wtorek, 29 listopada 2016

♣ Ulubieńcy listopada

Witajcie! :)
Nie mogę uwierzyć, że już Wam przedstawiam ulubieńców listopada. Zaraz Święta, Sylwester i Nowy Rok no i oczywiście ulubieńcy roku 2016. Także sobie myślę, że nie będę Was już męczyć z ulubieńcami grudnia. Mam dla Was do pokazania kilka naprawdę fajnych produktów, niektóre z nich są nowe, do niektórych wróciłam, a niektóre odgrzebałam z czeluści mojej szafeczki makijażowej. Jeśli jesteście ciekawe co bardzo mi się sprawdziło w tym miesiącu to zapraszam dalej.


Pierwsze to dwa nowe produkty w mojej pielęgnacji twarzy, czyli Ogranique Basic Cleaner face gel i mild tonic. Jak na razie uwielbiam ten żel do twarzy zwłaszcza z silikonową myją. Dokładnie oczyszcza, ale sam jest przy tym delikatny, nie podrażnia i przede wszystkim nie wysusza co w tym sezonie jest bardzo ważne. Bardzo serdecznie Wam polecam. Tonik jest produktem fajnym, który dopełnia działanie żelu. Pięknie pachnie, zresztą tak jak żel, delikatnie nawilża, ale przede wszystkim odświeża i przywraca równowagę skórze. 


Kolejny produkt to maseczka, która nie raz uratowała moją piekącą twarz. Wiecie, jesienią swojej twarzy nie oszczędzam, tym bardziej, że ona lubi sprawiać mi psikusy - serum z kwasem, myjka silikonowa czy tonik z kwasem to produkty na porządku dziennym u mnie, a i czasem na krem muszę uważać, żeby nie obciążył mi skóry. Wtedy na ratunek przychodzi maseczka Skin79 Rose Waterfull Mask, czyli nic innego jak wodna maseczka nawilżająca, którą przez jej formułę możecie spokojnie nakładać na już zaaplikowany lżejszy krem na noc. Ja tak robiłam i to jak ona koi skórę to jest cud. Nie ma może jakiegoś długofalowego działania, ale na pewno nawilża i rozjaśnia skórę, może jeszcze Wam więcej o niej napiszę. No i czas na mój hicior, czyli Hagi Cosmetics naturalny cytrusowy scrub z olejem konopnym i macadamia. To jest cudo, ostatnio najlepszy peeling jaki miałam okazję stosować, oczywiście nie wliczamy tu peelingu kawowego. Niesamowicie złuszcza skórę, ale także ją pielęgnuje, a po zastosowaniu tego produktu na skórze zostaje przyjemna nawilżająca warstewka. Jeśli jeszcze nie znacie tej polskiej marki to serdecznie Wam polecam. Ja ten produkt kupiłam ze zniżką 40% i zapłaciłam jakieś śmieszne pieniądze ok. 17 zł. Za tę jakość to jak za darmo.  


Tak jak Wam wspomniałam wygrzebałam z czeluści szufladek produkty, które dawniej używałam i cieszę się, że to zrobiłam, bo przypomniałam sobie jak bardzo je lubię. Pierwsze dwa produkty, które służyły mi pod makijaż to Golden Rose Highliter nr 1, który daje bardzo ładne rozświetlenie i zdrowy blask jak na kremowy produkty przystało oraz bazę z Catrice Prime and Fine Beautyfying Primer (klik), która dopełniała efekt rozświetlenia. Moja skóra przy użyciu tych produktów wydawała się być taka bardziej idealna, na pewno biła zdrowym blaskiem. Kolejny produkt, który utrzymywał efekt rozświetlenia to krem BB Skin79 (klik), który pięknie wyrównuje koloryt i dodaje blasku skórze. W recenzji przeczytacie o nim więcej. Kolejny produkt to puder bambusowy Ecocera i tutaj mimo, że jest to fajny produkt to mam zastrzeżenie, bo przepięknie wygładza skórę, matuje ją, ale niestety nie na długo, a producent nazwał ten produkt absorbent sebum, niestety pic na wodę fotomontaż. Niemniej uwielbiam go właśnie za to wygładzenie jakie daje skórze i że dokładnie utrwala podkład. Ostatni już produkt to taki niepozorny kompakt z The Body Shop'u, czyli Honey Bronze w numerze 1, który kupiłam za 1/3 ceny, kiedy trwała jakaś wyprzedaż. Przepięknie, naturalnie wygląda na policzkach, powinien się sprawdzić przede wszystkim u bladolicych, jeśli wszystkie bronzery są dla Was za ciemne to ten powinien być remedium na Wasze męki, gorąco polecam!

I to już wszyscy ulubieńcy listopada. Znacie coś z moich? Lubicie? Nie lubicie? Jacy byli Wasi ulubieńcy? Piszcie koniecznie :)

Buziaki!:*

poniedziałek, 28 listopada 2016

HAUL: KSIĄŻKI I KOSMETYKI

Dzień dobry! :)
Dawno nie było postu z zakupami, a przez wszystkie ostatnie promocje i inne rzeczy trochę mi się ich uzbierało, zwłaszcza książek. Ostatnio posty nie pojawiały się regularnie, bo cały czas miałam coś na głowie, ale przede wszystkim nie było pogody, żeby zrobić zdjęcia. Poza tym kończę późno zajęcia, więc jak wracam do domu to już jest ciemno i nic nie widać. Więc dzisiaj przychodzę do Was z zakupami. Jeśli jesteście ciekawe co ostatnio wpadło w moje ręce to zapraszam :)
PS. Zaparzcie sobie jakąś kawę lub herbatę, bo to będzie dość długi post.


Pierwsza rzecz to moja pomoc naukowa, słownik ilustorwany z bardzo prostego powodu, mam tendencję to zapominania wielu słów mimo, że z tym językiem mam styczność bardzo często. Kolejna książka to kryminał Jedwabnik, czyli druga część przygód detektywa Cormorana Strike'a. Ja oczywiście jak zawsze przeczytałam ostatnią. Całe szczęście bohater jest tylko taki sam, ale dotyczy zupełnie innych wątków. Kolejna pozycja to Ch...owa Pani Domu Magdaleny Kostyszyn, która prowadzi jeden z najpopularniejszych w Polsce fanpage'y na Facebooku. Widziałam jej tak dużo wszędzie, że stwierdziłam, że też muszę ją przeczytać, a że znalazłam ją na światksiązki,pl w bardzo fajnej cenie tak jak Tajniki DIY Red Lipstick Monster, a o tej książce mogę powiedzieć, że jest prze fantastycznie wydana, po prostu piękna! Przejrzałam ją i co do niektórych DIY mam pewne wątpliwości i na pewno z nich nie skorzystam, ale z tych zwłaszcza kosmetycznych powinnam. Jeśli chodzi o poradnik to mam tutaj jeszcze Hygge duńska sztuka szczęścia Marie Tourell Soderbero, która również na razie tylko przejrzałam. Wydaje się być ciekawa i taka inna. Ostatnia książka to Carla Montero Wiedeńska gra, czyli książka te autorki, której mi brakowało na półce, na pewno szybko po nią sięgnę jak tylko ogarnę się z książkami, które kupiłam wcześniej.


Po tych wszystkich informacjach o alergiach na lakiery hybrydowe Semilac miałam chwilę, że chciałam się przerzucić na NeoNail, jednak stwierdziłam, że dopóki nic się u mnie nie dzieje (a używam tych lakierów ponad rok) to nie będę popadać w niepotrzebną paranoję i zostanę przy Semilacach, tym bardziej, że to jak często oni wypuszczają nowe serie albo pojedyczne kolory jak teraz mają wyjść brokaty. Cudeńka. Zdecydowałam się na Semiflash i jestem po pierwszej aplikacji, szczerze mówiąc albo jestem sierotą i nie potrafię tego nakładać albo nie wiem. Nie wychodzi to tak jak powinno. Lakiery na jakie się zdecydowałam to 063 Legendary Red, 083 Burgundy Wine, 154 Salomon Dream i 165 Boyfriend Jeans. Wszystkie są piękne i wszystkie jesienne. Polecam.



Skończyła mi się baza pod makijaż i miałam kupić znowu Benefit Porefessional tak jak pokazywałam Wam w chciejliście, ale zaczęłam przeglądać stronę Sephory i moją uwagę przykuła baza Urban Decay Brightening&Tightening Complexion Primer Potion. Nigdy nie miałam nic z tej marki, więc stwierdziłam, że czas najwyższy coś wypróbować. Dodatkowo zdradziłam moją bazę pod cienie Inglot, która mi się kończy z kultową bazą pod cienie Urban Decay Primer Potion o nazwie Eden, tą z kolorem. Właśnie dlatego ją kupiłam, ze względu na to, że baza Inglot nie ma koloru, tak zostałabym jej wierna. Kolejny produkt, który wrzuciłam do koszyka to błyszczyk Sephora 03 Natural Look o bardzo ładnym delikatnie różowo brzoskwiniowym odcieniu czego na ustach za bardzo nie widać. Dorzuciłam też dwie maseczki do ust w płacie marki Sephora, zobaczymy jak się sprawdzą. Skorzystałam ze strony picodi.pl, gdzie znalazłam 20% zniżki na wszystko ze strony sephora.pl. Także polecam jeśli chcenie zrobić jakieś zakupy, wydaje mi się, że też widziałam kod na darmową dostawę, ale nie jestem pewna, na ten stronie wszystko znajdziecie. 



Kolejne zakupy to Douglas. Wybrałam się tam na Black Friday (-20% na wszystko).. Nie chcecie wiedzieć co tam się działo, ale podejrzewam, że się domyślacie. Otóż w Szczecinie w Douglasie, który znajduje się w Galaxy, w końcu pojawiło się stoisko MAC i to takie powiedziałabym, że wypasione. Największe w całym sklepie, zaraz po nim jest Laura Mercier i NYX na moje oko. Tak się kręciłam od jednego stoiska do drugiego, bo nie wiedziałam co chcę. Znacie to uczucie jak macie dużo kosmetyków i chcecie wszystko, a macie ograniczony budżet? No to właśnie tak miałam. Pierwsze co chwyciłam to moje ulubione płatki oczyszczające na nos Cettua. Moim zdaniem nie ma lepszych. Do tego wypatrzyłam rozświetlające płatki pod oczy 5 sztuk za 20 zł, więc wzięłam. Tak chodziłam i chodziłam aż w końcu zdecydowałam się na MAC Pro Longwear Concealer NW15 oraz na pomadkę MAC w wykończeniu Creamsheen Creme in Your Coffee. Akurat tego koloru za wiele nie widziałam jest to brąz z różem, czyli w zasadzie najmodniejszy kolor tego sezonu. Wydaje mi się, że dobrze mi w takich kolorach dlatego się na nią zdecydowałam. 


Ostatnie już zakupy to glam-shop.pl, od którego jestem uzależniona. Pierwsze co chciała kupić na pewno to nowego glamboxa, który jest tekturowy jak Z Palette. Chciałam mieć małą paletkę, do której włożę ulubione cienie i zabiorę w podróż albo będę sięgać każdego dnia. Od czasu kiedy ją mam używam praktycznie tylko jej. Teraz czekam jeszcze aż wyjdzie dużo Glambox, bo mój stary wygląda tragicznie.  


Nie mogłam oczywiście nie zamówić cieni. Bardzo długo zastanawiałam się, które wybrać, bo wydaje mi się, że większość już mam. Na pewno chciałam czarny cień Baba Jaga, który jest rewelacyjny do rysowana kresek. Reszta cieni jak na razie nie użyta, aczkolwiek cały czas przymierzam się, żeby zrobić jakiś makijaż. Czasu mi brakuje i sięgam tylko po cienie, które lubię, znam i szybko mogę nimi coś wyczarować. Nie mniej polecam sobie sprawdzić te bardziej dzienne kolory, bo są to naprawdę fajne cienie w rozsądnej cenie.   


I to już wszystko co chciałam Wam dzisiaj pokazać. Trochę się tego nazbierało, czekam jeszcze na przesyłkę z pędzlami i już nic nie kupuję dla siebie, przymierzam się do prezentów świątecznych. A Wam co udało się ostatnio ciekawego kupić? Polecacie coś może? Znacie coś z moich zakupów? Lubicie? Nie lubicie? Piszcie koniecznie :)

Życzę Wam udanego tygodnia i buziaki! :*

piątek, 25 listopada 2016

KULTURALNY PIĄTEK #książkowo

Witajcie! :)
Dzisiaj jestem bardzo podekscytowana, bo w końcu ruszyłam z czymś co chciałam zrobić od dawna. Jeśli znacie mojego bloga trochę dłużej to wiecie, że dotychczas co jakiś czas w piątek pojawiały się propozycje na filmy, które warto lub nie warto obejrzeć.  Wiadomo, że jeśli coś jest nazwane przeglądem filmowym to nie daje wielkiego pola do popisu i ogranicza w innych kwestiach. Dlatego powstał KULTURALNY PIĄTEK i w zależności od tego jakie słowo pojawi się za znaczkiem hashtagu to właśnie będziecie mogły tutaj znaleźć. Wiadomo, książki będą się pojawiać najrzadziej, bo miewam okresy gdzie przeczytałam ich dużo a są też takie, że nie czytam ich wcale przez brak czasu. 

Więc dzisiaj popiszę sobie o książkach, które ostatnio miałam okazję przeczytać. Nie jest ich super dużo. W zasadzie mamy sagę i dramat oczywiście jako sztukę teatralną. Jeśli jesteście ciekawe to zapraszam dalej :)


Długo zbierałam się do czytania tych książek, ale kiedy kupiłam pierwszą część praktycznie przeczytałam ją od razu. Opowieść zaczyna się kilka tygodni przed wybuchem I wojny światowej. Na świecie pojawiają się dwie bliźniaczki - Anna i Maria, niestety ich matka umiera w takcie porodu i to nie jest żaden spoiler, bo z tyłu na okładce o tym przeczytacie. Akcja w ostatniej części kończy się w roku 2014. Także faktycznie są to książki. które przeprowadzają nas przez całe stulecie, przez to co się działo w Polsce.
Ania jest zdecydowanie moją ulubioną bohaterką. Przez to, że pierwsza część ma wiele postaci, które żyją, umierają, mają dzieci, potem wnuki - pojawia się wiele wątków. To jest moim zdaniem ciekawe, ale wiadomo, że każdy zaczyna pałać to którejś z postaci jakąś większą sympatią, a za innymi nie przepada, dlatego właśnie pierwszą część czytało mi się najlepiej. W drugiej i trzeciej pojawiały się postacie, które mnie zniechęcały do siebie, zwłaszcza jedna krnąbrna dziewucha (jeśli czytałyście to pewnie wiecie, o kim mówię). Jest to zdecydowanie literatura kobieca, którą bardzo przyjemnie się czyta. Jeśli cenicie sobie takie wartości jak rodzina, przyjaźń czy miłość to bardzo polecam. Coś lekkiego, idealne na jesienne wieczory.


Ostatnia książka, którą przeczytałam ostatnio to nowy Harry Potter, ale już nie jako główny bohater, bo głównym bohaterem zostaje jego najmłodszy syn Albus. Dla mnie jest to książka, która zdecydowanie najbardziej spodoba się osobom, które dorastały oglądając i czytając Harry'ego, a w zasadzie dorastały razem z nim. W zasadzie to ciężko to nazwać książką, bo jest to scenariusz sztuki jaka została wystawiona w Londynie. Ze wszystkimi opisami i rozpisanymi dialogami formą zakrawa o dramat, oczywiście jako rodzaj literacki. Jest to ciekawa opowieść, którą bardzo szybko się czyta, przez to, że nie ma w niej wiele dokładnych opisów miejsc i uczyć trzeba pobudzić do pracy wyobraźnię, co akurat mi się podobało. Jeśli tęsknicie za Harry'm to naprawdę polecam przeczytać. A ja coś czuję, że niedługo czeka mnie maraton Harry'ego od pierwszej części raz jeszcze. Nie pytacie który :D

A co Wy ostatnio ciekawego przeczytałyście? Polecacie coś? Znacie coś z moich pozycji? :)
Dzisiaj zostawiam Was z takim luźnym postem, mam nadzieję, że uda mi się jutro zrobić zdjęcia, bo niestety ostatnio na wszystko brakuje mi czasu, a pogoda też nie sprzyja, ale o tym kiedy indziej.
Życzę Wam udanego piątku i całego weekendu :)
Buziaki! :*

wtorek, 22 listopada 2016

TAG: 7 grzechów głównych

Dzień dobry! :)
Stwierdziłam, że dawno nie było na blogu TAGu, a ja lubię czasem taką odskocznię od recenzji i makijaży. Tym bardziej, że ten jest również o tematyce kosmetycznej. Od czasu do czasu trzeba wyznać swoje grzeszki, więc jeśli jesteście ciekawe moich to zapraszam dalej :)

1. CHCIWOŚĆ

Najdroższy kosmetyk jaki kupiłaś, najtańszy jaki posiadasz?

Najdroższym kosmetykiem na pewno będzie podkład Laura Mercier Smooth Finish Flawless Fluide, nad którym zastanawiałam się bardzo długo, bo kosztował mnie ponad 200 zł i dalej nie wiem czy go lubię czy nie. Najtańszym będzie konturówka do ust Lovely nr 1, która jest chyba najbardziej popularnym odcieniem, ona natomiast kosztuje 5 zł. Perfum nie, bo zazwyczaj jednak je dostaję.


2. GNIEW

Których kosmetyków nienawidzisz, a które uwielbiasz? Jaki kosmetyk był najtrudniejszy do zdobycia?

No wiecie trochę to paradoks, bo jak można nienawidzić kosmetyków prowadząc bloga o kosmetykach? Jedno co mi się nasuwa na myśl to nienawidzę większości kosmetyków, przy których zaraz po odkręceniu czuję woń alkoholu. Tego faktycznie nienawidzę. Nienawidzę w rozświetlaczach drobinek, bo to może dobrze wygląda w opakowaniu, ale na pewno nie na twarzy. Uwielbiam pomadki do ust jak pewnie wiecie.

Najtrudniejszym kosmetykiem do zdobycia była paleta Too Faced, bo gdyby nie to, że czekałam aż pojawi się na stronie internetowej Sephory to bym jej nie kupiła, bo została bardzo szybko wyprzedana. Jednak się załapałam, więc nie miałam aż takiego problemu z dostaniem żadnej rzeczy, chyba że chodzi jeszcze o rozświetlacz Lovely, który był notorycznie wyprzedany albo 'wymacany' przez inne panie w drogerii.



3. OBŻARSTWO

Jakie kosmetyki Twoim zdaniem są najpyszniejsze?

Chyba nie mam takiego kosmetyku, ale pamiętam, że jak byłam w gimnazjum miałam swój ulubiony błyszczyk z Eveline, który pachniał grejpfrutem, ale czy był smaczny to tak średnio pamiętam. Kosmetyków się nie je, ale peeling naturalny do ust z Full Mellow, był całkiem smaczny :D

4.  LENISTWO

Których kosmetyków nie używasz z lenistwa?

Myślę, że odpowiem jak większość, czyli balsamów do ciała. Nie lubię się balsamować, kremować etc. Robię to z czystej konieczności, ale zdarzy mi się dwa czy trzy dni nie użyć niczego. Prędzej sięgnę po jakiś olejek kąpiąc się niż wychodząc po balsam do ciała czy inne mazidło.

5. DUMA

Który kosmetyk dodaje Ci pewności siebie?

Zdecydowanie pomadka, nieważne czy będzie krwistoczerwona, w odcieniu wina czy nude. Coś na ustach zawsze być musi. Moi znajomi byliby naprawdę zszokowani, jeśli nie miałabym jakiejś pomadki na ustach, w sumie ja też. Mam ich przynajmniej kilka w torebce, a potem malując się wszędzie szukam tej, którą chciałabym użyć.




6. POŻĄDANIE

Jakie atrybuty uważasz za atrakcyjne u płci przeciwnej?

Trochę randomowe to pytanie, bo co ono ma wspólnego z grzechami kosmetycznymi. Ze strony kosmetycznej to zazwyczaj zwracam uwagę na to czy mężczyzna jest zadbany - jak długie włosy to umyte, jak broda to zadbana, jak tatuaże to ładne albo z sensem. A tak bardziej prywatnie mogę Wam powiedzieć, że zawsze zwracam uwagę na kolor oczu. 

7. ZAZDROŚĆ

Jakie kosmetyki lubisz dostawać w prezencie?

Najbardziej? Chyba perfumy, a tak poza tym jeśli ktoś mnie zna to nie trudno kupić mi prezent, nawet jak się mnie nie zna to łatwo kupić mi prezent, bo ja się po prostu cieszę, że ktoś o mnie pamięta. Może nie tyle lubię dostawać kosmetyki co pędzle. Nie mam ich jakoś dużo, więc zawsze mnie one ucieszą.


A jak wyglądają Wasze grzeszki? Jeśli macie ochotę odpowiedzieć na ten TAG to zapraszam :) Czujcie się wszystkie otagowane :D
Buziaki! :*

wtorek, 15 listopada 2016

Problem z myciem gąbek do makijażu? Isana olejek pod prysznic

Nie wiem jak Wy, ale ja przez długi czas miałam problem z domyciem gąbeczek do makijażu, zawsze musiała na nich zostać jakaś drobna plama po podkładzie, nigdy nie było tak, żeby była idealnie czysta. Produkt o którym dzisiaj będzie mowa stał się niedawno bardzo popularny na YouTube, czyli Isana olejek pod prysznic.



Jego pierwszym przeznaczeniem jest oczywiście mycie ciała i jak w przypadku olejków zazwyczaj jest nawilżanie, do czego przyznaję nigdy go nie używałam, ponieważ średnio odpowiada mi zapach. Jak pewnie wiecie olejki bardzo dobrze wydobywają podkłady z włosia pędzla. Sama używam do mycia pędzli takiej mieszanki: szampon+żel antybakteryjny+ kilka kropel olejku. Kiedyś widziałam taki sposób u Hani Digitalgril. 


Na początku byłam średnio zadowolona z tego produktu, ponieważ zadziałał tak jak wszystkie inne sposoby, czyli faktycznie umył gąbeczkę, ale nie tak jak bym chciała. Byłam trochę zawiedziona i już go miałam odstawić i zużyć do czegoś innego. Za drugim razem jednak gąbeczka domyła się idealnie. Jeśli pobrudzicie ją czymś innym to może się nie domyć, ponieważ mam na swojej gąbeczce jakąś plamkę nie wiem skąd, ale podkład znika w oka mgnieniu. Myślałam szczerze mówiąc, że to ściema i kolejny hit się u mnie nie sprawdzi, a tutaj proszę takie miłe zaskoczenie. Największym plusem jest to, że to produkt dostępny w każdym Rossmannie za ok. 6 zł, a jeśli będziecie go używać tylko do mycia gąbeczek starczy Wam na wieki. Jak dla mnie to mycia pędzli się raczej nie nadaje. Nie mniej serdecznie Wam polecam ten produkt, oszczędzi Wam dużo czasu, pieniędzy, a przede wszystkim nerwów.

Znacie ten produkt? Używałyście już go w ten sposób? A może macie inny skuteczny sposób an gąbeczki do makijażu? Piszcie koniecznie :)
Buziaki! :*

poniedziałek, 14 listopada 2016

Gąbeczki do makijażu blendit! Zamiennik Beauty Blender'a?

Moja przygoda z gąbeczkami do makijażu zaczęła się właśnie od pierwowzoru, czyli pierwszego oryginalnego Beauty Blender'a. Pamiętam jak się cieszyłam, kiedy pierwszy raz kupiłam i użyłam tej gąbeczki. Szukając zamiennika chciałam wiedzieć czym mam się kierować, co wolę a czego nie. Jak wygląda oryginalny produkt, jak się wymywa z niego podkład, jakiej jest struktury etc. Przeszłam przez różne gąbeczki, mniej udane i bardziej udane. Dzisiaj zaprezentuję Wam tą drugą opcję, a mianowicie gąbeczki belndit!, które znalazły się w ulubieńcach.


Według mnie fantastyczne w tych gąbeczkach jest to, że dostępnych jest mnóstwo kolorów i różne zestawy, bo możecie kupić dużą osobno, możecie kupić tak jak ja z małą gąbeczką, a także z dwie małe gąbeczki czy też zestaw dwóch dużych. Ten, który widzicie na zdjęciu kosztuje 29,90 zł na mintishop.pl.


Ta gąbeczka jest zdecydowanie mniej porowata niż Beauty Blender, jest też wykonana trochę z innego materiału, a także jest trochę większa, przez co dużo szybciej się z nią pracuje. Po zmoczeniu jest tak samo 'bouncy' (jakiś polski odpowiednik?) jak jej pierwowzór, co zaliczam na duży plus, ponieważ nie 'bije' po twarzy, tak jak niektóre gąbeczki mają w zwyczaju, bo są niesamowicie twarde. Przez mniejszą porowatość na pewno zużywa się mniej podkładu przy jej aplikacji. Wykończenie jest powiedziałabym, że takie samo jak Beauty Blender'em, a praca z nią to sama przyjemność, bo nakładanie podkładu trwa krócej. Nakładam nią nie tylko podkład, ale wklepuję korektor, nakładam sypki puder, przez co daje takie gładkie wykończenie twarzy, trochę jak po nałożeniu filtra. 


Pierze się dobrze, bo kolor się nie wypłukuje. Jedyne co zauważyłam to rozerwałam ją w jednym miejscu paznokciem, co przy Beauty Blenderze mi się nie zdarzyło. Możliwe jednak, że to przez to po prostu, że dałam za nią mniej i nie było mi tak szkoda. Wiecie uszkodzić gąbeczkę za 70 zł jednak szkoda. Nie mniej bardzo Wam polecam ten produkt, zdecydowanie bardziej niż np. gąbeczkę Real Techniques. Wolę ją nawet bardziej niż Beauty Blender, zdecydowanie częściej po nią sięgam. Bardzo dobre przełożenie ceny do jakości. Jeśli się nad nimi zastanawiałyście to warto :)

Co sądzicie? Miałyście ją? Czujecie się skuszone? Czy jednak jesteście wierne Beauty Blenderowi? Piszcie koniecznie :)
Buziaki! :*

środa, 9 listopada 2016

INGLOT What a spice! Konturówki do ust Colour Play

Na pewno widziałyście już nie raz gdzieś w internecie (zwłaszcza na YouTube) nową jesienną kolekcję Inglota. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to cienie. Całe szczęście kupiłam tylko 3, bo jak dla mnie wychodzą one zupełnie inaczej na powiece, pewnie to zależy od mojej karnacji, ale nie do końca mi się to podoba, poza tym nie urzekły mnie ani kolorami ani pracą z nimi, ot takie normalne cienie jak na Inglota przystało, nie zauważyłam, żeby łatwiej się z nimi pracowało. Jednak nie o cieniach dzisiaj a o konturówkach, które zdecydowanie kolorystycznie przypadły mi do gustu. Znajdziecie tutaj odcień chłodnego różu, szarości, ciemnej śliwki jak i czekoladowego brązu. Zdecydowałam się na dwa kolory, jeśli jesteście ciekawe co o nich sądzę to zapraszam dalej.





Powiem Wam, że jakoś średnio lubię wykręcane konturówki. Te mają temperówkę po drogiej stronie, natomiast polecam włożyć je na chwilę do lodówki, bo inaczej bardzo ciężko się je temperuje i potrafią się złamać co mi się bardzo nie podoba. Jednak jak się temperuje kredę łatwiej uzyskać ostry czubek, którym z łatwością wyrysujemy kształt ust.


Wybrałam dwa kolory, które moim zdaniem są idealne na ten sezon. Numer 319, czyli bardzo dzienna propozycja. Zwykle delikatnie wyrysowuję nią usta i rozcieram do środka. To samo robię z numerem 322, czyli głęboką śliwką, którą bardzo lubię używać kiedy sięgam po mocne pomadki, ale o kremowym wykończeniu. 

Jeśli macie bardzo suche usta, które mają do tego skłonność to odradzam używania ich na całe usta, bo ciężko się nimi rysuje, nie są bardzo kremowe i miękkie, są bardziej twarde to znacznie wpływa na ich trwałość. Jednak nie wygląda to dobrze na ustach, a bez czegoś nawilżającego na wierzch się nie obejdzie. Pomalowałam sobie nimi usta do zdjęć, żebyście dokładne widziały kolory, ale potem już ich nie używałam na całość, tylko jako kontur.  Nie zmienia to faktu, że jest to produkt bardzo trwały, który u osób z normalnymi ustami powinien sprawdzić się wyśmienicie. Jeśli chodzi o mnie to tak jak wspomniałam wyżej na pewno nie na całe usta, bo może je wysuszyć, zwłaszcza kiedy mamy taką pogodę za oknem. 





Jak Wam się podobają? Co sądzicie o nowej kolekcji? Jesteście fankami ciepłych odcieni czy może jednak nie przemawia to do Was? Piszcie koniecznie. 
Buziaki! :*

wtorek, 8 listopada 2016

PROJEKT DENKO #7 2016

Dzień dobry! :)
Dzisiaj czas na denko. Staram się je publikować w miarę regularnie, chociaż oczywiście bywają takie miesiące, że kiedy patrzę do denka to sobie myślę, że to śmiech na sali. Jednak dzisiaj pokażę Wam zużycia jedynie z jednego miesiąca. Wyjątkowo mocno się przyłożyłam. Niektóre z tych produktów już bardzo długo u mnie zalegały, inne po prostu chciałam wykończyć. 


Pierwszymi produktami są żele pod prysznic Nivea i Fa. Jestem pewna, że ktoś (moja siostra) pomagał mi je zużyć. Żel Nivea przyzwoity, natomiast wolę inne wersje zapachowe, a co do Fa to ma nieziemski kokosowy zapach, po prostu przepiękny, chętnie do niego wrócę jak zrobi się cieplej. Do tego wykończyłam płyn do kąpieli Organique Eternal Gold, który ma ładny zapach, dodatkowo rozświetlające drobinki, ale nie urzekł mnie na tyle, żeby kupić kolejne opakowanie. Stał w łazience to go zużyłam, ale chyba wolę bomby do kąpieli. 


Szampon O'Herbal pokazywałam kiedyś w ulubieńcach, jest to bardzo przyjemny szampon, jeden z mniej chemicznych jeśli chodzi o dostępność w drogerii, dodatkowo jego pojemność o 500 ml, starczył mi prawie na pół roku. Kolejny produkt to lakier Elnett, który zużywałam bardzo długo i do którego już nie wrócę, ten zapach jest okropny. O wodzie termalnej Uriage nie będę dużo pisać, bo jest to mój ogromy ulubieniec od dwóch lub trzech lat. Rewelacyjna na różnego rodzaju podrażnienia, zamiast toniku czy do odświeżania maseczek glinkowych, polecam serdecznie. 


Jeśli chodzi o żele Gilette Satin Care to zazwyczaj wracam do nich, bo uważam, że są dobre, aczkolwiek jeśli nie sprawdza mi się odżywka do włosów to oczywiście używam jej do golenia nóg. Olejek Wellness Beauty o zapachu mango zużyłam z przyjemnością głównie ze względu na zapach. Nie wiem jak Wy, ale ja nie widzę różnicy w działaniu między olejkiem za 10 zł a za 30 zł. Kupuję różne, zazwyczaj w promocji. Ten bardzo polecam. Tak samo jak i peeling Wellness Beauty, o którym pisałam tutaj. Kolejnym produktem jest krem do stóp Ziaja z kompleksem zmiękczającym, który był po prostu poprawny, ale nie zauważyłam jakiegoś szczególnego działania, dodatkowo do szału doprowadzało mnie to opakowanie, z którego resztę produktu ciężko jest wycisnąć. 


Dwa produkty, które bardzo lubiłam, ale raczej do nich nie wrócę, bo chcę wypróbować inne produkty, zwłaszcza jeśli chodzi o maseczki, bo ta jest prawdziwym hardcore. Krem (klik), maseczka (klik).


Jak widać zużyłam też trochę produktów do makijażu. Podkład Bourjois Healthy Mix Light Vanilla, czyli bardzo przyjemny podkład do stosowania na co dzień. To była moja druga butelka, ale nie wiem czy jeszcze do niego wrócę, bo nie widziałam już tego efektu wow, który widziałam za pierwszym razem. Kolejnym produktem jest korektor Bourjois, który bardzo lubiłam, jednak musicie wziąć pod uwagę, że najjaśniejszy kolor wcale nie jest taki jasny, a poza tym jest bardzo żółty, poza tym naprawdę przyzwoity drogeryjny korektor. Jeśli chodzi o maskarę Max Factor (klik) to po zużyciu pierwszego opakowania myślałam, że będzie moim ulubieńcem, bo pięknie rozdziela, podkręca i wydłuża rzęsy, ale niestety przy drugim opakowaniu nie byłam już tak zadowolona z efektu. Baza Porefessional z Benefitu nie raz znalazła się w makijażu miesiąca, jedna z lepszych baz jakie miałam okazję używać, chociaż trzeba nauczyć się z nią pracować. Chciałam do niej wrócić, ale kusi mnie też baza Pore Filler marki NYX. Zużyłam też pomadkę Alterra, którą wiele osób używa do rzęs, niestety u mnie w ten sposób się nie sprawdziła, ale jak regularna pomadka ochronna nie mogę narzekać, do tego jest tania jak barszcz. 


Zużyłam też peeling kawowy mango Body Boom, który bardzo przypadł mi do gustu, niestety jak widzicie opakowanie nie wygląda zbyt pięknie. Być może jeszcze do niego wrócę, ale w innej wersji zapachowej, jeśli chcecie o nim poczytać więcej to zapraszam tutaj. Muszę przyznać, że ten produkt jest bardzo wydajny. Maseczka w płacie Skin79 Golden Snail z 24k złotem bardzo przypadła mi do gustu, skóra jest taka odżywiona, gładka i nawilżona, a najbardziej podoba mi się to, że płat w żelowej formie dużo lepiej trzyma się skóry. Zdecydowanie jeszcze wrócę do tej maseczki. 


Maseczki z Ziaji absolutnie Wam polecam. Tej maseczki nawilżającej z Bielendy nie polecam, bo nie zrobiła nic na mojej skórze, nie trzymała się dobrze, więcej do niej nie wrócę. Tak samo jak do zestawu do usuwania wągrów. Kompletnie nie zauważyłam, żeby cokolwiek to wyciągnęło, niestety. Zdecydowanie bardziej polecam Wam plasterki Cettua.

I to już wszystko. Jak Wasze zużycia? Miałyście coś z moich? Lubicie, nie lubicie? :)
Buziaki! :*

poniedziałek, 7 listopada 2016

MakeUp Revolution Ultra Bronze

Nie wiem jak Wy, ale kiedy byłam młodsza, zawsze chciałam być opalona. Po cichu zazdrościłam kuzynkom, które miały ciemniejszą oliwkową karnację i zdecydowanie szybciej opalały się latem. Niestety (wtedy) byłam bardzo nieszczęśliwa z tego powodu. A teraz? W sumie to się cieszę, uważam, że nie wyglądam jakoś super korzystnie opalona. Co nie znaczy, że nie lubię wszystkiego co brązujące, oj nie. Znajdziecie u mnie i samoopalacz i balsamy brązujące, a o małej kolekcji brązerów to już nie wspomnę. Właśnie, bo zawsze się zastanawiam, wolicie jak jest napisane bronzer czy brązer?

Dzisiaj przedstawię Wam produkt, który jakiś 1-2 lata temu był hitem blogosfery. Nie tylko przez swoją wielkość, swoją drogą gramatura jest ogromna, bo aż 15 gram, ale przede wszystkim kolorem i ceną. 



Pierwsze co przykuło moją uwagę to bardzo estetyczne tłoczenie na produkcie, nie są to może piękne wzory, ale ładnie to wygląda. 
Kiedy dotknęłam tego brązera byłam zachwycona jego konsystencją, która jest delikatna, wręcz kremowa, skojarzyła mi się z masełkiem. Ten produkt ma jedną wielką wadę - zapach. Przypomina mi takie duże zestawy do makijażu dla dzieci, które było czuć takim.. plastikiem? I nie jest to pierwszy produkt tej firmy, który tak pachnie. 


Co do koloru to według mnie absolutnie nie jest neutralny jak go wiele osób opisuje. Dla mnie ma wyraźną domieszkę różu. Polecałabym go bardziej chłodnym albo neutralnym typom urody. Brązer okropnie się pyli, jest tak miałki, że kilka przyłożeń pędzla wystarczy, żeby zrobić bałagan. Ładnie się rozprowadza, bez problemu blenduje i nie robi plam co według mnie jest bardzo ważne. Utrzymuje się całkiem nieźle, bo pół dnia bez poprawek wytrzyma, oczywiście wszystko zależy jaki makijaż zrobicie, bo jeśli to będzie bardziej trwały podkład to on też utrzyma się dłużej, pod warunkiem, że nie dotykacie twarzy. 


Ten produkt kosztuje jakieś śmieszne pieniądze, bo płacimy za niego 15 zł. Jeśli chodzi o przełożenie ceny do jakości to jest to jak najbardziej produkt godny uwagi. Zwłaszcza jeśli zaczynacie z makijażem i nie interesuje Was jakiś mocny kontur, a delikatne zaznaczenie policzka i przybrązowienie go. Jednak czuję pewien niedosyt, ponieważ mam brązery, po które sięgam zdecydowanie częściej i nie jest to mój pierwszy wybór. Byłam bardzo ciekawa i bardzo chciałam go wypróbować, a teraz nie wiem czy Wam go polecać czy nie, bo myślę że teraz stacjonarnie w drogerii możecie znaleźć jakiś fajny brązer. 



Znacie ten produkt? Co o nim sądzicie? Polecacie jakieś drogeryjne brązery, które powinnam wypróbować?
Buziaki i udanego tygodnia :*

środa, 2 listopada 2016

Ulubieńcy października

Witajcie! :)
Dla mnie to ostatni dzień wolnego. Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia, jutro dwa zaliczenia, a dzisiaj mam dla Was ulubieńców. Jeśli jesteście ciekawe co sprawdziło mi się w tym miesiącu to zapraszam dalej :)



Rzadko pojawiają się produkty do włosów, z bardzo prostej przyczyny - nie robię z nimi za wiele. Absolutne minimum, czyli szampon, odżywka i serum na końcówki. Jak same mogłyście ostatnio zauważyć mam długie włosy, a one niestety lubią się plątać i rozdwajać. Jestem w ogromnym szoku jak mieszanka oleju makadamia Orqanique i ów marki Energizing Hair Mask działa na moje włosy. Mieszam maskę z kilkoma kroplami oleju i zostawiam na ok. 2 godziny, czasem mniej, ale minimum godzinę. Po umyciu włosy są rewelacyjne, gładkie, błyszczące, a końcówki zadbane. Jedyny minus jaki widzę to to, że trzeba drugiego dnia już umyć włosy, ale nie zniechęca to mnie do używania tego duetu, chociaż myślę, że to działanie to głównie zasługa oleju makadamia. 


Prawie nigdy nie pokazuję gadżetów, ale o tych muszę wspomnieć. Pierwszym jest zalotka marki Inglot, która pięknie podkręca rzęsy i utrzymuje ten skręt. Od kiedy ją kupiłam używam praktycznie codziennie. Drugim są gąbeczki do makijażu blendit!, o których koniecznie muszę zrobić Wam osobny post, bo są tego warte, tanie i bardzo dobre. Świetnie się z nimi pracuje, nie wiem czy nawet nie lepiej niż z popularną gąbeczką Beauty Blender. 



Cienie GlamShadows a zwłaszcza maty są rewelacyjne, tak jak Wam pisałam tutaj. Na pewno jeszcze się pojawi kolejna odsłona, bo mam tych cieni znacznie więcej, ale na razie czekam taki dzień kiedy światło nam dopisze, żeby też zrobić jakiś makijaż. Jeśli jeszcze nie próbowałyście zamówcie sobie 2 czy 3 na spróbowanie, rewelacyjnie się z nimi pracuje, czysta przyjemność. Zresztą wykorzystałam je w makijażu października, więc odsyłam Was do poprzedniego posta.


Ogromny ulubieniec, czyli rozświetlacz z MySercet, który odkopałam z czeluści moich makijażowych zbiorów ponownie mnie zauroczył, jeśli chcecie o nim poczytać więcej to odsyłam Was tutaj. W tym miesiącu wróciłam także do konturowania. Znudziło mi się samo brązowienie twarzy i zaczęłam znowu mocniej zaznaczać policzki, a także linię żuchwy. Produkt, który mi to umożliwiał to Kobo puder do konturowania nr 311 Nubian Desert. Ostatnim produktem do twarzy jest róż do policzków Max Factor Creme Puff Blush 30 Gorgeous Berries, czyli piękny jagodowy róż, o satynowym wykończeniu. Nakładałam go delikatnie, ponieważ ma bardzo dobrą pigmentację, do tego stopnia, że nie mogę domyć białego pędzla.  


Kolejnymi kosmetykami są maskara, o której Wam pisałam, czyli L'Oreal VML Fatale, którą uwielbiam (klik). Do tego moja nowość i odkrycie, czyli bezbarwny żel do brwi, który trzyma niesforne brwi w ryzach. Serdecznie dziękuję za polecenie. Na koniec moja ulubiona pomadka, czyli Milani nr 17 Plumrose, o której poczytacie tutaj.

I to już wszyscy ulubieńcy, a jacy są Wasi? Koniecznie napiszcie, bo jestem żądna testowania :) 

Buziaki! :*

wtorek, 1 listopada 2016

♦ Makijaż października ♦

Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię jesień to względem makijażowym. Można trochę bardziej poszaleć z kolorami, a mnie w tym miesiącu niesamowicie kusił fiolet na powiekach czy na ustach. Mam kilka pomysłów na makijaże, mam nadzieję tylko, że słońce dopisze i będę mogła je dla Was przygotować. A jeśli jesteście ciekawe jak wyglądał mój makijaż w październiku to zapraszam dalej. 



Pierwsza podstawowa rzecz to oczywiście baza pod cienie i tutaj niezmiennie od kilku miesięcy był Inglot. Natomiast cienie to GlamShadows, które testuję od dwóch miesięcy. Mogę powiedzieć, że mam już ulubione cienie, których ciągle używam na co dzień, a w niektórych widać już porządny ubytek. Na dole macie wypisane wszystkie nazwy cieni, których użyłam. Dodatkowo delikatna kreska przy linii rzęs czarnym cieniem, podkręcone rzęsy zalotką, maskara i voila! 




Co do brwi to tutaj nic się nie zmieniło, dalej używam cienia do ich podkreślenia, ale zmieniałam żel do brwi na ten ze Sleeka, który poleciła mi jedna z Was za co serdecznie dziękuję :)


Co do twarzy to wróciłam do konturowania, ale takiego a'la Kim Kardashian. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że miałam wrażenie, że twarz mi przytyła, a może faktycznie tak jest i stwierdziłam, że chcę bardziej podkreślić swoje policzki. Poza tym kiedy konturowanie chłodnym bronzerem jak nie jesienią i zimą? Poza tym od początku roku cały czas ocieplałam skórę i zabrało mi czegoś bardziej wyrazistego. Myślę, że z konturowania nie zrezygnuję jeszcze przez jakiś czas. Jeśli gdzieś wychodzę to jeszcze czyszczę obszar pod kością policzkową korektorem i pudrem. 


Na ustach tylko delikatnie wklepana różowa pomadka. One się bardzo zmieniały. Czasem sięgałam na co dzień po ciemne wina i brązy i różne inne wariacje, ale stwierdziłam, że do tego posta dodam coś bardziej przystępnego. Niedługo dodam coś z focusem na usta.








Jak Wam się podoba? Jaki jest Wasz ulubiony makijaż jesienny? Na co stawiacie, na oczy czy może jednak na usta? Piszcie koniecznie :)
Buziaki! :*