maja 31, 2017

Zakupy z jolse.com

Zakupy z jolse.com
Cześć! :)
Chciałam najpierw zrobić duży haul zakupowy, ale z kolejnych postów być może się dowiecie co kupiłam, więc nie będę szaleć, ale za to chciałam Wam pokazać co zamówiłam z koreańskiej strony jolse.com. Robiłam bardzo duże zamówienie wspólnie z koleżankami i przy zakupach powyżej 150$ miałyśmy darmową przesyłkę kurierem, co było super rozwiązaniem, bo pieniądze wysłałam w środę, a w poniedziałek pisali do mnie ze szczegółowymi danymi do wysyłki, natomiast już w czwartek paczka była u mnie. Ekspresowo! :) Do tego dostałyśmy mnóstwo próbek i miniatur, ale przede wszystkim zaoszczędziłyśmy całkiem sporo przy zakupach na Jolse. Zapomniałam Wam napisać, że przesyłka ogólnie jest darmowa, ale trzeba wziąć pod uwagę, że wtedy nie dostaniemy numeru przewozowego, do przesyłki śledzonej trzeba dopłacić 2,5$, czyli podobnie jak w Polsce. Jeśli mamy już wstęp to przejdźmy do zakupów, znajdę Wam te produkty i wrzucę linki :)


Pierwszym produktem jest bąbelkująca maseczka EllizaVecca Milky Piggy Carbonated Buble Clay Mask (klik), czyli bardzo popularny produkt zarówno w Korei jak i w Polsce. Ogromnie mnie kusił, więc stwierdziłam, że czemu nie, zobaczymy jak się sprawdzi. Kolejny produktem jest pianka marki Missha Super Seed Foam Yuya (klik), którą pierwszy raz widziałam na oczy. Jako, że poza jedną maseczką w płacie, tej marki w ogóle nie znam to stwierdziłam, że trzeba coś wypróbować, trzeba się otwierać na nowe produkty. Kolejny produkt to maseczka SkinFood Freshmade Watermelon Mask (klik), kupiłam ją, bo skończyła mi się różana maseczka z TBS, którą bardzo lubiłam i szukałam dla niej następstwa, a coś czuję, że ta będzie idealna na lato. Ostatni z większych produktów to coś co opanowało ostatnio instagram i pojawia się w wielu postach z pielęgnacją koreańską i nie tylko, a jest to Laneige Lip Sleeping Mask (klik). Jako maniaczka produktów do pielęgnacji ust nie mogłam się oprzeć i wzięłam, zapowiada się obiecująco.  


A teraz deal jakich mało. W Polsce jedna maseczka z tej serii TonyMoly (klik) kosztuje ok. 15 zł. Ja za 11 zapłaciłam 10,50$, a z tego co widzę to można je kupić nawet taniej. Za jedną zapłaciłam mniej więcej 3,6 zł. To chyba najtańsze maseczki w płacie jakie kiedykolwiek udało mi się kupić, a z tego co wiem to są dobre. Przetestujemy, zobaczymy, niemniej tyle wygrać i zaoszczędzić :D


Ostatnimi już maseczkami są maseczki ogórkowe Holika Holika Pure Essence (klik) oraz maseczki truskawkowe Innisfree It's Real Squeeze Mask (klik). Oczywiście dostępnych jest kilka jak nie kilkanaście wariantów tych maseczek. 

Jak widać maseczek starczy mi na długi, długi czas :D Jest to moje drugie zamówienie z tej strony i na pewno jeszcze nie raz na nią zajrzę. Mają bogaty asortyment, wiele marek i dużo taniej dostępne produkty niż w Polsce, a do tego obsypują mnóstwem próbek. Polecam Wam z czystym sumieniem. 

Znacie te stronę? Lubicie koreańską pielęgnację? Znacie któryś z produktów? A może polecacie coś innego? Dajcie znać koniecznie :)
Buziaki! :*

maja 30, 2017

DENKO 3 #2017

11
DENKO 3 #2017
Dzień dobry, witajcie! :)
Wszędzie mnie ostatnio mniej, ale jakoś nie mogę przysiąść i czegokolwiek zrobić. Być może brakuje mi motywacji, ale to nie tylko do pisania bloga, ale ogólnie do wszystkiego. Niestety teraz będę musiała się zmotywować, bo sesja zbliża się wielkimi krokami. Również wielkimi krokami zbliża się wesele mojej koleżanki i dawno nie byłam tak w czarnej ... no wiecie, a dlaczego to jeśli widziałyście ostatnie zdjęcie na instagramie to możecie się domyślić :) Mam dzisiaj dla Was post z dużym denkiem z dwóch miesięcy, zwłaszcza dużym jeśli chodzi o kolorówkę, a jak wiemy zużyć kolorówkę to nie taka prosta sprawa :D Jeśli chcecie dowiedzieć się o co uszczupliły się moje zbiory kosmetyczne to zapraszam dalej. 


Pierwszym produktem jest regenerujący szampon do włosów Pat&Rub, który jeszcze gdzieś tam był w czeluściach zbiorów, ale jako że kompletnie nie sprawdzał mi się do włosów dodawałam go do mojej mieszanki, którą używam do mycia pędzli, gdzie sprawdził się przyzwoicie. Przypominam, że marka Pat&Rub jest teraz dostępna jako Naturativ. Drugim produktem do włosów jest odżywka do włosów farbowanych L'Oreal Professionel (klik). Szampon jeszcze mam, natomiast odżywkę tak lubiłam używać, że było mi przykro kiedy się skończyła. Jeszcze nie wiem czy do niej wrócę, ale była to bardzo przyzwoita odżywka nawilżająca do włosów, która przepięknie pachniała.


Kolejnym produktem jest żel pod prysznic Fa Magic Oil, ale teraz już sobie kompletnie nie mogę przypomnieć o jakim był zapachu, ale ja produkty z tej serii lubię i czasem po nie sięgam, chociaż ostatnio przerzuciłam się na mycie mydłem, niemniej jak będzie w promocji to nie mówię, że się nie skuszę. Produkt, który stał bardzo długo w łazience to żel do mycia Iwostin Sensitia, który zużyłam to mycia rąk, bo nie bardzo wiedziałam co z nim począć. Peeling, z którego na początku byłam bardzo niezadowolona, a to głównie przez jego bardzo wysoką cenę, bo jeśli dobrze pamiętam to Manna Scrub ze sproszkowanych pestek winogron kosztuje ok. 70 zł. Fakt, jest to produkt naturalny, z certyfikatami, nietestowany na zwierzętach, ale pierwsze co mnie zdziwiło to to, że jest praktycznie suchy, przez co wydawał mi się nie ścierać dobrze skóry, ale jak już nauczycie się z nim pracować to jest to naprawdę dobrze złuszczający i nawilżający peeling. Jednak moim zdaniem można znaleźć coś tańszego na rynku np. serdecznie polegam peelingi Hagi Cosmietics. 


Kolejnym produktem jest żel do higieny intymnej AA, który jako jeden z niewielu drogeryjnych, nie ma na drugim miejscu w składzie SLS, tylko ciut dalej. Obecnie przerzuciłam się na naturalną pielęgnację, ale jeśli chodzi o produkty dostępne w drogerii to ten Wam polecam, bo jest delikatny i nie podrażnia. Co do aloesowego dezodorantu Rexona jest naprawdę bardzo fajny, jednak chyba bardziej go lubiłam na zimę. Mam jeszcze jedno opakowanie, które na pewno zużyję, bo ładnie pachnie, całkiem dobrze chroni i nie podrażnia.


Tak jak wspominałam zaczęłam z powrotem używać kostek do mycia i jedna, którą mam w użyciu to Nesti Dante, którą dostałam. Niestety mimo, że jest to produkt naturalny o dobrym składzie to wysusza skórę, więc do niej nie wrócę, myć myje, gdyby jeszcze nie wysuszała. Kolejnym produktem to kultowy słoiczek balsamu do ust Tisane. Najlepszy balsam do ust bez dwóch zdań, bije Carmex na łeb na szyję. Zużyłam także czarną pastę do mycia zębów Manna Cosmietics, która była bardzo dobra, naturalna, dobrze myła zęby i odświeżała, ale tyle ile bałaganu robiła przy tym to chyba wolę normalne pasty, a poza tym jej cena nie zachęca. 


Dużo w tym razem jest pielęgnacji twarzy. Hydrolat lawendowy ZSK zużyłam do połowy i dalej nie byłam w stanie wytrzymać zapachu, bo czuć to rzepą, no dramat! To nie ma nic wspólnego z zapachem pięknej lawendy, a wychodzę z założenia, że pielęgnacja ma być nie tylko skuteczna, ale ma być przyjemna, a tutaj niczego z tych dwóch rzeczy nie uraczycie. Kolejny produkt to tonik Pat&Rub, który też nie pachniał pięknie, ale dało się to przeżyć, bo nie był zły, bardzo przyjemnie odświeżał skórę, ale z niego to był dziwak, bo pienił się, tak dobrze czytacie. Do tego potrafił pienić też kolejne produkty, więc na pewno do niego nie wrócę. Ostatni tonik to produkt z Organique Eternal Gold, który był naprawdę rewelacyjny, pięknie pachniał, bardzo ładnie odświeżał skórę i nawilżał, warto się nim zainteresować. 


Produktem do pielęgnacji, który mnie bardzo pozytywnie zaskoczył jest TBS Olis Of Life intensywnie rewitalizujący olejek do twarzy, który pięknie nawilżał cerę, koił, dodawał jej blasku i nie przetłuszczał, stosowałam zazwyczaj na wieczór i byłam bardzo zadowolona, kto wie, może jeszcze się spotkamy. Zużyłam także maseczkę TBS British Rose (klik), którą tak lubiłam, że jak widzicie skończyła się. Do tej maseczki jeszcze kiedyś wrócę, chociaż mam wrażenie, że na początku działa lepiej niż pod koniec, być może za często jej używałam i nie dawała już takich efektów, nie mniej jest to bardzo ładnie odświeżająca i nawilżająca maska. Produktem, który był u mnie bardzo długo, ale nie dlatego, że był zły, tylko z powodu jego wydajności jest peeling enzymatyczny Organique (klik), który jest idealny do cery wrażliwej, bardzo ładnie złuszcza skórę, a przez to, że jest to produkt, z którego efektami trzeba trochę poczekać mam wrażenie, że dłużej te efekty są widoczne. Bardzo dobry produkt, który z czystym sumieniem mogę Wam polecić. Ostatnim produktem jest maseczka Clinique Overnight Moisture Surge czy jakoś tak (klik), której zostało mi malutko, ale niestety skoczyła się data ważności, co prawda można powiedzieć, że 95% z niej zużyłam. Dobra całonocna maseczka, ale już do niej nie wrócę, bo po prostu po takim czasie zdążyła mi się znudzić. 


Pierwszego produktu niestety muszę się pozbyć, bo to co robił to dramat, a niestety jest bardzo bardzo drogi, mowa o podkładzie Laura Mercier Smooth Flawless Finish Fluide (klik), okropnie wyglądał na mojej skórze, nie polubiliśmy się i na pewno do niego nie wrócę. Krycie ma raczej słabe, nieestetycznie wchodzi w pory i podkreśla suche skórki. Kolejny produkt to pomadka GR Matt Lipstick Crayon nr 11 (klik). Bardzo ładny dzienny kolor, przyjemna formuła, bardzo łatwa do poprawek, dość trwała, komfortowa na ustach, lubię je i być może jeszcze do nich wrócę, póki co mam jeszcze dwie inne z tej serii. Rozświetlacz Lovely Gold Highliter to już produkt kultowy (klik), a jego recenzja to jeden z najczęściej wyświetlanych postów. Piękny, delikatny złoty kolor, który wygląda bajecznie na policzkach, w zasadzie powiedziałabym, że jest bardziej szampański niż złoty. Używałam go bardzo długo, niestety końcówka mi się wysypała, ale produkt tani jak barszcz, dostępny w każdym Rossmannie, jeśli jeszcze nie znacie koniecznie musicie nadrobić zaległości. Puder do brwi theBalm Brow Pow (klik) również bardzo długo mi towarzyszył i bardzo go lubiłam, raczej do niego nie wrócę, ale jest to rewelacyjny produkt, jeśli macie minimalnie cieplejsze włosy spisze się u Was rewelacyjnie. Puder Infallibe L'Oreal w zasadzie dopiero zużywam, bo to opakowanie mi się rozwaliło, a zużyłam puder Ecocera, do którego przesypałam ów puder, co do pudru bambusowego Ecocera to naprawdę nie rozumiem fenomenu, jak dla mnie za krótko trzymał mat i potrafił dać efekt płaskiego matu, niestety, a szkoda, bo to również tani produkt. Ostatnim produktem są rzęsy Secret Lashes dla Intimissimi, które były rewelacyjne, dostałam je kiedyś jako gratis do zakupów i bardzo żałuję, że na stronie producenta ich nie można dostać. 


Sole do kąpieli Knepp są bardzo przyjemne, zwłaszcza zapach melisa i lawenda, gdzieś w zapasach mam jeszcze jedną, na pewno jak zrobi się chłodniej to do nich wrócę. Płatki pod oczy Efectima naprawdę lubię i z czystym sumieniem mogę Wam polecić, dobrze nawilżają i zmniejszają opuchliznę, zresztą w denku pojawiają się bardzo często. Płatki pod oczy Perfecta odpuściłabym sobie, bo niczego mi nie urwały. 


Szybkie rozeznanie, maski Mizon z propolisem i zieloną herbatą bardzo serdecznie Wam polecam, jedyna maska Mizon, po którą nie sięgałabym to ta z lawendą, bo ma dziwną płachtę i nie robi niczego nadzwyczajnego. Maska Skin79 Bubble bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Skóra jest pięknie oczyszczona, a przy tym jej nie ściąga. Maseczka Etiude House była dodatkiem do mojego zamówienia z jolse.com. Czuć było alkohol i kompletnie nic nie zrobiła, zresztą tak samo jak maseczka panda ze Skin79.


Ostatnie maseczki to takie, o których nie mam zdania, przynajmniej na razie. Nie były złe, ale również szału nie zauważyłam, nie odradzam ani nie polecam.

Uf i to już wszystkie zużycia. A jak tam u Was? Zużywacie wszystko na bieżąco? Znacie coś z tych produktów? Coś Was zaciekawiło?
Piszcie koniecznie, buziaki! :*

maja 21, 2017

Pilaten Black Mask oczyszczająca maseczka do twarzy

Pilaten Black Mask oczyszczająca maseczka do twarzy
Cześć! :)
Tak jak pisałam Wam w poprzednim poście bardzo dużo u mnie ostatnio koreańskiej pielęgnacji. Moja skóra ostatnio świruje, a wągry na nosie to mój odwieczny problem, więc coraz częściej sięgam po oczyszczające produkty do twarzy. Jeśli jesteście ciekawe jak sprawdziła się słynna czarna maska do twarzy to zapraszam dalej.


Maseczka Pilaten zapakowana została w tubkę z dość dużym dziubkiem. Jest to małe i poręczne opakowanie, aczkolwiek aplikacja tego produktu bywa nie raz uciążliwa. Jest to gęsta maska, a przez ten otwór wylewa jej się czasem za dużo, co oczywiście wpływa na jej wydajność. W opakowaniu znajduje się 60 g produktu. Swoją tubkę kupiłam na mintishop.pl przy okazji innych zakupów, ale za dużo zapłaciłam, bo na innych stronach znajdziecie ją trochę taniej.


Pachnie bardzo ładnie, powiedziałabym, że kwiatowo. Zasycha po ok. 20 minutach, ale lepiej zostawić ją na 30 minut jak sugeruje producent, bo wtedy wyciągnie jeszcze więcej brzydkich rzeczy z Waszej skóry. Po jej zastosowaniu widzę ile zaskórników zniknęło z mojego nosa, ponieważ jest to maseczka peel-off. Widzę jak rozszerzone pory znikają, a skóra wydaje się być bardziej jednolita. Jest to mocna maska z zawartością węgla bambusowego, która ma zabijać bakterie, ściągać i oczyszczać, i to właśnie robi. Dodatkowo mam wrażenie, że ta skóra jest bardziej jednolita, ale nie zauważyłam po jej zastosowaniu jakiegoś szczególnego rozjaśnienia. Co do świecenia się skóry ciężko jest mi się wypowiedzieć, bo stosuję w tym momencie również inne produkty, które mają temu zapobiec, ale faktycznie w dniu użycia ta kontrola sebum jest jakby większa.


Stosuję ją tylko w wybranych partiach skóry, zazwyczaj nakładam ją również na czoło. Jest to maska, która nie tyle co może przesuszyć, ale podrażnić delikatną skórę. U mnie nic takiego nie miało miejsca, ale skórom wrażliwym, naczynkowym radziłabym uważać na ten produkt.  Jak dla mnie jest to rewelacyjny produkt, do którego z chęcią wrócę jeśli nie znajdę nic lepszego. Dostępna jest w wielu sklepach internetowych. Mogę z czystym sumieniem polecić ją skórom tłustym jak i mieszanym.

Udanej niedzieli!
Buziaki :*

maja 15, 2017

Holika Holika Aloesowa pianka do mycia twarzy

Holika Holika Aloesowa pianka do mycia twarzy
Dzień dobry! :)
Jak pierwszy dzień tygodnia? Dla mnie to dzień dość luźny, gdzie mam zajęcia, ale też mam dużo czasu dla siebie i robienie innych rzeczy. Na pewno będę się przygotowywać na sesję zdjęciową jaka czeka mnie we wtorek, w roli makijażystki oczywiście. Bardzo się cieszę, ale jak zawsze denerwuję się również, w końcu nie jestem profesjonalistką. Ale odejdźmy od stresujących rzeczy i zajmijmy się czymś przyjemniejszym, czyli recenzją.

Już jakiś czas temu koreańska pielęgnacja totalnie mnie wciągnęła. Może jeszcze nie widać tego na blogu, bo dalej szukam produktów wartych uwagi albo jestem w trakcie testów. Jeden z nich chciałabym Wam dzisiaj przedstawić, bo jest to produkt zdecydowanie godny uwagi, jeśli chcecie wiedzieć więcej to zapraszam dalej.


OD PRODUCENTA:

Aloe 99% Cleansing Foam to delikatna pianka do oczyszczania skóry twarzy z zawartością 92% soku z aloesu. Produkt przynosi efekt nawilżenia, chłodzenia i odświeżenia dzięki wysokiej zawartości soku z Aloesu, który pochodzi z czystej wyspy Jeju w Korei Południowej. Czysty i świeży sok z liści aloesu jest uzyskany w procesie fermentacji przy użyciu grzybów. Dzięki temu żel jest jeszcze bardziej naturalny bez zbędnych konserwantów i daje jeszcze większy efekt łagodzący dla skóry. Delikatnie oczyszcza utrzymując odpowiedni poziom pH skóry. Łagodzi podrażnienia i zmniejsza zaczerwienienie skóry zapewniając świeży i zdrowy wygląd. Posiada naturalny skład bez parabenów, olejów mineralnych i barwników, dlatego też nie powoduje podrażnień i nie przesusza skóry. Nadaje się do każdego rodzaju skóry.



Produkt dostajemy w pięknym opakowaniu w kształcie liścia aloesu. Mam tutaj 150 ml pianki co mycia. Niestety plastik jest tak twardy, że jestem przekonana, że im większe będzie zużycie tym gorzej będzie go wydostać. Co tyczy się dozowania to niestety pianki wydostaje się za dużo, bo otwór jest za duży, co wpływa na wydajność, która mimo wszystko moim zdaniem jest wzorowa. Starczy na pewno na długo, sama używam go już przynajmniej miesiąc i jeszcze na długo mi wystarczy.


Zapach jest bardzo przyjemy, delikatny, na pewno nie jest to coś co może nas podrażnić. Pianka jest bardzo delikatna dla skóry, przynajmniej w moim przypadku, bo wyczytałam kilka opinii, że potrafi podrażnić, u mnie nic takiego się nie stało. Od kiedy ją stosuję mam wrażenie, że moja skóra jest gładsza, a przy tym nie wysuszona, chociaż to pewnie zasługa również innych produktów. Nie zauważyłam, żeby nawilżała, chociaż przy zawartości 92% aloesu wydaje mi się, że efekt powinien być widoczny. Dla mnie jednak ważne jest to, że nie wysuszyła mojej skóry, nie uczuliła mnie, nie spowodowała wyprysków. 

Bardzo dobrze się pieni, ładnie oczyszcza i odświeża skórę. Dla mnie pianka to zawsze drugi krok w pielęgnacji, zwłaszcza w dniach kiedy noszę makijaż. W pozostałych ograniczam się tylko do umycia twarzy nią. Moja skóra ostatnio daje mi popalić, dlatego na pewno wbrew zapewnieniom producenta nie polecałabym jej do skóry suchej, bo wydaje mi się, że może zrobić więcej szkody niż dobrego. Sama mam cerę mieszaną, czasem odwodnioną i wtedy czuję delikatne ściągnięcie głównie na policzkach. Nie jest to produkt idealny, ale jak na razie to jedna z lepszych pianek jakie miałam okazję stosować. Stosuję ją raz dziennie i w tym celu sprawdza się rewelacyjnie, w większej ilości bym jej nie używała.


Znalazła się w moich ulubieńcach i lubię ją, ale nie jest to produkt pozbawiony wad. Po napisaniu recenzji podoba mi się trochę mniej niż przed. Używam jej z przyjemnością, ale raczej do niej nie wrócę. 

A Wy znacie ten produkt? Jaki macie stosunek do koreańskiej pielęgnacji? Polecacie jakieś pianki do mycia? Piszcie koniecznie, chętnie skorzystam z Waszych porad :)

Buziaki i udanego tygodnia! :*

maja 12, 2017

KULTURALNY PIĄTEK #serialowo

KULTURALNY PIĄTEK #serialowo
Dzień dobry!
Jak Wam minął tydzień? Jak zapowiada się Wasz weekend? Jeśli nie macie nic konkretnego w planach to może wybierzecie sobie coś z mojej listy seriali jakie mam Wam dzisiaj do polecenia, a przychodzę jak zwykle z pięcioma propozycjami do wyboru. Jeśli chcecie wiedzieć co mam dla Was na dzisiaj to zapraszam dalej :)


1. 13 Powodów, czyli zdecydowanie najgłośniejszy serial ostatniego miesiąca, a to za sprawą Netflixa, który wyreżyserował go w taki sposób, że chcesz wiedzieć co będzie dalej, ale niedocześnie nie chcesz wiedzieć, bo od początku wiesz jaki będzie finał. Tak jak wszyscy nie polecam tego osobom, które cierpią na depresje albo poważny kryzys w życiu. Powinny go obejrzeć osoby młodsze jak i starsze, bo czasem można przeoczyć coś oczywistego. Ja jestem z tych osób, które obejrzały go w niecałe 24 i po skończeniu ostatniego odcinka nie mogłam znaleźć sobie miejsca, nie wiedziałam kompletnie co mam ze sobą zrobić, dawno nic nie wywarło we mnie takich emocji. Polecam serdecznie, a mojej przyjaciółce dziękuję za polecenie :)



2. The Get Down - serial, który znalazłam przez przypadek szukając czegoś nowego i ciekawego. Akcja toczy się w latach 70. na nowojorskim Bronxie, kiedy był bardzo nieprzyjaznym mieście, gdzie mieszkali głównie Latynosi czy Afroamerykanie. Wtedy też prężnie rozwijała się branża muzyczna, a rozwijały się disco, hip-hop czy funk. Wtedy też na Bronxie handlowało się narkotykami i była to naprawdę niebezpieczna dzielnica. Jeśli jesteście ciekawi jak w tym czasie odnalazła się grupka młodych dzieciaków, który chcieli rozwijać swoje pasje to koniecznie zobaczcie ten serial. Jest to jeden z lepiej zrobionych seriali jakie wiedziałam ostatnio.

3. Iron Fist, czyli serial o kolejnym bohaterze komiksów Marvel. Tym razem mamy do czynienia z chłopakiem, który przeżył katastrofę lotniczą i po 15 latach wraca do Nowego Jorku. Jest też większościowym udziałowcem jednej z ważniejszych firm w mieście, która ma powiązania z tajemniczą organizacją zwaną Ręka. Jak miałabym wybierać między tym serialem a Darvedevil'em to wybrałabym ten. Jakoś bardziej przypadł mi do gustu, może dlatego, że więcej rzeczy się dzieje i nie cały czas jest tak ciemno, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Jeśli jesteście fanami superbohaterów to sprawdźcie sobie ten serial. 




4. Girlboss, czyli coś co poleciła mi koleżanka. Główna bohaterka, dziewczyna która rezygnuje z każdej pracy, bo w każdej jej coś nie opowiada. Ma wyczucie stylu, zna się na modzie i kiedy w jednym ze sklepów trafia na rewelacyjną kurtkę, którą kupuje za kilka dolarów, postanawia, że weźmie sprawy w swoje ręce i będzie sama sobie szefem. Sprzedaje kurtkę za znacznie wyższą cenę i tak zaczyna zarabiać na swoje życie. Jest to zabawny serial, akurat na wieczór, żeby się trochę zrelaksować.

5. Riverdale, czyli coś co skojarzyło mi się z Pretty Little Liars (które na początku drugiego sezonu przestałam oglądać), ponieważ serial również zaczyna się od zaginięcia, a potem jak się okazuje zabójstwa Jasona Blossoma, chłopaka z bogatej rodziny mieszkającej w Riverdale. Betty, Arche, Veronika i Jackhead próbują rozwiązać zagadkę jego śmierci. Serial zdecydowanie mnie wciągnął i mam nadzieję, że drugi sezon (na których trochę poczekamy) mnie nie zawiedzie. Rodzinne tajemnice, dramaty, kłamstwa, oszustwa, polecam wszystkim, ale głównie młodszej widowni, bo nie jest to nie wiadomo jak ambitny i wybitny serial, raczej coś przyjemnego do obejrzenia.


I to już wszystko co chciałam Wam polecić, są to seriale, które ostatnimi czasy z przyjemnością mi się oglądało. Jednak zbieram już materiał do następnego serialowego piątku. Polećcie mi coś koniecznie i jeśli znacie coś z tego co ostatnio oglądałam to piszcie jakie macie zdanie na ich temat, chętnie z Wami podyskutuję :)
Udanego weekend i buziaki! :*

maja 11, 2017

Lancome Hypnose Volume Pret-a-Porter Mascara

Lancome Hypnose Volume Pret-a-Porter Mascara
Maskary Lancome z serii Hypnose są jednymi z bardziej znanych maskar, powiedziałabym, że kultowymi, zwłaszcza wersja podstawowa. Mnie niestety ona nie kręci i nie dlatego, że miałam i uważam, że jest zła, bo nie miałam, ale dlatego, że ma tradycyjną szczoteczkę, a jestem wielką zwolenniczką tych silikonowych, zwłaszcza przy moich nie szczególnie udanych rzęsach. Dlatego podczas marcowej promocji w Douglasie zdecydowałam się na wersję Pret-a-Porter. Nie jestem osobą, która wydaje miliony monet na tusz do rzęs, bo przede wszystkim sięgam po Maybelline czy Eveline, ale czasem trzeba zaszaleć. Jeśli jesteście ciekawe co uważam o tym tuszu to zapraszam dalej.


Pierwsze co mi się w niej spodobało to właśnie ta szczoteczka, o której tak mówię, bo jest mała, nie za długa, a 'włoski' ma rozłożone tak, że da się rzęsy pięknie wyczesać. 

Od jakiegoś czasu zauważyłam, że moje rzęsy są dłuższe i jakieś takie bardziej widoczne. Być może jest to sprawka demakijażu oczu olejkami. Absolutnie mi to nie przeszkadza, wręcz cieszę się, że coś się z nimi dzieje. Zawsze przed nałożeniem tuszu podkręcam je zalotką, bo wyglądają wtedy dużo lepiej, a ten tusz podtrzymuje podkręcenie przez cały dzień.


Maskara ma przede wszystkim za zadanie pogrubić rzęsy. Jednak dodatkowo je wydłuża i tak wyciąga rzęsa po rzęsie przez co nawet moje rzęsy potrafią wyglądać jak wachlarz. Efekt da się budować chociaż mi zwykle wystarczy jedna warstwa na co dzień, ale na wieczorne wyjście kiedy nie decyduję się na doklejenie rzęs, dokładam jeszcze jedną warstwę tuszu i jestem niesamowicie zadowolona z efektu. Na początku trzeba nauczyć się z nią pracować, bo potrafi skleić rzęsy, ale kiedy się już do niej przyzwyczai jak było w moim przypadku można uzyskać naprawdę rewelacyjny efekt bez grudek czy pajęczych nóżek. 


Tusz zaskoczył mnie swoją trwałością, bo jeśli chodzi o to to wiele maskar w moim przypadku odpada w przebiegach. Natomiast Hypnose nie kruszy się, nie osypuje, nie odbija się na powiekach przez co możemy być spokojne cały dzień, bo efekt pandy nam nie grozi, za to zdecydowany plus. Był to jeden z ważniejszych czynników decydujących o tym, że w zasadzie używam ten maskary bez przerwy od dwóch miesięcy. Od czasu do czasu sięgałam po inną, ale i tak kolejnego dnia wracałam do tej. Masakra zaskoczyła mnie również głęboką czernią, a także tym, że rzęsy wcale nie są takie sztywne. Nie uczuliła mnie, ale nie mam wrażliwych oczu. Kiedy mi łzawiły przez pogodę nie zauważyłam jakiegoś szczególnego rozmazywania.


Niestety to zdjęcie nie pokazuje jaki efekt daje mi ta masakra. Bardzo ją polubiłam i myślę, że jeśli będzie jeszcze w promocji to po nią sięgnę, bo cena regularna nie jest zachęcająca. Nie mniej jestem z niej bardzo zadowolona i mogę ją Wam z czystym sumieniem polecić.

Znacie tę maskarę? A może znacie inną wersję? Jaki jest Wasz ulubiony tusz do rzęs? Piszcie koniecznie, buziaki! :*

maja 09, 2017

Ulubieńcy kwietnia #2017

Ulubieńcy kwietnia #2017
Cześć, dzień dobry! :)
Witam Was w pierwszym poście w tym miesiącu, niestety pogoda i zdrowie oraz wyjazd dały mi trochę w kość. Całe szczęście jutro idę do alergologa i może w końcu zaczną mnie leczyć, bo ile można mieć katar i brać leki, które działają tylko zapobiegawczo. 
Dzisiaj mam dla Was naprawdę mocno spóźnionych ulubieńców, ale za to mam nadzieję, że znajdziecie w nich coś ciekawego, może coś dla siebie. Jeśli jesteście ciekawe to zapraszam dalej :)


W kwietniu było jak na mnie więcej ulubieńców jeśli chodzi o pielęgnację niż kolorówkę ze względu na to, ze nie miałam jakoś weny do malowania się i wszystko robiłam bardzo szybko. Myślę, że podobnie będzie w przyszły miesiącu.


Pierwszym produktem jest Mizon Water Volume Ex First Essence, który naprawdę przypadł mi do gustu, głównie ze względu na to jakie wygładzenie skóry daje. Bardzo dobrze też nawilża i kolejne produkty lepiej się dzięki niemu wchłaniają. Ma w sobie wyciąg ze śnieżnych alg, które mają za zadanie regenerować skórę, a także zapobiegać jej uszkodzeniom, bardzo Wam ten produkt polecam, tym bardziej, że jak na koreańską esencję to wcale nie jest aż tak drogi. Kolejnym produktem jest Holika Holika aloesowa pianka do mycia twarzy, która naprawdę mnie zachwyciła, a rzadko się zdarza, żeby produkt do mycia twarzy wywarł na mnie takie wrażenie. Przede wszystkim bardzo dobrze myje, ale przy tym nie wysusza i jest delikatna, a resztę napiszę Wam niedługo, bo szykuję recenzję. Jedynym w tym zestawieniu produktem do włosów jest Pharmaceris H szampon łupież tłusty, który bardzo dobrze myje włosy i pielęgnuje skórę głowy, zauważyłam, że nie mam już problemów z łuszczącą się skórą głowy, a ten produkt jest jednym z tych które temu zapobiegły. Nie jest to najtańszy szampon, ale jeśli macie problemy ze skórą głowy to poradzi sobie lepiej niż niejeden apteczny produkt. 


TBS British Rose Mask (klik) to jedna z niewielu maseczek, po które tak chętnie sięgam i powiem Wam, że jest prawie na wykończeniu, bo jest to produkt, który nakłada się na 5-10 minut, a po tym czasie nasza skóra jest mniej opuchnięta, gładsza, bardziej rozświetlona i nawilżona. Jeśli potrzebuję szybkiego działania, zwłaszcza rano to wybór pada na ten produkt. Ostatnim produktem do pielęgnacji jest TBS Japanese Camellia Cream, który nazwałabym już luksusową pielęgnacją ciała. Nie tylko ze względu na cenę, ale również na zapach, składniki, konsystencję, ale również ze względu na przyjemność używania. Chętnie po niego sięgam zwłaszcza rano (która z nas lubi się wtedy balsamować?), bo szybko się wchłania, doskonale nawilża, ale jego piękny zapach zostaje z nami na długie godziny, a muszę przyznać, że dla mnie jest niesamowicie relaksujący. Jeśli traficie w TBS na jakąś promocję to weźcie koniecznie, zakochacie się od pierwszego wąchnięcia. 


Jak na mnie kolorówka w tym miesiącu skromna, ale to ze względu na to, że dość często się nie malowałam, co dla mnie jest dziwne. Pierwszym produktem jest Lancome Volume Pret-a-Porter Mascara, która zachwyciła mnie swoim działaniem na moje rzęsy. Jeśli śledzicie mojego bloga to wiecie, że lubię maskary Maybelline czy Eveline, ale ta zrobiła na mnie ogromne wrażenie, bo moje rzęsy okazały się być widoczne i pogrubione, ale więcej Wam o niej jeszcze napiszę jak najszybciej. Kolejnym produktem jest thebalm Meet Matt(e) Hughes Sincere (klik), czyli moja ulubiona pomadka matowa, na którą zawsze mogę liczyć ze względu na jej uniwersalny kolor, ale także na trwałość. Moim kolejnym ulubieńcem do ust był Clarins Daily Energizing Lovely Lip Balm (klik), który bardzo dobrze nawilża, pięknie pachnie i podkreśla naturalny kolor ust, po więcej zapraszam Was do recenzji. Ostatnim produktem jest znana wszystkim theBalm Mary-Lou Manizer, czyli szampański rozświetlacz, który w kwietniu idealnie pasował do mojej karnacji, jak nigdy. Dawał przepiękną taflę w zależności od tego czego chciałam mocniejszą lub delikatniejszą. Jeśli jeszcze nie znacie tego produktu to serdecznie Wam polecam. 

I to już wszystkie produkty, które bardzo lubiłam w poprzednim miesiącu. A jak wyglądali Wasi ulubieńcy? Znacie coś z moich? Polecacie coś?
Piszcie koniecznie i buziaki! :*
Copyright © 2014 U Vajlet , Blogger