o porządną dawkę nawilżenia. Buszując po sklepie internetowym Sephory dorwałam takie cudaki jak maseczki w płacie do ust. Jeśli jesteście ciekawi co o nich myślę to zapraszam dalej. 




Bardzo podoba mi się ta grafika. Jest taka prosta i na pierwszy rzut oka widać o co chodzi, do czego jest przeznaczona i jakie ma działanie. Takie rzeczy lubię. Czasem trafiam na produkty, których otworzenie to prawie fizyka kwantowa, no może przesadziłam, ale przyznaję, że czasem muszę się nagłowić, kiedy producent wymyśli jakieś 'fancy' opakowanie. 

Przed wykonaniem każdej z maseczek zrobiłam peeling ust. Jedno opakowanie maseczki kosztuje 9 zł, mało czy dużo? W tej cenie mam moja ulubioną maseczkę w płacie marki Mizon, także na pewno porównując w tych kategoriach nie jest to cena najniższa. Maseczki mogą trochę zjeżdżać z ust, a mówienie w nich jest praktycznie niemożliwe. W zasadzie mówienie nie różni się 


Pierwszą maseczką jest maseczka z masłem shea, która według producenta jest naprawcza i ochronna. Według mnie daje bardzo fajną dawkę nawilżenia i fajnie przygotowuje usta pod ciężką pomadkę. Przedłuża komfort na ustach i trochę je rozjaśnia. Ładnie pachnie i nie wydaje się być niedobra nawet jak przez przypadek dostanie się do ust.


Różana natomiast ma za zadanie nawilżyć i wygładzić usta. Jeśli chodzi o nawilżenie to jakoś szczególnie mnie nie powaliła, ale jeśli chodzi o wygładzenie ust to rewelacja. Wydają się być takie bardziej jednolite, miękkie i zaryzykuję stwierdzenie 'soczyste'. Pomadka wręcz o nich sunie i wygląda na taką gładką, przez to, że linie są mniej widoczne. 


Czy są to produkty niezbędne? Absolutnie nie, czasem po prostu jest ciekawe wypróbować coś innego. Zwłaszcza jak się się takim maniakiem produktów do ust jak ja ;)

Znacie jakiś ciekawy produkt do ust? Polecacie coś? Co sądzicie o tych maseczkach?
Buziaki! :*

wtorek, 13 grudnia 2016

The Body Shop Honey Bronzer Bronzing Powder

Nie wiem jak Wam, ale mi okropnie brakuje słońca. Czasami myślami odpływam gdzieś do dalekich krajów, gdzie wygrzewam swoje zmarznięte kości. Łapię wszystko co kojarzy mi się z ciepłem, nie tylko swoim materiałem, ale i kolorem - przede wszystkim kolorem. Dlatego z czeluści szufladek wydobyłam bronzer, który kupiłam dawno temu, ale dopiero teraz dostał szansę by zaistnieć. Mowa o The Body Shop Honey Bronzer Bronzing Powder.


Kupiłam go z pół roku temu w jakiejś szalonej promocji za 19,50 czyli 1/3 ceny wyjściowej. Jak mogłam go nie wziąć? Musiałam.. Jednakże ważniejsze dla mnie było wtedy używanie produktów, które mam już długo, dodatkowo moje oczekiwania od bronzera były trochę inne. Lato rządzi się swoimi prawami, tak jak i zima. Kiedy przyszły chłodniejsze miesiące i zrobiłam porządki w swoim zbiorze przypomniałam sobie o tym małym, niepozornym produkcie i zaczęłam go używać. Od kiedy zaczęłam nie mogę przestać i rzadko kiedy sięgam po inny bronzer jeśli chodzi zwłaszcza o makijaż dzienny.



Uwielbiam opakowanie tego produktu, jest takie małe, kompaktowe i z lusterkiem. Nie wiem jak Wam, ale mi przez kolor opakowania kojarzy się trochę z kosmetykami, które były kiedyś albo z oprawkami do okularów. Czy Wam też się czasem tak dziwnie kojarzą kosmetyki?
To tłoczenie jak plaster miodu bardzo mi się podoba, niestety u mnie w tym momencie jest już trochę zużyte. Nakładam go pędzlem Real Techniques Blush Brush jak większość takich produktów.


Jego aplikacja jest bezproblemowa, nie robi żadnych plam, bardzo łatwo się rozciera. Kolor ma bardzo ładny, zdecydowanie będzie pasował bladym osobom. Powiedziałabym, że jest to neutralny odcień z domieszką czegoś ciepłego, nie używałam go jednak do konturowania, więc nie wiem jak się w tej kwestii sprawdzi, bo jeśli już się zaczynam porządnie konturować to lubię czasem konturowanie a'la Kim Kardashian. U mnie ten produkt bardzo ładne wygląda nałożony na policzki, czoło i linię żuchwy dużym pędzlem. Co do utrzymywania to nie mam mu nic do zarzucenia, bo jest produktem, który bardzo ładnie się trzyma, mimo, że jestem osobą, która często podpiera twarz na dłoni. Używam tego produkty 2-3 miesiące i już widzę, że jest bardzo wydajny. Polecam Wam wypróbować ten produkt. Dostępnych jest kilka odcieni.


A jakie są Wasze ulubione bronzery? Wolicie róż czy bronzer?

Buziaki! :*

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Błyszczący romantyczny makijaż na każdą okazję

Dzień dobry! :)
Ostatnio miałam bardzo mało czasu, mniej niż zwykle, bo często po prostu nie mam siły i mi się nie chce siadać do komputera, a teraz po prostu nie miałam czasu. Jakiś zwariowany był listopad i grudzień zapowiada się podobnie. Wzięłam sobie za postanowienie, że częściej będą pojawiać się makijaże, a że miałam w końcu okazję usiąść, pomalować się i zrobić zdjęcia to dzisiaj zapraszam Was na nowy post. Nie jestem żadną mistrzynią makijażu, lubię się malować, maluję się prawie codziennie, ale nie mam problemu, żeby wyjść z domu bez niego. 


Do stworzenia tego makijażu posłużyły mi cienie GlamShadows, których używam praktycznie codziennie od sierpnia. Jakoś tak są moim pierwszym wyborem kiedy się spieszę. Jak się bardzo spieszę to wiadomo rezygnuję z cieni. 







Jeśli chodzi o pracę z tymi cieniami to sama przyjemność. Nie osypują się, ładnie rozcierają, nie robią plam, a cień Różowe złoto to petarda, zwłaszcza jeśli nałożymy go na mokro - tak zazwyczaj go aplikuję albo palcem. Pędzlem można nie wydobyć z niego całego potencjału, a to jest piękny, metaliczny, właściwie to foliowy cień, który robi za nas całą robotę. Szkoda tylko, że na zdjęciach nie widać jaki jest piękny, następnym razem zrobię swatche na dłoni. Niestety najsłabszym punktem tego makijażu są rzęsy, bo ta mascara jakoś nie chce się ze mną dogadać.   




Wydaje mi się, że jest to makijaż na każda okazję, bo dla odważniejszych czy dla tych z Was, które mogą nosić taki makijaż sprawdzi się na co dzień, ale też na większe wyjście, na randkę, spotkanie czy może właśnie święta albo wesele. Jest to tak uniwersalny makijaż, że powinien pasować każdej tęczówce zwłaszcza złotej i piwnej. 



UŻYTE PRODUKTY:

Twarz:

Urban Decay Brightening&Tightening Primer
Maybelline Affinitone nr 03
Ecocera puder bambusowy
The Body Shop Honey Bronzer 01
Rouge Bunny Rouge róż 036
L'Oreal True Match Highlight 202 Rosy Glow

Oczy:

Urban Decay Primer Potion (Eden)
Cienie GlamSHADOWS: Matowy cielak, Szare bordo, Różowe złoto, Marsala, Migotka
L'Oreal FLW Sculpt
theBalm Brow Pow puder do brwi nr 02
Inglot Brow Shaping Mascara nr 02

Usta:
Avon Extralasting Lipstick Totally Twig



Niestety światło nie dopisuje o tej porze roku. Moje włosy wyglądają na praktycznie czarne, wybaczcie. Jeśli chodzi o makijaż to kolory są praktycznie takie same jak na żywo tylko ich intensywność jest zmniejszona.

czwartek, 1 grudnia 2016

PROJEKT DENKO #8

Dzień dobry! :)
Miałam dzisiaj nie pisać, ale że utknęłam w domu z jelitówką stwierdziłam, że nie chcę mieć uczucia zmarnowanego czasu, ponieważ już i tak nie pójdę najprawdopodobniej na zajęcia, nie będę ryzykować. Wczoraj miałam taki dzień, że poza jednymi zajęciami spędziłam go w łóżku, bo miałam jakiś taki zjazd psychiczny. Zaczęło mnie przytłaczać wszystko i poczułam okropne zmęczenie psychiczne. Jestem typem neurotycznym, więc czasem przychodzi do mnie taki Weltschmerz, rzadko się to zdarza, bo zwykle jestem wesołą, ekspresyjną osobą i trochę postrzeloną. Niektórzy myślą nawet, że jestem nadpobudliwa, ale co to to nie :D Takim długim wstępem zapraszam Was na przedostatnie denko tego roku, bo myślę, że jeszcze jedno podsumowujące pod koniec miesiąca się pojawi. Jeśli jesteście ciekawe co udało mi się zużyć to zapraszam dalej :)



Pierwszym produktem jest olejek do demakijażu TBS Camomile Silky Cleansing Oil, który pochodzi z tej samej serii co słynne masełko do demakijażu. Jest to dobry produkt, który bardzo ładnie usuwał makijaż. Mniej mglił oczy niż olejek Resibo. Być może jeszcze do niego wrócę aczkolwiek teraz czekam na przesyłkę z olejkiem z Korei. Zobaczymy czy jest jakaś różnica, chociaż słyszałam, że nie ma zbyt wielkiej między wszystkimi olejkami. Kolejny produkt to Natura Estonica Gineseng&Acai Face Tonic, czyli nic innego jak pięknie pachnący tonik, który używałam z czystą przyjemnością. Jeśli na niego traficie to kupujcie, bo pięknie pachnie i orzeźwia skórę, jest dość wydajny, starczył mi na niecałe dwa miesiące, a ja toniki zużywam w tempie ekspresowym, kosztuje ok. 15 zł. Produkt pod oczy, który służył mi bardzo długo to Eucerin Hyaluron - Filler. Z tego co wiem to marka została wycofana z Polski, ale jeśli jeszcze go gdzieś dorwiecie to serdecznie polecam. Bardzo dobrze nawilżający i odżywiający krem pod oczy. 


To już moja druga butelka płynu micelarnego z olejkiem Garnier, ale powiem Wam szczerze, że nie do końca wiem co w moi widziałam, bo teraz mam wersję różową i spisuje mi się znakomicie, do tej już raczej nie wrócę. Zostawia tłustą warstwę i średnio zmywa makijaż. Kolejnym produktem jest olejek do kąpieli i masażu Organique o zapachu pomarańczowym. Olejki bardzo lubię, często po nie sięgam pod prysznicem zamiast po balsamy do ciała później. Ten pięknie pachniał i dobrze nawilżał na długo, bo to ważne w przypadku olejków. Kolejnym produktem jest olejek pod prysznic YR z olejkiem arganowym, którego zapach według mnie jest okropnie męczący. Mam jeszcze jedną butelkę, ponieważ składałam to zamówienie w ciemno i nie wiedziałam, że nie będzie mi się podobać. Myje okej, nie wysusza, taki przeciętniak. Jeśli chodzi o włosy to zużyłam odżywkę Inebrya Ice Cream T-Dry, której do włosów nie zużyłam, tylko do nawilżania pędzli i depilacji. Włosy za bardzo obciążała i przetłuszczała. Jeśli macie bardzo przesuszone włosy to być może da radę, u mnie klapa. 


Peeling solny do stóp Pat&Rub to mój must have (klik). Mam nadzieję, że został on w asortymencie Naturativ, bo oczywiście do niego wrócę. Organique czekoladowe masło do ciała to produkt, który musiałam się zmuszać, żeby zużyć, bo zapach kompletnie mi się nie podobał. Opalenizny nie zauważyłam, za to całkiem nieźle nawilżał i zostawiał skórę mięciutką. Dobrze się rozprowadzał i był całkiem wydajny. Gdyby nie ten zapach to być może bym do niego wróciła, a tak to znajdę coś innego.


Skarpetki złuszczające Silcatil to najgorszy bubel jaki ostatnio wpadł w moje ręce. Mało miałam takich produktów, które aż tak mnie zawiodły. Kiedy otworzyłam opakowanie ze skarpetek już wylewał się płyn, trzeba je trzymać dwie godziny, kto ma tyle czasu na skarpetki złuszczające? Najgorsze jednak było to, że ta skóra schodziła jakby chciała a nie mogła. Jeden dzień schodziła mi tak mocniej, a potem praktycznie przestała. Tragiczny produkt, kompletnie nie polecam i nie kupię ponownie. Znaczę lepsze są te L'Biotica. Płatki pod oczy Efektima są rewelacyjne, nie ma znaczenia, którą wersję wybierzecie powinnyście być zadowolone, ja z obu jestem bardzo. 


Kolejnym produktem już wymęczonym i wyglądającym okropnie jest puder Rimmel Stay Matt. Sam produkt jest rewelacyjny, ale nie pogniewałabym się, gdyby zmienili to okropnie opakowanie. Na pewno jeszcze do niego wrócę jak tylko zużyję część moich pudrów. Ostatnim produktem jest mascara Maybelline the falsies Pushup Drama wersja wodoodporna. Tragiczny tusz, sklejał niemiłosiernie rzęsy i miał kującą szczoteczkę, dodatkowo nie zauważyłam, żeby przez swoją wodoodporność był jakkolwiek bardziej trwały. Nie polecam.


I to już wszystko co zużyłam ostatnimi czasy. Jak tam Wasze zużycia? Znacie coś z moich? Lubicie denka?
Buziaki! :*